Dzika plaża Vadu to jedna z nietypowych atrakcji Rumunii, która znana jest przede wszystkim z Transylwanii i gór. Dzika plaża w Vadu nie do końca jest dzika- jest to miejscówka bardzo dobrze znana kamperowiczom, vanlifersom i wielu innym turystom. Jest to bardzo atrakcyjne miejsce- na plażę, niemalże na sam piasek, można wjechać autem i to właściwie każdym, nie trzeba terenowego 4×4 aby tu dotrzeć. Z plaży widać zarówno zachód, jak i wschód słońca, a woda Morza Czarnego jest tu ciepła niczym zupa. Wymarzone miejsce na nocleg na dziko czy kilkudniowy biwak. Dodatkowo, co dla jednych jest atrakcją i ciekawym widokiem, a dla innych wadą- wzdłuż całego wybrzeża, do którego da się dojechać, stoją auta, kampery, przyczepy i namioty.
Na plażę w Vadu pojechaliśmy z Bukaresztu. W środkowej Rumunii jeszcze widać było zielony krajobraz, za to im bardziej zbliżaliśmy się do wybrzeża, tym bardziej dominowała susza, żółte trawy, a gęste lasy zastąpiły wątłe, wysuszone pojedyncze drzewa. Przy samym wybrzeżu droga stała się znacznie gorzej utrzymana, mijaliśmy po drodze znacznie biedniej wyglądające wioski- jakbyśmy cofali się w czasie.
Na plażę dojeżdża się niewielką dróżką wyłożoną betonowymi płytami, a po drodze mija się jeszcze opuszczoną fabrykę i resztki ogrodzenia. Płyty, miejscami nierówne, spękane i zniszczone, pozwalają mimo wszystko na dojazd niemal każdym zwykłym autem i nie stanowią większego problemu. Miejscami trzeba natomiast uważać, żeby nie zakopać się w piasku.
Od drogi skręciliśmy w lewo i przejechaliśmy wśród kolumny aut i kamperów, które już tam stały. Zaparkowaliśmy na wolnej przestrzeni, a miejsce obok nas dość szybko zajęło kolejne auto. Pogoda była niespokojna- było gorąco, ale wiał niesamowicie mocny wiatr. Postanowiliśmy, że w takich warunkach nie rozstawimy namiotu (kilka namiotów obok miało pozrywane sznury, a w nocy, gdy wiatr się nasilił, słyszeliśmy innych ludzi mocujących się z szarpanym wiatrem materiałem). Postanowiliśmy zanocować w samochodzie- była to w takich warunkach jedyna możliwość. Przeszliśmy się chwilę wzdłuż brzegu, a wiatr wbijał w ciało drobinki piasku i pokruszonych muszelek, które znajdowaliśmy we włosach jeszcze przez kilka dni.
O zachodzie słońca przeszliśmy się jeszcze na krótki spacer wzdłuż plaży, jednak wiatr nie słabł, nie dało się więc posiedzieć nad brzegiem czy kąpać. Dość szybko wróciliśmy więc do auta i w nim zanocowaliśmy. Była to niespokojna noc, bo wiatr i porywane przez niego przedmioty innych kamperowiczów czyniły sporo hałasu. Rankiem wraz ze wschodem słońca ruszyliśmy dalej- w stronę Mołdawskiej granicy.
Zwiedzanie stolicy Rumunii w 1 dzień- co zobaczyć w Bukareszcie?
Na wstępie warto zaznaczyć, że Bukareszt to na tyle duże miasto, że aby dokładnie je poznać, warto przeznaczyć na jego zwiedzanie nieco więcej czasu, niż spędziliśmy tu my. Jednak nawet taki krótki spacer po centrum i głównych zabytkach pozwala poczuć klimat miasta, zatem opowiemy Wam, co postanowiliśmy zobaczyć w Bukareszcie.
Aby uniknąć wjazdu autem do centrum, postanowiliśmy zostawić samochód przy obrzeżach miasta na parkingu centrum handlowego, a na zwiedzanie udaliśmy się metrem.
Stolica Rumunii nie należy do najchętniej odwiedzanych miejsc w kraju. Dlaczego Bukareszt nie cieszy się zbyt dużym turystycznym powodzeniem? Wiele osób ma co do niego mieszane lub negatywne odczucia. Poza tym Rumunia słynie przede wszystkim z gór i przyrody, a nie miast. Pomimo nienajlepszej opinii Bukareszt pozytywnie nas jednak zaskoczył.
Historia Bukaresztu i jego architektury jest nieco smutna i tragiczna- miasto było zniszczone w czasie II wojny światowej ale najbardziej ucierpiało już po niej. W czasach władzy dyktatorskiej Nicolae Ceaușescu w latach 1967 – 1989 wiele wspaniałych zabytków Bukaresztu zostało zrównane z ziemią lub uszkodzone. Dopiero po obaleniu władzy w 1989 roku zaczęto odbudowywać miasto. Charakter i wygląd miasta odzwierciedlają ustrój, warunki historyczne i politykę, które miały wpływ na jego dzieje. Poza odrestaurowaną obecnie dzielnicą starego miasta, większość bloków mieszkalnych zdradza postkomunistyczny charakter budownictwa. Niektóre dzielnice są w kiepskim stanie wymagającym remontu, brutalistyczne budowle górują nad sypiącymi się blokami. Mieszają się tu piękno i brzydota, przepych i bieda.
Niektórzy nazywają Bukareszt rumuńskim Rzymem- jest w nim bowiem coś monumentalnego, zachwycającego swoim ogromem. Kolumnady na frontach budynków, klasyczna architektura- miejscami faktycznie Bukareszt może przypominać Rzym.
W Bukareszcie Stare Miasto to dzielnica Lipscani- obecnie jest to centrum życia rozrywkowego, turystycznego i kulturalnego. Wiele zabytkowych budynków, które przetrwały zniszczenia, zostało odrestaurowanych i dziś cieszy oczy swoim pięknem. To tutaj znajdziemy oryginalne brukowane uliczki, piękne fasady i kolumnady. Wyjątkową perełką jest cerkiew Stavropoleos, w której obecnie mieści się zarówno świątynia, jak i biblioteka udostępniona do zwiedzania.
Idąc ulicami Starego Miasta dojdziemy do Placu Rewolucji, miejsca o wyjątkowym znaczeniu historycznym. Obecnie mieszczą się tam muzea, biblioteki i pomniki. W pobliżu znajdziemy tzw. Rumuńskie Ateneum- neoklasycystyczną budowlę wraz z otaczającym ją parkiem. Mieści się w nim sala koncertowa.
Idąc dalej docieramy do Parku Izvor- ogromnego kompleksu parkowego z szerokimi, rozległymi ścieżkami. Naszym oczom ukazuje się powoli symbol dawnego reżimu i ambicji rządzącego Nicolae Ceaușescu- Pałac Parlamentu. Pod jego budowę wyburzono ogromną liczbę zabytkowych budynków miasta, a sam budynek jest obecnie drugą co do wielkości budowlą administracyjną na świecie. Posiada ponad 1100 pomieszczeń, w tym muzea, biblioteki i sale koncertowe. Jego część jest udostępniona do zwiedzania.
Spod Pałacu Parlamentu podchodzimy jeszcze do Katedry Zbawienia Narodu- jest to druga co do wielkości chrześcijańska świątynia w Europie. W czasie naszej wizyty jest częściowo w remoncie, oglądamy ją więc tylko z daleka. Będąc w tej okolicy warto zajść również do prawosławnego Kościoła Świętego Jana Chryzostoma, niewielkiego, ale bardzo pięknego budynku.
Praktyczne informacje i przydatne linki:
parking: 44.407974, 26.195504 (płatny w automacie)
Pałace Peleș i Pelișor znajdują się w jednym kompleksie pałacowo-parkowym w miejscowości Sinaia w Rumunii. Pałac Peleș to niezwykle bogata, letnia rezydencja króla Karola I a Pelișor to nieco mniejszy pałac zbudowany dla następcy tronu i jego żony. Obie budowle słyną z przepychu i niesłychanego bogactwa, pięknej architektury i skomplikowanych zdobień. Są też niezwykle popularne wśród turystów- bilety należy kupować ze sporym wyprzedzeniem i niestety, trzeba liczyć się z tłumami odwiedzających.
Ponieważ my odwiedzaliśmy kompleks pałacowy po trekkingu w górach Bucegi, nie byliśmy pewni, czy w ogóle zdążymy dojechać na miejsce przed zamknięciem. Z tego powodu nie kupiliśmy biletów wstępu z wyprzedzeniem. Na miejscu natomiast nie były one już dostępne, czego się spodziewaliśmy. Obejrzeliśmy pałace jedynie z zewnątrz, czego odrobinę żałujemy, bo wnętrze podobno robi ogromne wrażenie. Z pewnością wierzymy w to stwierdzenie, bo już same mury budynków były niezwykle piękne!
Miejsce to, pomimo ogromnej popularności, ma dość krótkie godziny otwarcia. Nawet w sezonie ostatnie zwiedzanie odbywa się w godzinach 16-17. Jeśli zależy Wam na obejrzeniu wystaw muzealnych i wnętrza pałaców, polecamy kupować bilety online ze sporym wyprzedzeniem. Jednak nawet bez biletów wstępu warto odwiedzić to miejsce będąc w okolicy. Już samo otoczenie i mury pałaców robią ogromne wrażenie przez dbałość o detale i bardzo bogate zdobienia, a także ze względu na wystrój ogrodów i całego otoczenia.
Praktyczne informacje i przydatne linki:
parking: 45.355846, 25.548852 (płatny za pomocą kodu QR)
Należące do Karpat Południowych Góry Bucegi to piękne, malownicze pasmo w centralnej Rumunii. Działa w nich najwyżej usytuowane schronisko górskie w Karpatach- schronisko pod szczytem Omu na wysokości 2505 metrów. Przez pasmo Bucegi przebiega także słynna widokowa trasa górska Transbucegi.
Trasa na szczyt Omu w górach Bucegi
Długość: 15km
Czas przejścia: 6h 15min
Trudność: umiarkowana, dość wymagająca kondycyjnie
Na parking chcieliśmy dojechać słynną trasą Transbucegi, jednak w tamtym czasie była okresowo zamknięta i musieliśmy wybrać objazd przez drogę po drugiej stronie jeziora Bolboci. Droga ta była dość wąska i miejscami kiepsko utrzymana, jednak bez większych problemów dojechaliśmy nią na miejsce.
Szlak zaczyna się dość łagodnie, wśród pastwisk koni, krów i owiec. Przy szlaku spotkaliśmy także kilka osiołków. Zwierzęta są pilnowane przez kilka pasterskich psów, jednak te na szczęście nie robią sobie nic z naszej obecności i mijają nas obojętnie. Owce kilkukrotnie są przyczyną dłuższych postojów na szlaku- ich przemarsz (pod czujnym okiem psów pasterskich) w poprzek ścieżek chwilami uniemożliwia wędrówkę. Szlak od początku jest bardzo malowniczy, a wraz ze zdobywaniem wysokości, pojawiają się coraz piękniejsze widoki.
Po pewnym czasie wędrówka staje się coraz bardziej wymagająca, a teren coraz bardziej stromy. Przybliżają się do nas wysokie masywy i widzimy przed sobą szczyt Omu. Mijamy zdecydowanie więcej turystów, niż w górach Ciucas, jednak wciąż jest to maksymalnie kilkadziesiąt osób w ciągu dnia. Pod samym szczytem wdrapujemy się na kilku stromych, skalistych podejściach i widzimy przed sobą schronisko i szczyt Omu. Schronisko to jest najwyżej położonym, działającym schroniskiem w całych Karpatach. Widoki przed nami są spektakularne- widzimy ostre skały, głębokie doliny o strzelistych brzegach i dość ponure, ciemne chmury na horyzoncie. Szybko się do nas zbliżają i widoczność już nie jest zbyt dobra, ale widoki i tak zapierają dech w piersiach.
Kierujemy się w stronę formacji skalnej Sfinks- jest to jeden z najsłynniejszych punktów w tutejszych górach. Na odcinku pomiędzy Omu a Sfinksem szlak jest łagodny, prowadzi w większości dość szeroką ścieżką. Pod Sfinksem mijamy już zdecydowanie większą liczbę turystów. Skalna postać faktycznie przypomina wyglądem egipskiego Sfinksa- robimy przy nim krótki postój, po czym ruszamy dalej.
Spod skalnego Sfinksa nasz szlak prowadzi już właściwie prosto na parking. Pogoda się psuje i zaczyna nas gonić lekki deszcz, więc staramy się pokonać ten odcinek bez dłuższych postojów. Wkrótce jesteśmy już na parkingu, gdzie mijamy jeszcze kilka psów, ponownie bez żadnej interakcji z nimi.
Praktyczne informacje i przydatne linki:
parking pod szlakiem na Omu: 45.393452, 25.440915 (bezpłatny)
Średniowieczne stare miasto i wizytówka Transylwanii- co zobaczyć w Braszowie?
Braszów leży w środkowej Rumunii, na Wyżynie Transylwańskiej. Jest to jedno z najczęściej odwiedzanych miast tego kraju i bezsprzecznie jest jego wizytówką. Jest to również najpopularniejsze miejsce wypadowe w okoliczne góry. Co więc zobaczyć, będąc w Braszowie?
Rynek i ratusz, czyli Piața Sfatului– tętniący życiem i otoczony przez kolorowe kamieniczki Rynek Starego Miasta. Historia ratusza sięga XV wieku, choć po pożarze w 1689 roku większość miasta została zniszczona i obecnie widzimy wyremontowane po pożarze budynki. Uliczki dochodzące do Starego Miasta są bardzo urokliwe- brukowane, z kamiennymi domami, wąskie i zaciszne.
Biserica Neagră, czyli Czarny Kościół– monumentalny i strzelisty, późnogotycki kościół znajdujący się niedaleko rynku. Nazwa pochodzi od poczerniałych od sadzy murów po pożarze miasta, podczas którego wnętrze kościoła zostało niemal doszczętnie zniszczone. Wstęp do środka kościoła jest płatny, a wewnątrz nie wolno robić zdjęć. My obejrzeliśmy świątynię jedynie z zewnątrz, skąd i tak wywarła na nas spore wrażenie.
Mury miejskie, baszty i bramy– stanowią pamiątkę po czasach, gdy miasto było twierdzą, a mury pełniły funkcje obronne. W późniejszych latach baszty, wieże i bramy pełniły funkcje polityczne i symboliczne. Dziś stanowią piękną pamiątkę, a niektóre pełnią funkcje muzealne. Warto przespacerować się pomiędzy nimi i zawędrować nieco dalej niż ścisłe okolice rynku. Poznaje się wtedy prawdziwy urok miasteczka.
Wzgórze Tâmpa, czyli rumuńskie Hollywood- tak nazywają je żartobliwie turyści, ponieważ na szczycie wzgórza mieści się napis Brasov wzorowany na tym w Hollywood. Wzgórze jest doskonałym punktem widokowym na całe miasto, a na szczyt prowadzi kilka ścieżek. Szlak obok Bastionu Tkaczy jest najpopularniejszym z nich- wejście na szczyt zajmuje około godzinę i jest dość mocno męczące. Na górę można też wjechać kolejką, jednak w sezonie są do niej spore kolejki ;). Z góry widok na miasto jest niesamowity- można dokładnie się przyjrzeć, jak miasto wdziera się kilkoma odnogami w doliny. Jest otoczone górami, wije się pomiędzy nimi i odznacza wyraźnie swoimi jasnymi budynkami z czerwonymi dachami.
Po zmroku miasto nabiera wyjątkowego charakteru. Jest bardzo urokliwe- w wąskich uliczkach na wyślizganym bruku odbija się światło latarni, rozbrzmiewa gwar wieczornego życia. Ciepłe mury i bruk kontrastują z chłodnym powietrzem schodzącym z okolicznych gór.
Wieczorami warto zwracać uwagę na alerty lokalnych władz. Ze względu na położenie miasta pomiędzy górami, często zdarza się, że na obrzeża miasta zapuszczają się z pobliskich wzgórz niedźwiedzie. My sami będąc w Braszowie dostaliśmy na telefon taki alert- informację, że w określonych godzinach w uliczce, którą spacerowaliśmy jeszcze chwilę wcześniej, był widziany niedźwiedź. Działo się to już po zmroku, czyli w porze zwiększonej aktywności zwierząt.
Gdzie zjeść w Braszowie?
Choć w Braszowie z pewnością nie brakuje dobrych restauracji, mamy dla Was odpowiedź na pytanie, gdzie zjeść pyszne, regionalne dania kuchni rumuńskiej. Ze względu na klimat i naprawdę smaczne jedzenie polecamy Casa Romaneasca- my wybraliśmy się do niej na kolację. Restauracja usytuowana jest niedaleko urokliwego Piața Unirii- Placu Unii, który jest świetnym punktem na rozpoczęcie lub zakończenie zwiedzania.
Góry Ciucaș to rejon tzw. Karpat Zakrętu- słyną z ciekawych formacji skalnych i pięknych połonin. Dla nas ich krajobraz był nieco zaskakujący, przypominał połączenie różnych pasm górskich, jakie do tej pory znaliśmy. Nie można odmówić mu uroku. Najwyższy szczyt to Vârful Ciucaș o wysokości 1954 metry- to na niego prowadził nasz szlak.
Szlak na Vârful Ciucaș
Długość: 17,5km
Czas przejścia: 6,5h
Trudność: umiarkowana
Szlak zaczyna się przy niewielkim parkingu przy drodze. Łagodną ścieżką pnie się po wzniesieniu, a naszym oczom ukazują się połoniny niczym w Bieszczadach. Rozległe, pofalowane i złote, rozpościerają się wzdłuż początkowych fragmentów szlaku aż do wejścia w las.
Fragment szlaku wiedzie dalej przez zarośla i las. To tam pierwszy raz tego dnia spotkaliśmy niedźwiedzia- ale nie zdążyliśmy zrobić mu żadnego zdjęcia. Gdy tylko usłyszał lub wyczuł nas na szlaku, zaczął wielkimi susami uciekać wgłąb lasu. Po kilkuset metrach odwrócił się, upewnił, że jesteśmy daleko i wolniejszym już krokiem zagłębił się między drzewa. Był to młody, sądząc po rozmiarze, osobnik. Gdyby się nie poruszył, zapewne nawet byśmy go nie zauważyli.
Po pewnym czasie wyszliśmy powyżej granicy lasu. Spośród połonin wyłaniały się tutaj białe skały- formacje najróżniejszych kształtów i wielkości. Dość łagodną ścieżką pięliśmy się nieco wyżej, oglądając niezwykłą panoramę wokół. Mimo pochmurnej pogody widoczność była nienajgorsza, mogliśmy więc podziwiać pagórki i doliny, które nas otaczały.
Podejście na sam szczyt jest nieco strome i ciut bardziej kamieniste. Gdy w końcu na nim stanęliśmy, naszym oczom ukazał się piękny widok. Zrobiliśmy sobie krótką przerwę, a po pamiątkowych zdjęciach ruszyliśmy dalej. Aby urozmaicić szlak, chcieliśmy zrobić od szczytu niewielką pętlę i dopiero później wrócić na ten sam szlak, którym przyszliśmy w tą stronę.
Za szczytem Ciucaș szlak staje się jednak troszkę gorzej utrzymany- kilkukrotnie natknęliśmy się na mało przyjemne piarżyska i żwirowe osypania, po których trudniej było się poruszać. Na końcu pętli znajdują się słynne skalne 'posągi’ wyglądające jak dwie nachylające się do siebie postaci.
Wróciliśmy na znany już szlak i tą samą drogą zeszliśmy w stronę parkingu. Pogoda nieco się psuła i utrzymujące się cały dzień chmury coraz bardziej straszyły nas deszczem, więc przyspieszyliśmy nieco tempo. Przez cały dzień spotkaliśmy na szlaku tylko 3 osoby i uwaga… tyle samo niedźwiedzi 🙂 w drodze powrotnej pewna para Polaków przyglądała się czemuś w oddali na zboczu. Zaciekawieni spojrzeliśmy w tamtym kierunku- w dość dalekiej odległości, w spokojnym otoczeniu lasu, na zboczu góry spacerowała sobie dorosła, dość duża samica niedźwiedzia z malutkim młodym niedźwiadkiem. Ponieważ odległość od nas do zwierzaków była naprawdę duża, a niedźwiedzica nie wykazywała zupełnie żadnych oznak niepokoju, pozwoliliśmy sobie na chwilę postoju i podziwianie jej z dala. Prawie na żadnym zdjęciu nie udało się nam jej uchwycić, ale to wspomnienie zostanie z nami na długo. Polecamy jednak ostrożność w tym rejonie, ponieważ jest zamieszkany przez sporą ilość niedźwiedzi i zdecydowanie należy okazać szacunek do ich terenu i unikać spotkań z nimi, o ile to możliwe.
Praktyczne informacje i przydatne linki:
parking przy drodze: 45.480333, 25.896877 (bezpłatny)
Łatwy trekking dnem pięknego wąwozu- idealna trasa na spokojny spacer z widokami
Długość: 7,7km
Czas przejścia: 2h 45min
Trudność: łatwa
Park Narodowy Piatra Craiului obejmuje pasmo górskie Karpat Południowych, a jego ukrytym skarbem jest wapienny wąwóz Prăpăstiile Zărneștilor. Trasa wiedzie w większości dnem wąwozu, choć można też wspiąć się na punkty widokowe na jego zboczach. Szlak jest łatwy, prowadzi w większości utwardzoną drogą, więc idealnie nadaje się na rodzinne wycieczki czy spokojny spacer w luźny dzień.
Wstęp do parku narodowego jest płatny- przy drodze umieszczone są tablice z kodami QR do dokonania płatności. Jest to jednak o tyle trudne, że… nie ma tam zasięgu ;). Nam pomimo kilku prób nie udało się opłacić wstępu przez kod QR, nie spotkaliśmy też żadnej osoby pobierającej opłaty na miejscu.
Szlak zaczyna się z niewielkiego parkingu, do którego dojeżdża się utwardzoną, żwirową drogą. Nie wiemy z jakiego powodu, ale bardzo wielu turystów omijało parking i próbowało samochodami wjechać do samego wąwozu, po czym wycofywało się natrafiwszy na stojący nieco dalej szlaban. Droga przez wąwóz jest szlakiem pieszym, nie jest dostępna dla samochodów, jednak parking przy wąwozie jest raczej dobrze oznakowany i widoczny. Najlepiej zostawić tam auto i dalej iść już pieszo.
My wybraliśmy się na spacer wąwozem w dzień, gdy kiepska pogoda uniemożliwiała jakiekolwiek trudniejsze wycieczki. Gdy dotarliśmy na parking, ulewa nie pozwalała na wyjście z samochodu. Przeczekaliśmy największe oberwanie chmury i po kilkunastu minutach postanowiliśmy mimo wszystko wyjść na szlak. Deszcz powoli ustępował, choć i tak przez większość drogi lekko siąpiło. Nie utrudniało to jednak spaceru- szlak prowadzi w wąwozie utwardzoną drogą, która nawet przy niepogodzie jest wygodna i łatwa.
Od samego początku wąwóz zrobił na nas ogromne wrażenie. Wysokie skalne ściany wyrosły po naszych obu stronach, gęsto porośnięte lasem. Deszczowa i mglista aura nadawała krajobrazowi tajemniczości. Wąwóz wije się prawie jak koryto rzeki, a za każdym zakrętem czekają piękne skały pokryte soczyście zielonym lasem. Jako koniec naszej trasy wyznaczyliśmy punkt widokowy, do którego trzeba wspiąć się kawałek po zalesionym brzegu wąwozu. Z tej wysokości pięknie widać okolicę.
Ze względu na pogodę, my postanowiliśmy wrócić do auta tą samą drogą. Jednak z tego punktu rozpoczyna się wiele innych szlaków. Można wybrać się stąd w dalsze wędrówki w kilku kierunkach, więc spacer wąwozem nie musi stanowić całej wycieczki, a może być jedynie wstępem do dalszego trekkingu wgłąb Parku Narodowego Piatra Craiului.
Praktyczne informacje i przydatne linki:
parking pod Prăpăstiile Zărneștilor: 45.535050, 25.291855 (bezpłatny)
Transalpina (droga krajowa DN67C) to najwyżej położona i jedna z najbardziej malowniczych tras samochodowych w Rumunii. W najwyższym punkcie, na przełęczy Urdele, osiąga wysokość 2145 m n.p.m. Jest otwarta sezonowo i zimą zwykle jest nieprzejezdna, ale w sezonie letnim jest dostępna dla wszystkich przeciętnych aut.
W całości jest asfaltowa, dość dobrze utrzymana, choć oczywiście kręta i miejscami stroma. Wymaga jednak pewnego doświadczenia od kierowców, jest bowiem naprawdę popularna i ruch na niej jest duży. Zdarza się, że inni turyści zatrzymują się na środku pasa jezdni- aby podziwiać widoki czy zrobić zdjęcie, nie bardzo przejmując się panującym ruchem i blokowaniem przejazdu. Czasem zdarzała się więc konieczność zatrzymania się i ruszania w najbardziej niedogodnych miejscach- na naprawdę stromych podjazdach i serpentynach.
Początkowe, niżej położone fragmenty trasy, wiodące przez lasy, to miejsce licznie zamieszkane przez niedźwiedzie. Można zobaczyć przy drodze ich ślady czy odchody. W najwyższych partiach raczej już nie spotyka się niedźwiedzi, za to są tam wypasy owiec, można więc spotkać psy pasterskie.
Transalpina jest pięknie położona, roztacza się z niej widok na 360 stopni wokół. Otaczają ją rozległe góry i połoniny- doskonale nadaje się do fotografii i nagrań z drona. Niektórzy także wybierają się na noclegi w namiotach przy tej drodze (nocowanie na dziko w Rumunii nie jest zakazane). My zatrzymaliśmy się na przełęczy Urdele na krótki spacer na pobliską górę i punkty widokowe, jednak ze względu na kiepską pogodę przeszliśmy tylko fragment tej trasy.
Długość: 4,3km
Czas przejścia: 2h 10min
Trudność: łatwa do umiarkowanej
Trasa Transfogarska
Trasa Transfogarska (Transfăgărășan, droga krajowa DN7C) rozpoczyna się w okolicy cytadeli Poenari. To druga z najsłynniejszych i najbardziej malowniczych dróg górskich w Rumunii, łącząca Sybin z Pitești. Najwyższy punkt osiąga na przełęczy na wysokości 2042 m n.p.m., gdzie znajduje się najdłuższy w Rumunii tunel (884 m) przebity pod górą Paltinul / Capra. Najbardziej widowiskowy jest północny odcinek z imponującymi serpentynami i wysokimi, kamiennymi mostami oraz jezioro i wodospad Bâlea leżące tuż przy tunelu w najwyższym punkcie trasy.
Trasa Transfogarska słynie z dużej ilości niedźwiedzi, które przechadzają się lub leżą często przy samej drodze. Oczywiście nie powinno się zatrzymywać samochodu, a już bezwzględnie zakazane jest wysiadanie z auta i próby dokarmiania czy fotografowania zwierząt z bliska.
Niestety większość turystów nie przestrzega tych zasad. Dokarmianie niedźwiedzi prowadzi do ich oswajania się z człowiekiem i zwiększonej obecności w tej okolicy. Odnotowano wiele wypadków, również śmiertelnych, wśród turystów podchodzących zbyt blisko zwierząt, aby zrobić sobie z nimi zdjęcia. Normą wśród przyjezdnych jest również zatrzymywanie się wielu samochodów, gdy jakiś niedźwiedź pojawi się przy samej drodze- to także powoduje niebezpieczeństwo. My sami podczas przejazdu trasą Transfogarską 8 razy widzieliśmy niedźwiedzie, przy czym dwa razy były to matki z młodymi. Staraliśmy się jedynie jechać powoli i ostrożnie, nie zatrzymując się i nie utrudniając ruchu na tyle, na ile było to możliwe.
Planowaliśmy nocować niedaleko początku szlaku na Moldoveanu, najwyższego szczytu Rumunii i całych Karpat, który zamierzaliśmy zdobyć kolejnego dnia. Już po drodze widać było jednak zmianę w pogodzie- nastąpiło dość gwałtowne załamanie pogody, a prognozy zmieniły się o 180 stopni. Przez następne dwa dni nie widać było szans na poprawę i możliwość bezpiecznej wędrówki. Przez jakiś czas czekaliśmy w samochodzie na parkingu, ale gdy pioruny i grzmoty zaczęły huczeć nad nami wysoko w górach, postanowiliśmy poszukać awaryjnego noclegu w Braszowie.
Z widokowych serpentyn w górach zjeżdżaliśmy niestety w ulewie i ze słabą widocznością. Dodatkowo, w drodze do Braszowa zastała nas ciemność i warunki do jazdy były naprawdę trudne. Mimo wszystko, trasa Transfogarska zrobiła na nas fenomenalne wrażenie, podobała nam się dużo bardziej, niż Transalpina. Ogromne wrażenie zrobiło na nas także zobaczenie na żywo niedźwiedzi w tak bliskiej odległości, nawet zza szyb auta było to niezapomniane przeżycie. Żałujemy jedynie, że nie mogliśmy się nacieszyć górskimi widokami w ładniejszej pogodzie i musieliśmy wracać bez wyjścia na szlaki w górach.
Praktyczne informacje i przydatne linki:
parking na przełęczy Urdele: 45.365253, 23.650246 (darmowy)
parking przy punkcie widokowym pod Moldoveanu: 45.584838, 24.637197 (darmowy)
Fundătura Ponorului to mała wioska w górach Rumunii, która zdaje się być zapomniana przez cywilizację. Bez drogi dojazdowej, bez bieżącej wody, kanalizacji czy prądu. Z małymi, drewnianymi domkami, pełna zwierząt gospodarskich, leży w niewielkiej dolinie niedaleko wioski Ohaba Ponor. Można się tu dostać czerwonym szlakiem z tej właśnie wsi, a trekking zajmuje około 2 godzin i wiedzie dość stromo pod górę. W wiosce zachowało się tylko kilka gospodarstw, a lokalni mieszkańcy żyją w rytmie natury. Turyści w poszukiwaniu 'prawdziwej’ starej Rumunii przyjeżdżają tu nocować pod namiotem i poznać życie tej małej osady.
Długość: 4,5km
Czas przejścia: 2h
Trudność: umiarkowana
Zaparkowaliśmy auto na niewielkim parkingu przy końcu drogi, przy garażach w wiosce Ohaba Ponor. Stamtąd czerwonym szlakiem ruszyliśmy w drogę, mijając po drodze kilka tablic ostrzegających przed niedźwiedziami i płoty zabezpieczone drutem kolczastym. Szykowaliśmy się na nocleg w wiosce, mieliśmy więc ze sobą duże plecaki ze sprzętem kempingowym i trochę suchego prowiantu na kolację i śniadanie. Temperatura dawała się we znaki- było około 36-38 stopni, a szlak wiódł dość ostro pod górę. Miejscami wchodził w las, miejscami natomiast wiódł po otwartej przestrzeni, gdzie popołudniowe słońce świeciło jeszcze dość wysoko.
Po drodze do wioski spotkała nas dosyć nietypowa sytuacja. Para młodych Rumunów rozmawiała w swoim języku z pewną starszą panią, jak się później okazało, mieszkanką wioski. Odezwali się do nas po angielsku, widząc nasze plecaki, z pytaniem o nasze plany na wieczór i nocleg. Odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą, że planujemy zostać w wiosce na noc pod namiotem. Po krótkiej wymianie zdań, para w imieniu starszej pani zaprosiła nas do niej. Mieliśmy nocować na jej podwórku, chronieni przed niedźwiedziami, ale i przed psami pasterskimi, które w tym rejonie w obronie swojego stada potrafią być wyjątkowo niebezpieczne. Początkowo byliśmy nieco onieśmieleni, bo nie mieliśmy się czym odwdzięczyć za pobyt, a gospodyni nie chciała od nas żadnych pieniędzy. Była jednak bardzo otwarta i miła -zaciekawieni, chętnie zgodziliśmy się na tą propozycję i dalej poszliśmy już razem z naszą nową gospodynią.
Mieszkanka wioski dziarskim krokiem poprowadziła nas do osady i do swojego gospodarstwa. Aby do niego dotrzeć, trzeba było przejść przez teren sąsiedniego gospodarstwa. Terenu pilnował pies pasterski- jak wspomnieliśmy, są one tutaj dla obrony przed dzikimi zwierzętami a mieszkańcy posługują się drewnianymi kijami, aby je tresować i w razie potrzeby odgonić. Nam wydało się to nieco smutne, gdy zobaczyliśmy reakcję wielkiego psa na trzymany przez gospodynię kij, jednak tutaj uznawane to było za normalne i stosowane od pokoleń. Z kolei pies naszej gospodyni okazał się łagodny i przyjacielski pomimo groźnego wyglądu.
Gospodyni zaprosiła nas do swojego domu- poczęstowała nas napojem i próbowała pokazać, jak mieszka. Dogadywaliśmy się na migi- pani nie znała angielskiego. Chwilę posiedzieliśmy u niej- w środku było wyjątkowo chłodno, pomimo upalnego dnia. Poszliśmy rozstawić namiot na polu i przejść się po okolicy.
Przez wioskę płynie strumień- nie nadaje się jako źródło wody pitnej, ale mogliśmy się w nim nieco odświeżyć po gorącym i męczącym dniu. Aby do niego dojść, trzeba przejść przez kilka pól i pastwisk, co stanowi tutaj pewne wyzwanie. Tereny były poodgradzane drutem kolczastym, i żeby przedostawać się w kolejne miejsca, trzeba było przechodzić po czymś w rodzaju chybotliwego schodka/ławki nad takimi płotami. W wiosce pasło się wiele krów i trochę koni, a klimat był naprawdę sielski. Po powrocie do gospodarstwa okazało się, że ciekawskie krówki wylizały nasz namiot stojący na ich polu- cały był pokryty śladami śliny. Jednak więcej się nim nie interesowały i chodziły sobie spokojnie wokół nas.
Gdy gospodyni nas zobaczyła, zawołała nas jeszcze na chwilę i pokazała gestem, gdzie ma drewniany wychodek a następnie mały zbiornik, gdzie trzyma wodę pitną. Prawdopodobnie była to deszczówka, ale wydawała się czysta. Nieco ryzykownie postanowiliśmy zaufać gospodyni i nabraliśmy trochę wody- okazała się przyjemnie chłodna i nie mieliśmy po niej żadnych problemów. Chwilę później dostaliśmy jeszcze od gospodyni wielki kawał białego sera i wiaderko mleka prosto od krowy, jeszcze ciepłego. Przyniosła nam też dwie gruszki i garstkę pomidorów. Było nam głupio, bo zupełnie nie mieliśmy nic, czym moglibyśmy się jej odwdzięczyć. Podziękowaliśmy serdecznie i zjedliśmy jej dary na kolację, część mleka przelewając do butelki po wodzie.
Dając nam biały ser gospodyni przekazała nam, częściowo na migi, że jej pies jest wyjątkowo łasy na ser i aby trzymać go z dala od psa. Pokazała nam swój drewniany kij i poprosiła, aby absolutnie nie bić nim psa, ale użyć do odgonienia go, jeśli byłby wyjątkowo natrętny. Na szczęście nie mieliśmy potrzeby używania kija, jednak zgodnie ze słowami staruszki, pies od razu przyleciał do nas, gdy poczuł zapach świeżego sera i kręcił się wokół, dopóki nie zjedliśmy go aż do ostatniego kęsa.
Nadszedł zmrok, a wraz z nim koniec dnia dla mieszkańców wioski. Dymy w kominach powoli znikały. Nastanie ciemności na zewnątrz kończyło tutaj rytm dnia i zapowiadało nadejście nocy i odpoczynku. Tylko w jednym z domów paliło się nikłe światło, być może z lampki solarnej- wioska nie miała dostępu do prądu. Gdy całkowicie się ściemniło, na niebie zaczęły pojawiać się niezliczone ilości gwiazd. Byliśmy z dala od cywilizacji i oświetlonych miast, a więc nic nie przeszkadzało nam w oglądaniu nocnego nieba. Staliśmy na zewnątrz i oglądaliśmy gwiazdy dopóki nie zrobiło się na tyle zimno, że trzeba było schować się w namiocie i ciepłych śpiworach.
Minęła dość chłodna i wilgotna noc, a rano wioska spowita była gęstą mgłą. Po zwinięciu namiotu i krótkim pożegnaniu, zarówno z właścicielką jak i jej przyjaznym psiakiem, ruszyliśmy w drogę powrotną. Powietrze szybko się nagrzewało i wkrótce znów zrobiło się gorąco. Ukojeniem było mleko z poprzedniego dnia, schłodzone w nocy w butelce. Z przyjemnością i ciepłymi wspomnieniami wróciliśmy z powrotem na parking.
Praktyczne informacje i przydatne linki:
parking w Ohaba Ponor: 45.534790, 23.141221 (darmowy przy garażach, mało miejsc)
Nie jest to kolejny wpis o zwiedzaniu Rumunii „śladami Draculi”, ponieważ te zamki mają w rzeczywistości niewiele z nim wspólnego. Jednak są bardzo ciekawe i warto poświęcić im czas, będąc w Transylwanii.
Zamek Hunedoara- Castelul Corvinilor
To jeden z najsłynniejszych zamków Transylwanii, a także jeden z bardziej znanych w Europie. Zamek jest pozostałością po rodzie Corvin i symbolen węgierskiego panowania na tych obszarach. Co ciekawe, na terenie zamku kręcono filmy „Prawdziwe życie Draculi” z 1979 r., czy „Michał Waleczny” z 1970 r., przez co zaczął być kojarzony z hrabią Draculą.
Zwiedzanie zamku rozpoczyna się od zakupu biletów w kasie, do której ustawiła się spora kolejka. Ponownie kupienie biletów online pozwoliło nam ją ominąć. Zamek zwiedza się samodzielnie, a numery i tablice informacyjne są rozrzucone dosyć chaotycznie, przez co zwiedzający czasem kręcą się w nieładzie z miejsca na miejsce. Jednak pomimo tego małego braku organizacji, zamek jest piękny i zdecydowanie wart odwiedzenia.
Większość sal w zamku urządzona jest raczej minimalistycznie, tylko w niektórych miejscach umieszczono wystawy muzealne, a spora część pomieszczeń pozostaje pusta. Niestety w czasie naszej wizyty najbardziej okazała wieża zamkowa była w trakcie remontu, na zdjęciach widać więc rusztowania i siatki, zamiast pięknej sylwetki zamku. Była również wyłączona ze zwiedzania na czas prac remontowych.
Zamek Rasnov
Zamek w Rasnovie był tzw. zamkiem chłopskim. Wybudowali go Krzyżacy, ale po ich wygnaniu zamek przejęły okoliczne gminy chłopskie. Zamek był rozbudowywany i umacniany i dopiero po około 300 latach został zdobyty przez księcia Gabriela Batorego w 1612 roku. Przez kolejne stulecia przetrwał wiele oblężeń, aż w końcu został zniszczony przez trzęsienie ziemi w 1802 roku i od tamtego czasu pozostaje ruiną.
Częściowo wnętrze zamku zostało odrestaurowane, ale obecnie nie jest możliwe jego zwiedzanie wewnątrz budynku. Można jedynie obejrzeć mury i dziedziniec zamku z niewielkiej wieży. Na głównym dziedzińcu widoczne są stoiska i sklepiki z tandetnymi pamiątkami. Czasem na terenie zamku kręcone są sceny do filmów lub organizowane bywają festyny i rekonstrukcje historyczne. Ogólnie jednak zamek pozostaje niezagospodarowany i jego zwiedzanie zajmuje niewiele czasu. Będąc w okolicy Rasnova warto jednak poświęcić chwilę na odwiedzenie zamku, może to być również opcja na zagospodarowanie czasu w deszczowy dzień, tak jak w naszym przypadku.
Zamek Bran
Znany i reklamowany jako siedziba hrabiego Draculi jest chyba najpopularniejszym miejscem w całej Rumunii. Od razu należy zaznaczyć fakt, że Vlad Palovnik, na którym wzorowana jest postać Draculi, nigdy nie władał zamkiem Bran, a prawdopodobnie nawet w nim nie przebywał. Zamek ten jest wizualnie podobny do siedziby hrabiego przedstawionej w powieści, dlatego dla celów komercyjnych został okrzyknięty zamkiem Draculi, co z prawdą ma niewiele wspólnego. Przed zamkiem faktycznie znajdziemy mnóstwo straganów z wizerunkiem słynnego wampira na wszelkich możliwych przedmiotach- od maskotek, przez koszulki, figurki i wszelkie możliwe zabawki. Tandetne targowisko z wampirzymi pamiątkami nie wywiera najlepszego wrażenia. Na szczęście sam zamek urządzony jest w historycznym stylu, wewnątrz budowli nie spotkamy już żadnych nawiązań do postaci Draculi ani sklepików z pamiątkami.
Zwiedzanie zamku Bran odbywa się samodzielnie, zgodnie z wytyczoną trasą. Sama budowla jest malutka, ale bardzo urokliwa. Zamek posiada przepiękny dziedziniec, a wnętrza są urządzone bardzo stylowo. Sale są pełne wyposażenia i mebli z epoki, a sam budynek jest chyba najpiękniejszym, jaki mieliśmy okazję zwiedzać. Zrobił na nas naprawdę świetne wrażenie.
Aby uniknąć tłumów i utrudnień w tym popularnym miejscu, polecamy przyjechać na zwiedzanie zamku chwilę przed otwarciem. My zaparkowaliśmy kawałek dalej, jednak w uliczkach najbliżej zamku widać już było samochody krążące w poszukiwaniu niewielu wolnych miejsc. Pod samym wejściem do zamku ustawiła się niewielka kolejka, jednak gdy kończyliśmy zwiedzanie niecałą godzinę później, kolejka ta ciągnęła się aż do podnóża zamku i straganów w miasteczku. Zwiedzając zamek zaraz po otwarciu można liczyć na normalne tempo poruszania się po budowli, co więcej- o tej godzinie droższe bilety „fast entrance” nie dawały żadnej przewagi nad naszymi zwykłymi biletami, wchodziliśmy do zamku jednocześnie. Być może o późniejszej porze różnica jest już widoczna, gdy do wejścia ustawi się kolejka, która zdaje się nie mieć końca. Malutkie miasteczko Bran staje się niezwykle ruchliwe, ciasne i zatłoczone przez ogromne ilości turystów, które odwiedzają je codziennie w sezonie. Skromna infrastruktura miasta zdaje się nie nadążać za ilością chętnych do odwiedzenia miasta i zamku.
Cytadela Poenari
W przeciwieństwie do zamku Bran, cytadela Poenari była w rzeczywistości siedzibą Vlada Palovnika. Zamek, ze względu na swoje położenie, był fortecą bardzo trudną do zdobycia, w czym władca dostrzegł potencjał i obrał go na jedną ze swoich głównych siedzib. Cytadela położona jest na wysokim wzgórzu, otoczona rzeką i słynną trasą Transfogarską.
Od XIX wieku cytadela jest częściową ruiną, obecnie jest udostępniona do zwiedzania, a prowadzi do niej 1480 schodów. Zwiedzanie cytadeli może prowadzić do pewnych nieścisłości- teoretycznie wejścia są organizowane co 2 godziny w większych grupach, z uwagi na ochronę przed niedźwiedziami, które w tej okolicy występują bardzo licznie. W rzeczywistości jednak nie spotkaliśmy żadnej zorganizowanej grupy, turyści wchodzili na teren cytadeli samodzielnie, a bilety kupowało się dopiero na szczycie schodów u stóp budowli.
Wejście od samego podnóża góry do Cytadeli na szczycie jest dość wymagające i męczące, zwłaszcza w upalne dni. Do pokonania mamy bowiem całe wzgórze, po dość stromych schodach. Po drodze ani w samej cytadeli nie ma żadnej infrastruktury, a jedyną 'atrakcją’ są dwa manekiny nabite na pale, mające odnosić się do historii Vlada Palovnika.
Cytadela Poenari to doskonały punkt widokowy na Trasę Transfogarską, która rozciąga się u podnóża góry. Można podziwiać słynne serpentyny i kamienne mosty ukryte w gęstym lesie. Wzdłuż ścieżki i schodów ustawione są głośniki, z których leci muzyka i sygnały dźwiękowe- nie jest to przypadek. Hałas zniechęca do podchodzenia niedźwiedzie, których w tej okolicy jest bardzo dużo. Co jakiś czas daje się też usłyszeć syreny alarmowe- to służby hałasem rozganiają niedźwiedzie wdłuż pobliskiej słynnej szosy Transfogarskiej. Więcej o trasie Transfogarskiej przeczytacie w tym wpisie.
Praktyczne informacje i przydatne linki:
parking pod Zamkiem w Hunedoarze: 45.751977, 22.888960 (płatny w automacie)
parking pod zamkiem Rasnov: 45.588940, 25.477253 (płatny, najlepiej w gotówce)
bilety do zamku Rasnov: do kupienia na wejściu, najlepiej gotówką
parking pod zamkiem Bran (nie bezpośrednio pod zamkiem, ale zwykle jest szansa na wolne miejsce parkingowe): 45.517883, 25.366469 (płatny, najlepiej w gotówce w budce na parkingu)
bilety do zamku Bran: można kupić w automacie lub na stronie https://bran-castle.com/pages/tickets; polecamy zwykły standardowy bilet (oprowadzanie i fast line w przypadku droższych biletów niewiele się różnią od samodzielnego zwiedzania)
parking pod cytadelą Poenari: 45.349763, 24.633181 (przy drodze, darmowy)
bilety do Cytadeli Poenari: do kupienia na miejscu, gotówką lub kartą; obowiązują godziny wejść jednak nie zawsze są przestrzegane;