Tego dnia mieliśmy w planach dwa szlaki: pierwszy, krótki szlak na wodospady Rimstigen, a po południu wejście na Preikestolen.
Szlak na wodospady Rimstigen zaczynał się na płatnym, malutkim parkingu przy fiordzie, do którego prowadziła wąska i kręta dróżka. Parking niestety nie był zbyt zagospodarowany. Mimo, że płatny 80 nok, nie oferował toalet, ujęcia wody ani nawet koszy na śmieci. Jednak nie mając wielkiego wyboru, zostawiliśmy auto i ruszyliśmy na szlak do wodospadów Rimstigen.
Długość: 3,2km
Czas przejścia: 2h 50min
Trudność: umiarkowana
Od samego początku szlak był stromy i piął się dość wąską ścieżką w górę. Już po drodze widać było zapowiedź panoramy fiordu, która ukazywała się między drzewami. To miejsce zostało nawet wpisane na listę światowego dziedzictwa Unesco, chcieliśmy więc obejrzeć je z góry. Po niedługim czasie stanęliśmy pod szumiącymi kaskadami- to właśnie spod wodospadów najpiękniej było widać taflę wody otoczoną zielonymi pagórkami. Wodospady same w sobie również robiły wrażenie, opadając z hukiem na dno doliny. Dla bardziej wytrwałych na szczycie wzniesienia rozpoczynał się szlak Breiskrednosi idący wzdłuż fiordu- to dość długa i wymagająca trasa, jednak podobno widoki, jakie oferuje, należą do najpiękniejszych w całej Norwegii.
Szlak na Preikestolen
Długość: 8,4km
Czas przejścia: 3h 15min
Trudność: łatwa
Przejechaliśmy na spory, płatny parking pod Preikestolen. Miejsc było naprawdę dużo, mieliśmy także do dyspozycji kontenery na śmieci, toalety i ujęcie wody pitnej. Zbliżała się godzina osiemnasta, parking powoli pustoszał, mieliśmy więc nadzieję na spokojną wędrówkę. Szliśmy dość spokojnym tempem pod górę. Szlak jest dobrze oznaczony, dość łagodnie poprowadzony, raczej nie ma na nim dużych stromizn czy technicznie wymagających momentów- jest przystosowany także dla początkujących piechurów. Po pewnym czasie, gdy wyłoniliśmy się na nieco bardziej odkryty teren, naszym oczom zaczął ukazywać się krajobraz okolicy- gładkie, zaokrąglone skały, gdzieniegdzie strumyczki, mostki i krzewy, a w oddali głęboki, ciemny Lysefjord.
Preikestolen to właściwie skalny pulpit, zawieszony setki metrów ponad powierzchnią wody, płaski prawie jak stół. Stanięcie na jego krawędzi jest wyjątkowym doświadczeniem, nie się więc co dziwić, że do zrobienia sobie na nim pamiątkowego zdjęcia ustawiają się kolejki. Późniejszą, wieczorową porą nie było już tłumów i na szczycie kręciło się zaledwie kilkanaście osób, więc na szczęście udało nam się uniknąć długiego oczekiwania. Po kilku dłuższych chwilach podziwiania okolicy i oczywiście pamiątkowych zdjęciach z krawędzi klifu, postanowiliśmy wyjść jeszcze kawałek na punkt widokowy położony bezpośrednio ponad skalnym pulpitem. Tam spotkaliśmy zaledwie kilka osób- aby dotrzeć do tego punktu trzeba było pokonać krótki odcinek szlaku, ale wymagał wspinania się na kilka skał. Stamtąd widok był jeszcze piękniejszy- ambona Preikestolen była widoczna w całej okazałości, a wokół niej dalekie góry, głęboki fiord i cień rzucany przez wysokie ściany skalne.
Musieliśmy przyznać, że Preikestolen nie zawiodło swojej rozsławionej opinii i sprostało oczekiwaniom. Co więcej, udało nam się uniknąć największego tłoku, zrobić przepiękne zdjęcia bez stania w kolejkach, a spacer należał raczej do przyjemnych i niezbyt trudnych. Skalny pulpit faktycznie robi ogromne wrażenie, a z powodu dość łatwej dostępności zyskał miano jednej z najpopularniejszych atrakcji w całej Norwegii. Zgodnie przytaknęliśmy, że to miejsce faktycznie ma wyjątkowy urok i nie można go przegapić, będąc w okolicy.
Po zejściu do auta postanowiliśmy przejechać jeszcze kawałek, aby skrócić sobie drogę następnego dnia. Przejechaliśmy tunelem do Stavanger i dalej w kierunku Kjerag. W jednej z zatoczek skorzystaliśmy z toalety i umywalek, aby nieco się odświeżyć, i zjedliśmy kolację. Zjechaliśmy z boczną drogę i tam znaleźliśmy niewielkie jezioro otoczone lasem, w którym rozbiliśmy namiot. Następny dzień miał być ostatnim dniem wędrówki w górach- należało przed nim odpocząć i nabrać sił.
Praktyczne informacje i przydatne linki:
parking przy szlaku na wodospady Rimstigen: 60.921960, 6.867367; płatny 80 nok/dzień przez PayPal (stan na 2025 rok)
Naszą drogę w kierunku południa Norwegii zaczynaliśmy z Parku Narodowego Rago. Pierwszy postój zrobiliśmy w miasteczku Fauske- na tankowanie, zakupy i prysznic. Naszym planem było dojechanie tego dnia w okolice miasteczka Åndalsnes- do przejechania mieliśmy nieco ponad 900km.
Cały dzień minął nam na podziwianiu widoków z okna samochodu- krajobraz po drodze zmieniał się jak w kalejdoskopie. Jechaliśmy przez gęste, zielone lasy, które po chwili zmieniały się w coraz rzadsze zarośla, by w końcu stać się surowym, skalnym płaskowyżem. Przekraczaliśmy mosty i mijaliśmy jeziora, oglądaliśmy zza szyb niewielkie, lokalne wioski i pojedyncze domy wysoko w górach. Przejechaliśmy przez niezliczoną liczbę tuneli, minęliśmy pewnie kilkaset wodospadów i kilkadziesiąt rzek.
Przed podróżą przez Skandynawię byliśmy nastawieni raczej sceptycznie do zwiedzania zza szyb samochodu- wydawało nam się to dalekie od kontaktu z naturą i przebywania w terenie. Jednak Norwegia, w tej okolicy dosyć surowa i pusta, oferowała niesamowitą zmienność krajobrazu i wręcz idealnie nadawała się na roadtrip w tym stylu. Na przystankach mijaliśmy wielu motocyklistów i osoby podróżujące camperami- i jedni, i drudzy mają w Norwegii świetne warunki do turystyki, przepiękne wysokogórskie trasy i dość bogate zaplecze sanitarne czy usługowe. Ważna jest też możliwość nocowania w naturze, z czego z ochotą korzystają podróżni.
Mimo rosnącego zmęczenia, utrzymywaliśmy całkiem dobre tempo jazdy i bez większych problemów znaleźliśmy się w okolicy Trondheim. Tam zaplanowaliśmy kolejne tankowanie. Kawałek dalej zatrzymaliśmy się na obiad i toaletę. Ku naszemu zaskoczeniu, na tyłach stacji benzynowej znaleźliśmy bezpłatny prysznic! Po obiedzie z radością skorzystaliśmy z możliwości dokładnego umycia się w ciepłej wodzie. Zaplanowaliśmy nocleg na niedużej polance przy bocznej drodze, przy pastwiskach. Było to ciche miejsce na uboczu, idealne na kilka aut lub namiotów, z dostępem do rzeki. Tam spokojnie minęła nam noc, a rankiem ruszyliśmy w dalszą drogę.
Rampestreken i Romsdalsfjorden- krótki trekking
Długość: 4,3km
Czas przejścia: 3h 20min
Trudność: umiarkowana
Wczesnym rankiem dojechaliśmy na darmowy parking w miasteczku Åndalsnes, z którego wyruszyliśmy na szlak na punkt widokowy Rampestreken. Szlak jest dość krótki, ale nie do końca prosty – ścieżka wiedzie stromo pod górę. Punkt widokowy Rampestreken to właściwie metalowa platforma zawieszona nad miastem Åndalsnes i fiordem Romsdalsfjord. Widoki rozpościerające się z tego miejsca są wyjątkowe- wijąca się w dole woda, miasto widziane z „lotu ptaka” oraz szczyty gór otaczających to miejsce z każdej strony. My postanowiliśmy wejść jeszcze kawałeczek wyżej na szczyt góry Nesaksla, skąd mogliśmy ujrzeć głębokie doliny, pasma górskie oraz słynną Ścianę Trolli – najwyższą pionową ścianę skalną w Europie. Na szczycie znajduje się kawiarnia, a dostać można się tam za pomocą kolejki linowej, jednak atrakcje te nie były otwarte wczesnym rankiem, gdy stanęliśmy na szczycie. Nas powitały za to wesołe, dzikie owce pasące się na zboczu góry. Ze szczytu Nesaksla można ruszyć dalej szlakiem Romsdalseggen, który prowadzi w wyższe partie gór, i oferuje (podobno) jeszcze lepsze widoki na okolicę. My jednak postanowiliśmy zakończyć naszą wspinaczkę na Nesaksla, zrobiliśmy tam kilka zdjęć, po czym ruszyliśmy w dół tym samym szlakiem, którym wspięliśmy się na górę.
Droga Trolli
Naszym kolejnym celem miał być przejazd słynną Drogą Trolli, jednak poprzedniego roku z powodu osuwiska skalnego droga została zamknięta i była w remoncie. Otwarcie zaplanowano zaledwie kilka dni po naszej wizycie, jednak nie chcieliśmy całkowicie odpuszczać wizyty w tak sławnym miejscu, tym bardziej, że byliśmy tuż obok. Zamiast skierować się z Åndalsnes w kierunku doliny, którą ciągnie się Droga Trolli musieliśmy okrążyć góry nadkładając wcale niemało drogi, aby móc chociaż spojrzeć na słynne serpentyny z punktu widokowego położonego przy górnej części drogi.
Droga Trolli jest najsłynniejszą z wysokogórskich dróg w Norwegii, choć w naszym odczuciu nie jest najbardziej wymagającą z nich. Górskie serpentyny ulokowane są tam jednak bezpośrednio jedna nad drugą, można więc podziwiać ją z góry w pełnej okazałości. Trasa wije się kilkunastoma serpentynami pośród gór, tuż obok wodospadów, pnąc się w górę w oszałamiającym otoczeniu skał. Już sam dojazd do jej początku jest niezwykle malowniczy, a sama droga jest położona w tak pięknym miejscu, że ciężko dziwić się jej sławie. Faktycznie zasługuje na słowa uznania. Żałowaliśmy nieco, że nie było nam dane przejechać się nią w całości osobiście, jednak mieliśmy przed sobą wizję przejazdu kilkoma innymi wysokogórskimi drogami. Po dość długim postoju na zdjęcia i podziwianie okolicy, skierowaliśmy się z powrotem w stronę samochodu. Ciekawostką były stadka owiec, przechadzające się swobodnie po parkingu, przytulające się wręcz do stojących tam aut. Owce nic sobie nie robiły z obecności turystów czy ruchu samochodów.
Spod Drogi Troli udaliśmy się na prom Linge Ferry Pier skąd po krótkiej przeprawie przez fiord dopłynęliśmy do terminalu Eidsdal Ferjekai. W Norwegii podróż promami jest często jedynym logicznym sposobem transportu -objazdy fiordów drogą lądową związane są często z wieloma nadmiarowymi godzinami, a wiele z nich jest wąskich, w warunkach innych niż letnie zupełnie niedostępnych. Podróże promami są rozwiązaniem wygodnym, sprawnym i bezproblemowym. Prom, z którego skorzystaliśmy kursował często, a opłata za przeprawę odbywała się automatycznie dzięki systemowi epass24.
Fiord Geiranger
Po drugiej stronie fiordu czekała nas bardzo widowiskowa droga w dół, do słynnego fiordu Geiranger. Sława ta ma jednak swoje wady- cała droga była zatłoczona i miejscami zakorkowana z powodu mnóstwa pojazdów i turystów kręcących się po jezdni. Co większe pojazdy miały trudności z wymijaniem się na wąskich i krętych odcinkach drogi, a wiele z nich stało na wąskich poboczach, częściowo blokując przejazd. Miejscami droga była zablokowana przez autobusy wysadzające pasażerów w punktach widokowych. Przejazd nią nie należał do najprzyjemniejszych- tłok i duży ruch spowodowały, że zatrzymaliśmy się jedynie w jednym z punktów na szybkie zdjęcie pamiątkowe (po przedarciu się przez tłum), i jak najszybciej pojechaliśmy dalej, aby oddalić się od tego zatłoczonego miejsca. Trochę szkoda, że tak piękne miejsce traci aurę bliskiego przyrodzie i przyjaznego. Powoli zmienia się w chaotyczne, przytłaczające i zbyt ruchliwe, by spokojnie nim przejechać, a problem ten pogłębia znajdująca się tam infrastruktura turystyczna, która wciąż się rozrasta. Zastanawialiśmy się nawet, czy ruch samochodowy w tej okolicy nie powinien zostać ograniczony jedynie do aut osobowych czy miejscowego transportu zbiorowego- bowiem to zagranicznych autokarów było tam najwięcej i to one najbardziej utrudniały przejazd obok fiordu.
Po okrążeniu miasteczka Geiranger czekała na nas kolejna droga, tym razem wspinająca się serpentynami w górę. Po tej stronie fiordu ruch był zdecydowanie mniej nasilony i mogliśmy delektować się widokami rozpościerającymi się za oknami samochodu. Przejeżdżaliśmy bezpośrednio przy wodospadach, mijaliśmy płaty śniegu, wspinaliśmy się coraz wyżej, zostawiając fiord w dole, w oddali. Wjechaliśmy wiele metrów wzwyż, klimat i krajobraz zmieniał się na wysokogórski. W końcu droga wyniosła nas na spory płaskowyż, na którym znajdowało się przepiękne, krystalicznie czyste jezioro Djupvatnet. Po krótkiej przerwie na zdjęcia w otoczeniu turkusowej wody i połyskującego w słońcu lodowca, ruszyliśmy dalej.
Droga Śnieżna
Czekała na nas druga tego dnia przeprawa promowa do miasteczka Fodnes. Stamtąd mogliśmy przejechać najdłuższym na świecie tunelem drogowym lub starszą drogą wysokogórską nr Fv243, łącząca miasteczka Aurland i Lærdal, zwaną Drogą Śnieżną. Wybraliśmy drugi wariant, który wcześniej podziwialiśmy już na zdjęciach i nagraniach. Byliśmy ciekawi krajobrazów tej okolicy- Snovegen słynie z utrzymującego się cały rok śniegu, bardzo surowego klimatu i krajobrazów nie z tego świata. Od strony miasteczka Fodnes droga zaczęła się bardzo wąskim, krętym i dość niebezpiecznym odcinkiem o niewielkiej widoczności. Był to według nas najtrudniejszy i najbardziej niebezpieczny odcinek drogi, którą pokonaliśmy będąc w Skandynawii. Na szczęście ruch w tej okolicy nie był duży, więc bezpiecznie wyjechaliśmy na nieco wyżej położony płaskowyż, gdzie droga stawała się szersza i nie aż tak stroma.
Podziwialiśmy widoki za szybą- szare i brązowe skały, gdzieniegdzie pokryte ciemnymi porostami, zupełnie pozbawione drzew i krzewów. Dzień był pochmurny, co nadawało krajobrazowi wręcz mroczny charakter. Jęzor lodowca i topniejącego gdzieniegdzie śniegu wyciągały się w stronę drogi, rozlewały w przejrzyste potoki i jeziora. Miejscami tworzyły wodospady, w których lodowata woda wylewała się wprost spod szarego śniegu. Nagrania i zdjęcia z tego miejsca, choć robione za dnia, wyglądały niemal jak w czarno- białym filtrze. Droga śnieżna wywarła na nas ogromne wrażenie, czuliśmy się na niej trochę nieswojo, z każdej strony otaczała nas surowa potęga tego ubogiego krajobrazu. Wszechobecny chłód, mała ilość światła, nieliczne inne auta i turyści- to wszystko nadawało tej okolicy aurę mroczną i groźną. Na końcu drogi ukazał nam się punkt widokowy na Aurlandsfiord- zatopiony w ciemnym granacie, pod ołowianymi chmurami, mroczny i zacieniony. Przystanęliśmy tam na kilka zdjęć, próbując ochłonąć z wrażeń, jakie zapewniły nam wszystkie trasy przejechane tego dnia. Od zielonych, letnich krajobrazów, przez wysokie, ostre skały, po mroczne i śnieżne bezkresy. Różnorodność zadziwiała nas na każdym kroku. Przed nami było już ostatnie zadanie tego dnia- znalezienie miejsca na nocleg.
Nocleg przy Drodze Śnieżnej
Początkowo planowaliśmy spać przy jednej z zatoczek, np.: https://maps.app.goo.gl/hjHZyNvHScEBownn6 i zdecydowanie polecamy to rozwiązanie. My natomiast chcieliśmy skorzystać z prysznica i stacji benzynowej w miasteczku Gudvangen jeszcze przed noclegiem i mieliśmy nadzieję znaleźć w okolicy bezpieczne miejsce na noc. Bardzo się rozczarowaliśmy wszechobecnymi zakazami campingu na wszystkich okolicznych parkingach. Ostatecznie noc spędziliśmy przy dokach portowych, jednak nie było to miejsce do końca spokojne ani bezpieczne. Zdecydowanie polecamy nocowanie przy Drodze Śnieżnej na jednej z zatoczek i zostawienie prysznica w miasteczku dopiero na następny dzień.
Przydatne linki:
darmowy parking w Andalsnes pod sklepem Rema:62.559413, 7.681793
Ruszyliśmy w drogę wzdłuż archipelagu Lofotów, w kierunku promu z Lødingen do Bognes, który łączy je z lądową częścią Norwegii. Przeprawa trwała lekko ponad godzinę, promy kursują tamtędy dość często, a płatność rozliczana jest automatycznie w systemie epass24.
Z Bognes skierowaliśmy się w stronę Parku Narodowego Rago. Po około dwóch godzinach byliśmy na miejscu- był tam niewielki parking z zejściem do rzeki, drewniana wiata i drewniane wychodki. Na parkingu stało już kilka aut i camperów. Choć początkowo planowaliśmy nocleg w parku przy jeziorze Litlverivatnet, ostatecznie zdecydowaliśmy wyruszyć na szlak tylko z podręcznymi plecakami, ‘na lekko’, a na nocleg wrócić w okolice parkingu.
Długość: 5,6km
Czas przejścia: 2h 20min
Trudność: umiarkowana, pojedyncze miejsca trudniejsze technicznie w okolicy jeziora, jedna drabina/klamry na trasie
Szlak początkowo wiódł szutrową ścieżką, dość stromą i bez spektakularnych widoków. Wysokość zdobywaliśmy dosyć szybko, więc niedługo później weszliśmy w las, gdzie bogata, zielona roślinność otaczała nas gęsto z każdej strony. Szybko wyszliśmy na wyżej położony, dosyć płaski teren, który prowadził już bez większych przewyższeń do samego wodospadu. Pewnym problemem okazały się mokradła, które trzeba było omijać, oraz to, że szlak był miejscami słabo oznakowany. Trzeba mieć tu odrobinę doświadczenia i orientacji w terenie, ponieważ ścieżkę trzeba gdzieniegdzie wybierać samemu pośród bagien, drzew, strumyków i skał. Warto zaznaczyć, że na szlaku, mimo podmokłych terenów, komarów było jak na lekarstwo -była to miła odmiana po przejściach z tymi owadami w Szwecji.
Szlak miejscami wymagał przejścia płatami śniegu, ale zazwyczaj dało się je obejść. Jedynie końcówka naszego szlaku była nieco trudniejsza pod względem technicznym – trzeba było przejść przez kilka wąskich grani skał, które były dość śliskie i pochyłe z paroma elementami wspinaczkowymi. W jednym miejscu postawiono tu nawet sztuczne ułatwienie w postaci metalowej drabinki, my jednak idąc pod górę zupełnie ją przegapiliśmy, bo parę kroków wcześniej lekko zboczyliśmy ze szlaku idąc wzdłuż skały. Zobaczyliśmy ją dopiero w drodze powrotnej.
Wodospad Litlverivassforsen (Værivassfossen) i jezioro, które były celem naszej wędrówki, widać doskonale już z pewnej dalszej odległości, a huk wody nasilał się z każdym kolejnym krokiem. Jezioro i mostek położony nad nim stanowią zaledwie bramę Parku Narodowego Rago, jego początek. Dalsze tereny są o wiele bardziej dzikie, surowe, rzadko odwiedzane. Już sam wstęp dawał jednak poczucie potęgi, jaką rządziły się tutejsze góry. Jezioro o krystalicznie czystej, turkusowej wodzie połyskiwało w wieczornym słońcu, które dodatkowo potęgowało piękno tego miejsca. Otoczone z każdej strony przez wysokie góry, skaliste szczyty i ośnieżone wierzchołki, zdawało się być jak magiczna źrenica oka.
Z jeziora, po pionowej ścianie skalnej, opadał wiele metrów w dół olbrzymi wodospad. Nad wodospadem zbudowano mostek- wąski i chybotliwy. Mostek, który dodawał uroku temu miejscu, ale jednocześnie potęgował poczucie bycia jedynie małą istotą w wielkim świecie. W dole doliny wodospad zlewał się w rzekę, która jak ogromny wąż wiła się pomiędzy okolicznymi górami, otoczona gęstym lasem. Krajobraz Rago był jednocześnie bajkowy, romantyczny i piękny, ale i pełen potęgi, groźny i surowy. Byliśmy zachwyceni tym miejscem i śmiało możemy powiedzieć, że wywarło na nas największe wrażenie w całej Skandynawii. Rago było dla nas miejscem spoza tego świata. Spędziliśmy tam sporo czasu rozkoszując się widokiem. Zbliżała się jednak noc, a podróż na górę zajęła nam ponad 2 godziny, musieliśmy więc w końcu ruszyć niechętnie w drogę powrotną.
Droga powrotna prowadziła tym samym szlakiem, którym weszliśmy na górę. Powoli zaczynaliśmy czuć chłód wieczoru, a niebo zrobiło się nieco ciemniejsze, ponieważ słońce choć nie zachodziło za horyzont, schowało się za szczytami gór. Na parking dotarliśmy już nocą.
Nocleg w okolicy Rago
Nocowanie na terenie Parku Narodowego Rago jest dozwolone i bezpłatne. Na niewielkim parkingu przed wejściem do parku znajduje się drewniana wiata biwakowa i kilka kroków dalej drewniany wychodek. Obok wiaty znaleźliśmy dobre, płaskie miejsce na namiot i szybko rozbiliśmy obóz. Przed snem odświeżyliśmy się jeszcze w płynącej tuż obok rzece. Noc była dość chłodna i wilgotna- zimna mgła zebrała się w dolinie rzeki, przez co odczuwalna temperatura była niższa, niż w rzeczywistości. Z przyjemnością zakopaliśmy się w ciepłe śpiwory.
Informacje praktyczne i przydatne linki:
parking przy wejściu na szlak do Rago: 67.441859, 15.742971 (darmowy)
P.S. jeśli wybieracie się do Rago na dalszą wędrówkę niż do jeziora Værivassfossen, warto zabrać ze sobą sporo zapasów wody, żywności, mapę, latarki i być dobrze zorientowanym w terenie; park narodowy Rago jest polecany głównie dla doświadczonych piechurów, ponieważ szlaki bywają kiepsko oznaczone i mało widoczne, a infrastruktura prawie tam nie istnieje. Jesteście zdani na siebie, swoje umiejętności i własny sprzęt;
Reine to bardzo malownicza wioska rybacka, pełna kolorowych (głównie czerwonych) domków, położona tuż nad wodą, otoczona przez wysokie szczyty. Nad wioską znajduje się szczyt Reinebringen, z którego roztacza się widok zarówno na samą wioskę jak i krętą drogę łączące poszczególne wysepki archipelagu. Zaparkowaliśmy na płatnym i jedynym większym parkingu (dostępne są na nim również płatne toalety i bezpłatne źródło wody pitnej czy miejsce zlewu brudnej wody dla camperów). Parking jest duży i raczej nie trzeba się martwić o dostępność miejsc- a byliśmy na nim w ciągu dnia, nie wcześnie rano. Parking znajduje się na końcu wioski, więc wybierając się na Reinebringen trzeba przy okazji przejść przez Reine co pozwala nieco dokładniej przyjrzeć się architekturze Reine.
Długość: 3,7km
Czas przejścia: 2,5h
Trudność: umiarkowana, ze sporą ekspozycją
Szlak prowadzący na szczyt Reinebringen wiedzie w całości po kamiennych schodach, które zbudowane zostały przez nepalskich szerpów. Schodów tych jest niemal 2 tysiące, a podróż na górę potrafi być męcząca, jednak widoki jakie się stamtąd roztaczają uważane są przez wielu za najpiękniejsze na całych Lofotach. Jest w tym ziarnko prawdy- widok ze szczytu rzeczywiście zapiera dech, niesamowicie rozległa panorama pozwala obejrzeć zarówno miasteczko i okoliczne góry, jak i drogę prowadzącą wzdłuż archipelagu, skały skryte tuż pod powierzchnią wody oraz statki na horyzoncie.
Punkt widokowy położony jest niemal bezpośrednio nad wioską, co sprawia, że patrzy się na nią wprost z góry, jak z helikoptera. Same schody natomiast, choć strome, niekiedy wąskie i dosyć eksponowane, nie stanowiły dla nas większego wyzwania i szybko znaleźliśmy się na górze. Szlak pokonaliśmy równym tempem praktycznie bez postojów. W efekcie sporo skróciliśmy czas wejścia na górę w porównaniu do tego wskazanego na tablicach informacyjnych.
Miejscowość Å
Następnym przystankiem była miejscowość Å- symboliczny kraniec Lofotów, ostatnia wioska na archipelagu. Dalej rozciągają się już niezamieszkane, dzikie wysepki, na które dotrzeć dałoby się tylko łodzią. To miejsce, w którym rozpoczynał się nasz ‘powrót’, a zarazem najbardziej odległy punkt naszej podróży. Ze wzruszeniem patrzyliśmy na krajobraz, na horyzont i na całą drogę, którą przebyliśmy do tej pory. Prócz stanięcia na skraju Lofotów, odbyliśmy jeszcze krótki spacer po samej malowniczej miejscowości. To był zdecydowanie dzień pełen zachwytów i wrażeń!
Przydatne linki:
parking pod Reinebringen: 67.934674, 13.095911 (płatny, nr 6381 na EasyPark)
Podczas naszego pobytu na Lofotach odwiedziliśmy trzy plaże, które są uważane za jedne z najpiękniejszych w tamtej okolicy: Haukland, Uttakleiv i Kvalvikę. Totalnie nas zachwyciły- choć każda na swój sposób, bo różniły się nieco od siebie.
Hauklandstranda- najpopularniejsza plaża Lofotów i bliźniacza plaża Uttakleiv
Wcześnie rano plaża była prawie w całości dla nas- wędrowcy jeszcze spali w namiotach licznie rozbitych na skraju plaży, a inni turyści jeszcze nie zdążyli się na niej zjawić. Parking jest płatny i wyposażony w toalety, kosze i ujęcie wody- to dobre miejsce na postój czy odświeżenie się. My skierowaliśmy się w stronę ścieżki, która prowadzi wzdłuż wybrzeża na drugą, mniejszą plażę Uttakleiv.
Długość: 8,5km
Czas przejścia: 2h 10min
Trudność: łatwa
Już na początku ścieżki przywitało nas stadko owiec, które pojawiały się później przez całą drogę. To wyjątkowo urokliwy obrazek- owieczki na tle spiczastych skał i morza prezentowały się wręcz bajecznie. Szlak jest prosty, dostępny dla osób na wózkach czy dla dzieci. Prowadzi żwirową ścieżką właściwie bez przewyższeń, około 4 kilometrów w jedną stronę. Na końcu czeka nieco mniej popularna a zarazem mniej zatłoczona plaża Uttakleiv Strand. Obie plaże są bardzo urokliwie położone, a kolor wody w tej okolicy kojarzy się raczej z tropikami. Obydwie plaże są też fantastycznymi punktami do obserwacji zachodów słońca- są tu podobno wyjątkowo widowiskowe.
Po drodze znaleźliśmy również ustronne miejsce na kąpiel w morzu -mniej więcej w połowie trasy pomiędzy plażami znajduje się niewielka połać piachu (którą trudno nazwać plażą) i skały wyrastające wprost z wody, na których można wygodnie się rozłożyć. Turkus wody przywodził na myśl Karaiby, słońce świeciło wysoko, a my poczuliśmy się niemalże jak na rajskiej wyspie! Kąpiel ta była wyjątkowo przyjemna i odświeżająca. Zrobiliśmy też w tym punkcie kilka przepięknych ujęć, ponieważ krajobraz ten zdecydowanie zasługiwał na uwiecznienie.
Szlak miał być krótki, ale z powodu kąpieli i częstych postojów na zdjęcia i na podziwianie krajobrazu, do auta wróciliśmy dość późno. Plaża i parking zapełniły się w międzyczasie turystami i zaczynało brakować wolnych miejsc. Wpływ na to z pewnością miało to, że był to weekend, a dzień był wyjątkowo ciepły i słoneczny.
Kvalvika- nasza ulubiona plaża na Lofotach
Na plażę można się dostać wyłącznie pieszo (lub od strony morza), przechodząc przez przełęcz prowadzącą pomiędzy szczytami. Postanowiliśmy spędzić noc na plaży, podobnie zresztą jak wielu innych turystów. Zajęliśmy ostatnie wolne miejsce na niewielkim parkingu (kilka kilometrów dalej znajdują się inne parkingi, jednak mieliśmy nadzieję, że nie będziemy musieli nadkładać drogi i mieliśmy szczęście, że akurat ktoś zwolnił to miejsce). Zabraliśmy ze sobą najpotrzebniejsze sprzęty na nocleg i ruszyliśmy na szlak. Przed nami było około 1,5 godziny drogi- dzień był ciepły, słoneczny, a słońce chyliło się nad horyzont. Szlak okazał się wcale niełatwy, jednak nie był długi.
Długość: 2,5km
Czas przejścia: 1h
Trudność: umiarkowana
Gdy stanęliśmy na szczycie przełęczy, zobaczyliśmy piaszczystą plażę, położoną w zatoce między dwoma wysokimi, ciemnymi szczytami. Woda mieniła się na pomarańczowo w promieniach zachodzącego słońca a, kolorowe namioty dodawały uroku temu magicznemu miejscu (jest to popularne miejsce na nocleg pod namiotem). Schodziliśmy w dół zachwyceni widokiem. Warto dodać, że namiot rozbiliśmy dopiero około 23, a położyliśmy się spać sporo po północy- słońce przez cały ten czas wisiało nisko nad horyzontem, roztapiając całą okolicę w swoim blasku. Nocleg na plaży Kvalvika był najpiękniejszym, który przytrafił nam się w całej podróży, było też przyjemnie ciepło i sucho, bo noc była bezchmurna i zdecydowanie cieplejsza niż poprzednie -była to pierwsza noc, gdy rano zwijaliśmy suchy, a nie zimy i mokry namiot. Mieliśmy wyjątkowe szczęście do pogody na Lofotach.
Ciekawostka- chata surferów na plaży Kvalvika
Na wzgórzach przy plaży znajduje się ciekawa 'chatka’ wybudowana podobno przez dwóch surferów, którzy przez kilka miesięcy mieszkali na Kvalvice. Według plotek panowie wybudowali ją z tego, co znaleźli na plaży- rzeczy wyrzuconych na brzeg morza przez fale. Chatka stoi do dziś, w środku znajdują się dwa prowizoryczne posłania, meble czy nawet kominek. Jednak z uwagi na popularność miejsca bardzo często zdarza się, że w środku ktoś nocuje, więc nie radzimy z zaskoczenia wchodzić do wnętrza 😉
Przydatne linki:
parking pod plażą Haukland: 68.199441, 13.532203, płatny (EasyPark 49710)
Droga przez Szwecję jest najkrótszą trasą z południa Skandynawii na Lofoty. My wybraliśmy przejazd autem od strony Abisko, które zwiedzaliśmy dzień wcześniej. Przejazd przez granicę szwedzko-norweską przywitał nas ulewnym deszczem i silnym zachmurzeniem. Zanim jednak dojechaliśmy do Svolvaer, pogoda zaczęła się poprawiać.
Szlak na Djevelporten- diabelski kamień
Długość: 3km
Czas przejścia: 2h 15min
Trudność: umiarkowana
Zwiedzanie Lofotów rozpoczęliśmy w miasteczku Svolvaer. To właściwie jedyne większe miasto w archipelagu, poza nim na Lofotach znajdują się niewielkie osady i wioski. Zatrzymaliśmy się na głównym (płatnym) parkingu pod szczytem Svolvaer. Szczyt Svolvaer nie był jednak naszym celem -jest to skała, na którą prowadzą jedynie zaawansowane trasy wspinaczkowe, my zamierzaliśmy zdobyć Djevelporten- tzw diabelską bramę. Djevelporten to głaz zawieszony między dwiema skałami- odważni mogą na nim stanąć. Z punktu widokowego znajdującego się tuż obok widać całą panoramę miasta i otaczających je wysp. Jest to mieszanka cywilizacji: obecności człowieka i surowego terenu w postaci ostrych skał wyrastających wprost z wody.
Sam szlak na punkt widokowy można podzielić na dwa etapy. Pierwszy z nich prowadzi po blisko 500 schodach wybudowanych przez… nepalskich szerpów! Stromy te są dość strome i eksponowane, ale nie wymagają żadnych technicznych umiejętności -wystarczy odrobina kondycji. Za schodami zaczyna się jednak fragment, który prowadzi po stromych a jednocześnie dość gładkich i wyślizganych przez tłumy odwiedzających skałach, które w czasie deszczu mogą być naprawdę niebezpieczne.
Na szczycie czekają widoki na całe miasto Svolvaer i okolicę, a dla odważnych kamień zawieszony między skałami. Jest on często porównywany do miniatury Kjeragbolten, choć w rzeczywistości niezbyt go przypomina.
Szlak na Hoven
Długość: 4,5km
Czas przejścia: 2h 10min
Trudność: umiarkowana
Mimo, że szlak na punkt widokowy nie był bardzo wymagający ani długi to po całym dniu na nogach zaczynaliśmy odczuwać zmęczenie. Przed nami była jednak jeszcze jedna atrakcja zaplanowana na ten dzień i nie chcieliśmy jej odpuścić. Był to szlak na górę Hoven. W Svolvaer skorzystaliśmy jeszcze ze stacji benzynowej, gdzie uzupełniliśmy paliwo oraz zapasy wody i ruszyliśmy w kierunku Hoven. Zatrzymaliśmy się na jedynym dostępnym w pobliżu parkingu przy polu golfowym, uiściliśmy niezbędną opłatę i ruszyliśmy w kierunku naszej ostatniej atrakcji tego dnia.
Szlak teoretycznie był stosunkowo prosty i krótki. W praktyce rozpoczął się jednak sporym bagnem, które ciężko było ominąć. Później natomiast piął się pod górę, co i rusz zaskakując nas sypkimi kamieniami lub śliskim błotem. Gdy w końcu stanęliśmy na szczycie, widok wynagrodził nam trudy wędrówki. Przed nami roztaczał się widok 360 stopni na panoramę Lofotów. Z jednej strony ciemne morze i słońce chowające się już za górami, z drugiej podmokłe pastwiska i zabudowa domków mieszkalnych, a z kolejnej wysepki i skały wyrastające wprost z wody. Spędziliśmy na szczycie dłuższą chwilę, rozkoszując się tym widokiem.
parking pod górą Hoven: Parkeringsplass Golfbane, Gimsøy, 8314 Gimsøysand, Norwegia 68.340100, 14.125001 (płatny po zeskanowaniu kodu QR, w 2025 roku 24nok/h)
Park Narodowy Abisko to jeden z najstarszych i najbardziej znanych parków narodowych w Szwecji. Położony w północnej Laponii, około 200 km za kołem podbiegunowym, zachwyca zróżnicowanym krajobrazem: od alpejskich łąk i górskich lasów brzozowych, przez kaniony i potoki, aż po rozległe jeziora. To również jedno z najlepszych miejsc na świecie do obserwacji zorzy polarnej (w okresie wrzesień–marzec).
Kungsleden- szlak królewski
Abisko jest północnym początkiem słynnego szlaku Kungsleden, który prowadzi przez całą Laponię aż do Hemavan. W granicach parku można podziwiać m.in. jezioro Torneträsk, rzekę Abiskojåkka oraz spotkać dzikie renifery, łosie, lisy polarne i ptaki drapieżne.
Parking pod Parkiem Narodowym Abisko jest bezpłatny, ale sam w sobie nie oferuje niestety żadnych udogodnień- nie ma tam toalet, wody czy kosza na śmieci (poza koszem przy stacji kolejowej). Nieopodal jednak, po drugiej stronie drogi, znajduje się duże centrum turystyczne.
Abisko jest dość słynnym miejscem, ponieważ tutaj zaczyna się (lub kończy, patrząc z drugiej strony) szwedzki Szlak Królewski. Dzięki połączeniu kolejowemu turystom łatwiej dostać się na ten wymagający, długodystansowy szlak prowadzący na południe od Abisko przez blisko 400 kilometrów. My zamierzaliśmy pokonać tylko 16 km szlaku, jednak już tyle wystarczyło nam, aby poczuć i docenić klimat parku.
Szlak do schroniska Abiskojaure
Długość: 31,9km
Czas przejścia: 8,5h
Trudność: łatwy do umiarkowanego
Szlak prowadził bardzo malowniczą trasą. Od samego początku szliśmy wzdłuż szerokiej, wartkiej rzeki, co chwilę oddalając się i zbliżając do niej. Sama ścieżka nie stanowiła żadnych trudności zarówno w suchych, jak i mokrych warunkach, choć tereny wokół bywały miejscami podmokłe i bagniste. Ilość komarów była tu zdecydowanie mniejsza niż w Parku Narodowym Sarek- spokojnie mogliśmy iść już bez moskitiery na twarzach.
Szlak prowadził nas wzdłuż naprawdę szerokich rzek, które kilka razy trzeba było przekroczyć przechodząc po pokaźnych rozmiarach metalowych mostach wiszących na linach. Konstrukcje te, choć nie wyglądały, były nieco chybotliwe, co zaskoczyło nas podczas przejścia przez pierwszą z nich.
Najpiękniejsze miejsce, punkt kulminacyjny widoków z całej drogi, to zakręt rzeki i most niedaleko schroniska Abiskojaure. To tam zrobiliśmy najlepsze zdjęcia, bo pogoda się poprawiła i popołudniowe słońce rozświetliło wartki nurt rzeki.
Od tego miejsca musieliśmy odejść jeszcze kawałek, aby znaleźć się poza terenem parku narodowego i móc legalnie rozbić namiot. To właśnie podczas tego podejścia przemierzaliśmy najbardziej surowy i „północny” odcinek szlaku, z jakim mieliśmy tego dnia do czynienia.
Szliśmy odkrytym terenem porośniętym już wyłącznie karłowatymi drzewami, a w oddali otaczały nas strome zbocza monumentalnych gór, z którymi woda spływała licznymi strugami tworzącymi niesamowite wodospady. Tam też po raz ostatni na tym wyjeździe spotkaliśmy renifery. Miejsce to było bardzo reprezentatywne i dobrze „podsumowywało” północną Szwecję. Było więc idealne na jedne z naszych ostatnich chwil w Szwecji.
Biwakowanie w Parku Narodowym Abisko
Nocowanie w granicach Parku Narodowego Abisko jest dozwolone tylko w kilku wyznaczonych miejscach biwakowych. Rozbijanie obozu na dziko jest zabronione poza tymi obszarami ze względu na ochronę zwierząt i roślinności, a także wyjątkowego mikroklimatu tego terenu.
Miejsce, które wybraliśmy na nocleg, znajduje się tuż za granicą parku, przy samym szlaku, gdzie most prowadzi na drugą stronę rzeki Siellajohka. Lokalizacja ta jest dość popularna ze względu na wypłaszczenie terenu i dostęp do wody, co spowodowało, że w okolicy poza nami było tam jeszcze co najmniej kilkanaście namiotów. Terenu dookoła jest jednak pod dostatkiem, więc każdy zdołał znaleźć sobie ustronne miejsce pozwalające na odrobinę prywatności.
Miejsce to okazało się wyjątkowo urokliwe- z mostem wiszącym nad huczącą, rwącą rzeką, z którego roztaczał się widok na słońce chowające się za szczyty ośnieżonych gór. Kąpiel tego dnia była najzimniejszą, z jaką przyszło nam się kiedykolwiek zmierzyć. Woda płynąca wprost z gór, z lodowców i śniegu, powodowała niemal natychmiastowy ból stóp i rąk, pieczenie skóry. Ratowało nas jednak wieczorne słońce, które ogrzewało nas ostatnimi promieniami. Noc była chłodna, temperatura szybko spadła poniżej 10 stopni na plusie, jednak kołysani szumem wody szybko zasnęliśmy.
Praktyczne informacje:
darmowy parking przy Abisko Turiststation: 68.357350, 18.780709
Park Narodowy Sarek w Szwecji znajduje się w obszarze północnego koła podbiegunowego. Jego granica przebiega niedaleko miasteczka Jokkmokk, gdzie znajduje się pamiątkowa tablica z mnóstwem naklejek turystów z całego świata.
W drodze do Jokkmokk krajobraz zdecydowanie się zmienia- polne, sielskie widoki zastępuje bardziej surowa tundra, w której drzewa są niższe i rzadsze. Można też zobaczyć tu renifery- szczególnie należy uważać na te przy drodze, które niespiesznie spacerują wzdłuż poboczy.
Sarek to jedno z ostatnich prawdziwie dzikich miejsc w Europie — bez infrastruktury, oznakowanych szlaków, mostów, schronisk czy zasięgu telefonii komórkowej. To najstarszy park narodowy Szwecji i zarazem jeden z najbardziej niedostępnych. Przeznaczony wyłącznie dla doświadczonych wędrowców, oferuje surowe góry, rwące rzeki, dzikie doliny i naturę w jej najczystszej postaci.
Najbardziej znanym miejscem w Sarek jest Dolina Rapadalen — szeroka, głęboka dolina, przez którą malowniczo meandruje rzeka Rapaälven, tworząc jedną z najpiękniejszych delt rzecznych w Skandynawii. Nad doliną wznosi się szczyt Skierfe (1179 m n.p.m.), z którego roztacza się jeden z najbardziej spektakularnych widoków w całej północnej Europie.
Jak się dostać do Parku Narodowego Sarek?
Od strony południowej do Parku prowadzi droga z miasta Jokkmokk, która kończy się bezpośrednio przy wejściu na teren Parku. Droga przez ostatnie kilkanaście kilometrów jest szutrowa, warto więc zarezerwować nieco więcej czasu na przejazd. Jest jednak bez problemu dostępna dla większości zwykłych aut i nie sprawia szczególnych trudności.
Na wejściu do Parku, przy moście Sitoälvsbron, znajduje się darmowy parking. Jego współrzędne to 67.078605, 18.581376. Na parkingu nie znajdziecie żadnych udogodnień, są tam jedynie kosze na śmieci. Gdy dotarliśmy tam późnym wieczorem, zaparkowane było kilkanaście aut, ale bez większego problemu znaleźliśmy dla siebie miejsce.
Przy parkingu znajduje się most Sitoälvsbron- to świetne miejsce widokowe na szeroką, rwącą rzekę, do której da się również podejść aby nabrać wody.
Szlak na Skierfe i Dolina Rapadalen
Długość: 48km
Czas przejścia: 14h
Trudność: szlak trudny, w zróżnicowany, często podmokłym terenie, miejscami kiepsko oznaczony; bez infrastruktury na trasie; dla doświadczonych i samodzielnych turystów
Rozpoczęliśmy wędrówkę około godziny 23- na tej wysokości latem są białe noce, więc nie musieliśmy się martwić ciemnością po drodze. Zmrok nie zapadał całkowicie, a kolory otoczenia zrobiły się nieco dramatyczne. Przed rozpoczęciem szlaku użyliśmy jeszcze sporej ilości repelentów- komary i meszki latały wokół całymi chmarami. Wzięliśmy także ze sobą zapas sprayu, bowiem te tereny są najbardziej dokuczliwe, jeśli chodzi o owady.
Ścieżka do jeziora Laitaure, czyli przez pierwsze około 10 kilometrów, wiodła dość szeroką, gruntową drogą. Ścieżka położona jest tak, że w wielu miejscach widać z niej było cel naszej podróży –szczyt Skierfe, jednak jest ona dość monotonna. Już po kilkuset metrach okazało się również, że wokół drogi rozciągają się tereny wyjątkowo podmokłe. Zamierzaliśmy rozbić obóz po pewnym czasie od startu, i mimo, że spodziewaliśmy się grząskiego gruntu, to zaskoczył nas aż tak podmokły teren na tak dużej przestrzeni –wszędzie dookoła stała bowiem woda. Zejście ze szlaku suchą stopą było niemal niemożliwe przez całą wędrówkę aż do jeziora.
Okolica jeziora Laitaure jest też tak naprawdę pierwszym (jednym z niewielu) naprawdę dobrym punktem widokowym na szlaku. Warto zatrzymać się tu na krótką chwilę, ponieważ można stąd podziwiać widok na taflę jeziora, nad którym zawieszony jest szczyt Skierfe, a w oddali ośnieżone szczyty Gór Skandynawskich. My dotarliśmy w okolice jeziora około 1 w nocy. Mimo dość pochmurnego dnia (a raczej nocy) słońce nieco przebijało się pomiędzy chmurami nad taflą jeziora –był to naprawdę niesamowity, nieco odrealniony widok.
Z tego miejsca można przeprawić się przez jezioro łódką, która dopływa niedaleko Akste –niewielkiej osady w pobliżu wschodniej granicy parku, która niegdyś była siedzibą lapońskiej rodziny trudniącej się hodowlą reniferów, a obecnie pełni rolę schroniska. Łódź kursuje tylko latem 2 razy dziennie –na miejscu znajduje się instrukcja, jak skorzystać z usługi. Alternatywą jest pieszy szlak okrążający jezioro, który ciągnie się przez około 8 kilometrów.
Po krótkiej przerwie (skróconej ze względu na naprawdę dużą ilość komarów) na zdjęcia i zaczerpnięcie tchu, chcąc-nie-chcąc ruszyliśmy pieszym szlakiem w dalszą wędrówkę. Szlak zamienił się w tym miejscu w wąską ścieżkę, poprowadzoną gdzieniegdzie gruntem, a w wielu miejscach za pomocą drewnianych pomostów. Choć wypadałoby powiedzieć raczej, pojedynczych desek, raczej wilgotnych, miejscami śliskich lub przegniłych i leżących w wodzie.
W takim terenie nogawki spodni szybko nam przemokły, a tempo zdawało się raczej żółwie- nie byliśmy w stanie iść szybko. Po około kolejnych 2 kilometrach marszu znaleźliśmy mały pagórek, na którym teren wydawał się suchy. Była tam maleńka polanka osłonięta drzewami od szlaku i ślady po ognisku poprzednich turystów. Było około 2.30 w nocy i niebo zaczynało się robić zupełnie jasne. Rozbiliśmy tam namiot i położyliśmy się spać na kilka krótkich godzin.
Biwakowanie w Parku Narodowym Sarek
Biwakowanie w Parku Narodowym Sarek jest dozwolone i bezpłatne poza obszarami w bezpośrednim sąsiedztwie schronisk, oczywiście należy również zachować zdrowy rozsądek i szacunek do natury. Większość terenu jest podmokła i naprawdę niełatwo znaleźć miejsce, które nadaje się do rozłożenia namiotu, dlatego tym bardziej staraliśmy się nie pozostawiać po sobie śladów.
Noc była wyjątkowo zimna- gdy kładliśmy się spać, temperatura spadła do około 3-4 stopni powyżej zera, a wysoka wilgotność jeszcze pogarszała odczuwalne warunki. Rano po szybkim śniadaniu wyruszyliśmy w dalszą drogę- wciąż grząskim, podmokłym gruntem na przemian z deskami ułożonymi w pomosty. Ostatni odcinek tego etapu drogi był znacznie mniej podmokły i prowadził głównie ścieżką przez las. Wkrótce dotarliśmy do Akste.
Naszym oczom ukazała się piękna polana pełna kolorowych kwiatów, a na niej czerwone chaty. W tle majestatyczna Skierfe górowała nad okolicą, groźna i surowa. Chatki na tej polanie służą jako górskie schroniska i można je wynająć za odpowiednią opłatą, w tej okolicy można też biwakować. Jednak rozbicie namiotu blisko chat jest płatne, więc większość turystów rozkładała swoje obozy nieco wyżej, gdzie znajduje się sporo wypłaszczeń i polanek nadających się do rozbicia namiotu. Z tego miejsca na szczyt Skierfe zostawało jeszcze około 8 kilometrów drogi.
Powyżej schroniska szlak zrobił się mocno stromy, a ciężar plecaków nie ułatwiał zadania. Po wdrapaniu się na główne przewyższenie można było nieco odpocząć- naszym oczom ukazywała się powoli dolina i delta rzeki, można więc było zrobić krótki przystanek na zdjęcia. Z tego miejsca wciąż było jednak daleko na szczyt- szlak prowadził najpierw wąską ścieżką, a potem kamieniami, wśród których trzeba było trochę kluczyć, żeby odnaleźć właściwą drogę. Oznaczenia na tym odcinku właściwie nie było, a kilka wydeptanych ścieżek co chwilę łączyło się i rozdzielało.
Po pewnym czasie krajobraz przybrał barwy szarości i brązów- w tle ośnieżone, surowe szczyty, a wokół nas jednostajne kamienie i skały. Ostatni odcinek na szczyt Skierfe prowadził skalistym terenem z pojedynczymi płatami śniegu, które trzeba było przekroczyć, jednak nie sprawiło nam to większego problemu (no, może poza odrobiną śniegu w nogawkach i butach- śnieg topił się i zapadał co parę kroków, bo temperatura była dość wysoka).
Kiedy w końcu stanęliśmy na krawędzi góry, widok, jaki zobaczyliśmy, wydawał nam się wręcz nierealny. Góra Skierfe z daleka wyglądała, jakby urywała się pionowo w dół. W istocie tak właśnie było- można było stanąć na jej szczycie nad krawędzią i podziwiać rozlewającą się u jej stóp rzekę. Dolina Rapadalen to miejsce niezwykłe, prawdopodobnie jedyne takie w całej Europie- delta rzeki przyciąga zwierzęta, rozciąga się na ogromnym, dziewiczym terenie, wije i kluczy wśród zarośli i gór. Kolory wody mieszały się i łączyły, a z góry wszystkie mokradła wyglądały jak aksamitny, zielony dywan. Zrobiliśmy na szczycie masę zdjęć, nie mogąc przestać chłonąć tego niesamowitego krajobrazu. Przed 14 ruszyliśmy w stronę powrotną, wiedząc, że czeka nas prawie 25 kilometrów drogi powrotnej.
Droga w dół dłużyła się i była męcząca. Zatrzymaliśmy się jeszcze powyżej schroniska na obiad, znaleźliśmy też w miarę czysty strumyk, z którego nabraliśmy zapas wody do picia. Gdy minęliśmy schronisko, a dzień zmieniał się powoli w wieczór, pojawił się jeszcze jeden czynnik, który odbierał przyjemność z wędrówki.
Wieczór to pora największej aktywności komarów i innych owadów- były wyjątkowo dokuczliwe, tworząc chmury bzyczące i latające wokół nas. Z uwagi na ich ilość staraliśmy się nie robić przerw w marszu- w ciągłym ruchu łatwiej było utrzymać je z dala od siebie. Niedługo później sytuacja zrobiła się skrajnie nieprzyjemna i już do końca dnia szliśmy w moskitierach ochraniających twarz, okrywając każdy skrawek ciała ubraniami. Nawet wtedy nie udało nam się całkiem uniknąć pogryzienia, a wędrówka bez przystanków była wyjątkowo żmudna. Spoglądaliśmy co chwilę na mapę i zegarek, odliczając kilometry do parkingu. Gdy wreszcie na nim stanęliśmy, była już 22 wieczorem.
Informacje praktyczne o szlaku i przydatne linki:
współrzędne darmowego parkingu przy moście Sitoälvsbron: 67.078605, 18.581376
wejście do parku jest bezpłatne
biwakowanie: jest dozwolone, płatne w sąsiedztwie schronisk
trudność: szlak jest trudny, a oznaczeń niewiele. Teren bez udogodnień, podmokły, nieraz utrudniający nawigację. Raczej dla doświadczonych turystów.
Park Narodowy Skuleskogen, położony wzdłuż Wybrzeża Wysokiego (Höga Kusten), to miejsce, gdzie dzika przyroda spotyka się z unikalną geologią. Teren parku obejmuje strome klify, doliny szczelinowe, głazowiska, jeziora oraz lasy borealne. Najbardziej rozpoznawalnym punktem jest Slåttdalsskrevan – monumentalna szczelina skalna o długości około 200 metrów i wysokości sięgającej 40 metrów.
Slåttdalsskrevan- szlak do wąwozu
Długość: 11,1km
Czas przejścia: 3h 26min
Trudność: szlak umiarkowany z jednym krótkim elementem zabezpieczonym łańcuchami i pinami stalowymi
Początkowo droga prowadziła przez gęsty las, pełen powalonych, omszałych pni. Szliśmy wąską, drewnianą kładką ponad nierównościami terenu, pomiędzy wiekowymi, wysokimi drzewami. Z czasem szlak zaczął wznosić się coraz wyżej, miejscami po ścieżce gruntowej, a miejscami po skałach. Las stawał się coraz rzadszy i po pewnym czasie (i nieco ostrzejszej wspinaczce po skałach, które w pewnym momencie zastąpiły miękki grunt), stanęliśmy na otwartym terenie.
Wokół nas rozpościerał się widok na wybrzeże pełne klifów i skał wyrastających z morza. Las, wysepki i wodę widzieliśmy z góry przez kolejny, dłuższy odcinek wędrówki po skałach. Tutaj w czasie deszczu mogłoby być ślisko, ale w pogodny dzień szlak był umiarkowanie trudny i nie wymagał specjalnego przygotowania ani kondycji.
To na tym odcinku znajdziecie najładniejsze, według nas, widoki i punkty na zrobienie zdjęć. Skalne klify są dość nietypową formą terenu nad Morzem Bałtyckim i widok ten jest naprawdę spektakularny.
Tuż przed największą atrakcją parku, czyli skalną szczeliną, musieliśmy się jeszcze zmierzyć z małą przeszkodą. Był to jedyny na całym szlaku odcinek ubezpieczony łańcuchem- zupełnie niewprawionych mógłby zaskoczyć, ale dla tych zaznajomionych ze sztucznymi ułatwieniami w górach nie stanowi żadnego wyzwania.
Po paru krokach byliśmy już przy wąwozie- w tym miejscu widać go było z góry. I jeśli mamy być szczerzy… Nie zrobił na nas aż takiego wrażenia, jakiego oczekiwaliśmy. Ot, kanion średniej wielkości, niezbyt wielki czy ciemny. Zdecydowanie lepsze wrażenie robił z dołu- szlak prowadzi wokół niego i jakiś czas później można znaleźć się u podnóża szczeliny patrząc na szczelinę „w górę”. Mimo, że ta perspektywa była zdecydowanie lepsza, i tak kanion pozostał jedynym elementem krajobrazu, którym nieco się zawiedliśmy podczas całej wędrówki przez Skuleskogen.
Od tego momentu zaczynał się powrót pętlą kierującą się w stronę wybrzeża. Po dość stromym (choć niezbyt długim) zejściu –które w naszym odczuciu było od tej strony sporo trudniejsze, niż od strony, z której przyszliśmy, szlak biegł jeszcze przez jakiś czas przy jeziorkach, ukazując piękne szwedzkie krajobrazy. Prócz lasu i jezior, na brzegu których można było wygodnie rozsiąść się na kamieniu, były tam także schrony w postaci domków, w których można było spędzić noc. Zatrzymaliśmy się nieopodal jednego z nich- było to dobre miejsce na zrobienie kilku zdjęć i krótki odpoczynek. Gdy ruszyliśmy w dalszą drogę, szlak skrył się w lesie i stał się dosyć jednostajny.
Kilkukrotnie można było podejść pod plaże i pomoczyć nogi w morzu, my jednak zdecydowaliśmy się odpuścić odpoczynek po tym niezbyt trudnym szlaku i dojść na raz już do parkingu. Pętla kończyła się przy plaży Kälsviken.
Biwakowanie w Parku Narodowym Skuleskogen
Według lokalnych przepisów i regulaminu parku, w określonych miejscach na jego terenie dozwolone jest biwakowanie, w tym również rozpalanie ognisk. W kilku miejscach na terenie parku przygotowane są specjalne drewniane chaty, w których bez opłat można przenocować. Wyznaczony jest także obszar plaży, na której można biwakować. Przy plaży postawione zostały ławeczki, miejsca na ognisko i tymczasowe toalety, jest także miejsce z zostawionym drewnem na ogniska (oczywiście nie wolno niszczyć roślinności- to drewno jest specjalnie przygotowane w tym celu).
My postanowiliśmy nocować na plaży w parku zaraz po przyjeździe, ponieważ docieraliśmy tam dość późnym wieczorem. Plaża znajduje się około 20 minut marszu od głównego parkingu. Na pierwszy rzut oka na plaży i w jej okolicy było sporo namiotów, jednak bez problemu znaleźliśmy miejsce na nasz nocleg. Rozbiliśmy obóz i zjedliśmy kolację, po czym odświeżyliśmy się w zimnej wodzie Bałtyku. Wbrew naszym obawom, w nocy było cicho i spokojnie- wszyscy turyści uszanowali ciszę nocną i nikt nie przeszkadzał nam w odpoczynku przed kolejnym dniem przygód.
Sztokholm, rozciągający się na 14 wyspach połączonych mostami i promami, to unikalne połączenie wielkomiejskiego charakteru z bliskością natury. Miasto zachwyca średniowiecznymi uliczkami Gamla Stan, architekturą, muzeami światowej klasy i nowoczesnym designem. Równocześnie oferuje spokój, liczne parki i niemal nieustanny kontakt z wodą. To doskonałe miejsce zarówno na intensywne zwiedzanie, jak i spokojne spacery – pieszo lub łodzią.
Jak dostać się do Sztokholmu?
Można poruszać się po mieście autem, ale z uwagi na jego położenie na wyspach, wygodniejsze może okazać się pozostawienie samochodu poza miastem. My wybraliśmy płatny parking przy stacji Rotebro, skąd do centrum przejechaliśmy pociągiem. Jednorazowe bilety kosztowały nas niewiele, a przejazd trwał niecałe pół godziny. Pociągi kursują co kilka- kilkanaście minut. Jedynym utrudnieniem są nieco zawiłe oznaczenia na podziemnym peronie Stockholm City, ale już po chwili odnaleźliśmy właściwą drogę.
Najważniejsze atrakcje:
Gamla Stan – stare miasto z wąskimi brukowanymi uliczkami i kolorowymi kamienicami
Pałac Królewski – oficjalna rezydencja szwedzkiej rodziny królewskiej
Muzeum Vasa – zachowany XVII-wieczny okręt wojenny, unikalny na skalę światową
Skansen – najstarsze muzeum na świeżym powietrzu na świecie
Djurgården – zielona wyspa pełna muzeów, tras spacerowych i ogrodów
Okręt- muzeum: zwiedzanie Muzeum Vasa
Na miejscu kupiliśmy bilety i weszliśmy do sporej hali muzealnej. Ogromny okręt bitewny ustawiony w centrum pomieszczenia zrobił piorunujące wrażenie już od samego wejścia. Im bliżej podchodziliśmy do wielkiej konstrukcji, tym więcej detali ukazywało się naszym oczom. To naprawdę zaskakujące w jak dobrym stanie zachował się statek. Jest to jednak prawdopodobnie wynikiem tego, że… zatonął on już podczas swojego pierwszego rejsu. Skomplikowane rzeźby, liczne okienka i zdobione elementy statku budziły podziw, ale równie ciekawe okazały się wystawy opowiadające historię budowy i życia na pokładzie tego wyjątkowego zabytku. W muzeum spędziliśmy sporo czasu- warto tutaj niespiesznie wczytać się w szczegóły.
Zwiedzanie miasta
Po wyjściu z muzeum, nasze kroki skierowaliśmy w stronę starego miasta- nie jest ono duże, w zasadzie w całości znajduje się na wyspie Gamla Stan. Miasto okazało się dość surowe –architektura oparta była głównie o monumentalne budowle na bazie prostopadłościanu. Stolica Szwecji, w kontraście do Kopenhagi, utrzymana została jednak w spójnym stylu, dzięki czemu wizualnie wypadła według nas najkorzystniej ze wszystkich Skandynawskich stolic. Brukowane uliczki, regularne budowle i uporządkowana struktura miasta działały na nas kojąco. To ten rodzaj miejskiej przestrzeni, który nie przytłacza, nie sprawia wrażenia chaotycznego. Wręcz przeciwnie, to miasto nawet tętniąc turystycznym życiem wydaje się spokojne i ułożone.
Po przejściu paroma najsłynniejszymi uliczkami starego miasta (między innymi najwęższą uliczką) i zobaczeniu kilku głównych punktów na mapie Sztokholmu, skierowaliśmy się z powrotem w stronę stacji kolejowej.
Skansen- najstarsze muzeum świata na świeżym powietrzu
Jeśli macie do zagospodarowania kilka godzin, serdecznie polecamy wybrać się do Skansenu w Sztokholmie. Jest położone na dość sporym terenie, a w środku znajduje się replika XIX-wiecznego miasteczka z zabudowaniami gospodarskimi, apteką i kościołem. Najstarsze budynki pochodzą z XIV wieku, a łącznie jest ich około 140. Codziennie odbywają się tam pokazy i warsztaty z wykonywania czynności gospodarskich i domowych, przy użyciu historycznych technik i strojów z epoki. W Skansenie znajduje się też ogród zoologiczny, w którym można zobaczyć m.in. renifery, łosie, niedźwiedzie a nawet… rosomaka!
Zwiedzanie skansenu zajmuje około pół dnia. Zwiedzanie jest ciekawsze latem, ale muzeum funkcjonuje przez cały rok. Ceny biletów są uzależnione od sezonu, najlepiej sprawdzać je na oficjalnej stronie muzeum.