

Fundătura Ponorului to mała wioska w górach Rumunii, która zdaje się być zapomniana przez cywilizację. Bez drogi dojazdowej, bez bieżącej wody, kanalizacji czy prądu. Z małymi, drewnianymi domkami, pełna zwierząt gospodarskich, leży w niewielkiej dolinie niedaleko wioski Ohaba Ponor. Można się tu dostać czerwonym szlakiem z tej właśnie wsi, a trekking zajmuje około 2 godzin i wiedzie dość stromo pod górę. W wiosce zachowało się tylko kilka gospodarstw, a lokalni mieszkańcy żyją w rytmie natury. Turyści w poszukiwaniu 'prawdziwej’ starej Rumunii przyjeżdżają tu nocować pod namiotem i poznać życie tej małej osady.
- Długość: 4,5km
- Czas przejścia: 2h
- Trudność: umiarkowana
Zaparkowaliśmy auto na niewielkim parkingu przy końcu drogi, przy garażach w wiosce Ohaba Ponor. Stamtąd czerwonym szlakiem ruszyliśmy w drogę, mijając po drodze kilka tablic ostrzegających przed niedźwiedziami i płoty zabezpieczone drutem kolczastym. Szykowaliśmy się na nocleg w wiosce, mieliśmy więc ze sobą duże plecaki ze sprzętem kempingowym i trochę suchego prowiantu na kolację i śniadanie. Temperatura dawała się we znaki- było około 36-38 stopni, a szlak wiódł dość ostro pod górę. Miejscami wchodził w las, miejscami natomiast wiódł po otwartej przestrzeni, gdzie popołudniowe słońce świeciło jeszcze dość wysoko.

Po drodze do wioski spotkała nas dosyć nietypowa sytuacja. Para młodych Rumunów rozmawiała w swoim języku z pewną starszą panią, jak się później okazało, mieszkanką wioski. Odezwali się do nas po angielsku, widząc nasze plecaki, z pytaniem o nasze plany na wieczór i nocleg. Odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą, że planujemy zostać w wiosce na noc pod namiotem. Po krótkiej wymianie zdań, para w imieniu starszej pani zaprosiła nas do niej. Mieliśmy nocować na jej podwórku, chronieni przed niedźwiedziami, ale i przed psami pasterskimi, które w tym rejonie w obronie swojego stada potrafią być wyjątkowo niebezpieczne. Początkowo byliśmy nieco onieśmieleni, bo nie mieliśmy się czym odwdzięczyć za pobyt, a gospodyni nie chciała od nas żadnych pieniędzy. Była jednak bardzo otwarta i miła -zaciekawieni, chętnie zgodziliśmy się na tą propozycję i dalej poszliśmy już razem z naszą nową gospodynią.
Mieszkanka wioski dziarskim krokiem poprowadziła nas do osady i do swojego gospodarstwa. Aby do niego dotrzeć, trzeba było przejść przez teren sąsiedniego gospodarstwa. Terenu pilnował pies pasterski- jak wspomnieliśmy, są one tutaj dla obrony przed dzikimi zwierzętami a mieszkańcy posługują się drewnianymi kijami, aby je tresować i w razie potrzeby odgonić. Nam wydało się to nieco smutne, gdy zobaczyliśmy reakcję wielkiego psa na trzymany przez gospodynię kij, jednak tutaj uznawane to było za normalne i stosowane od pokoleń. Z kolei pies naszej gospodyni okazał się łagodny i przyjacielski pomimo groźnego wyglądu.


Gospodyni zaprosiła nas do swojego domu- poczęstowała nas napojem i próbowała pokazać, jak mieszka. Dogadywaliśmy się na migi- pani nie znała angielskiego. Chwilę posiedzieliśmy u niej- w środku było wyjątkowo chłodno, pomimo upalnego dnia. Poszliśmy rozstawić namiot na polu i przejść się po okolicy.
Przez wioskę płynie strumień- nie nadaje się jako źródło wody pitnej, ale mogliśmy się w nim nieco odświeżyć po gorącym i męczącym dniu. Aby do niego dojść, trzeba przejść przez kilka pól i pastwisk, co stanowi tutaj pewne wyzwanie. Tereny były poodgradzane drutem kolczastym, i żeby przedostawać się w kolejne miejsca, trzeba było przechodzić po czymś w rodzaju chybotliwego schodka/ławki nad takimi płotami. W wiosce pasło się wiele krów i trochę koni, a klimat był naprawdę sielski. Po powrocie do gospodarstwa okazało się, że ciekawskie krówki wylizały nasz namiot stojący na ich polu- cały był pokryty śladami śliny. Jednak więcej się nim nie interesowały i chodziły sobie spokojnie wokół nas.






Gdy gospodyni nas zobaczyła, zawołała nas jeszcze na chwilę i pokazała gestem, gdzie ma drewniany wychodek a następnie mały zbiornik, gdzie trzyma wodę pitną. Prawdopodobnie była to deszczówka, ale wydawała się czysta. Nieco ryzykownie postanowiliśmy zaufać gospodyni i nabraliśmy trochę wody- okazała się przyjemnie chłodna i nie mieliśmy po niej żadnych problemów. Chwilę później dostaliśmy jeszcze od gospodyni wielki kawał białego sera i wiaderko mleka prosto od krowy, jeszcze ciepłego. Przyniosła nam też dwie gruszki i garstkę pomidorów. Było nam głupio, bo zupełnie nie mieliśmy nic, czym moglibyśmy się jej odwdzięczyć. Podziękowaliśmy serdecznie i zjedliśmy jej dary na kolację, część mleka przelewając do butelki po wodzie.
Dając nam biały ser gospodyni przekazała nam, częściowo na migi, że jej pies jest wyjątkowo łasy na ser i aby trzymać go z dala od psa. Pokazała nam swój drewniany kij i poprosiła, aby absolutnie nie bić nim psa, ale użyć do odgonienia go, jeśli byłby wyjątkowo natrętny. Na szczęście nie mieliśmy potrzeby używania kija, jednak zgodnie ze słowami staruszki, pies od razu przyleciał do nas, gdy poczuł zapach świeżego sera i kręcił się wokół, dopóki nie zjedliśmy go aż do ostatniego kęsa.


Nadszedł zmrok, a wraz z nim koniec dnia dla mieszkańców wioski. Dymy w kominach powoli znikały. Nastanie ciemności na zewnątrz kończyło tutaj rytm dnia i zapowiadało nadejście nocy i odpoczynku. Tylko w jednym z domów paliło się nikłe światło, być może z lampki solarnej- wioska nie miała dostępu do prądu. Gdy całkowicie się ściemniło, na niebie zaczęły pojawiać się niezliczone ilości gwiazd. Byliśmy z dala od cywilizacji i oświetlonych miast, a więc nic nie przeszkadzało nam w oglądaniu nocnego nieba. Staliśmy na zewnątrz i oglądaliśmy gwiazdy dopóki nie zrobiło się na tyle zimno, że trzeba było schować się w namiocie i ciepłych śpiworach.






Minęła dość chłodna i wilgotna noc, a rano wioska spowita była gęstą mgłą. Po zwinięciu namiotu i krótkim pożegnaniu, zarówno z właścicielką jak i jej przyjaznym psiakiem, ruszyliśmy w drogę powrotną. Powietrze szybko się nagrzewało i wkrótce znów zrobiło się gorąco. Ukojeniem było mleko z poprzedniego dnia, schłodzone w nocy w butelce. Z przyjemnością i ciepłymi wspomnieniami wróciliśmy z powrotem na parking.
Praktyczne informacje i przydatne linki:
- parking w Ohaba Ponor: 45.534790, 23.141221 (darmowy przy garażach, mało miejsc)
- szlak do wioski Fundătura Ponorului: https://mapy.com/s/nohebeloko






































































































