Nomadestales blog

Kategoria: Mołdawia

Orheiul Vechi (Orgiejów Stary)- kompleks archeologiczno- historyczny w Mołdawii

Orgiejów Stary to kompleks historyczno-archeologiczny i jedna z najpopularniejszych atrakcji w Mołdawii. Miejsce to znajduje się niecałą godzinę drogi od Kiszyniowa. Odwiedziliśmy je wcześnie rano – jeszcze przed otwarciem kas biletowych. Za wejście zapłaciliśmy dopiero podczas powrotu. Przy parkingu znajdują się toalety, a w godzinach otwarcia kompleksu można tam także obejrzeć wystawę Muzeum Etnograficznego.

Punktem centralnym kompleksu jest Monastyr na wzniesieniu, który słynie z części komnat klasztornych wykutych w skale. Częściowo są one dostępne do zwiedzania, jednak my nie zdecydowaliśmy się na wejście ze względu na brak odpowiedniego stroju. Z uwagi na panujące tam wyznanie potrzebne byłyby nam nakrycia głowy, wymagane były również zakryte ramiona i długie nogawki. Nie chcieliśmy brakiem odpowiedniego stroju okazywać braku szacunku dla religii, dlatego odpuściliśmy zwiedzanie wnętrza klasztoru.

Obejrzeliśmy za to piękną, sielską okolicę. Wspinając się na wzniesienie, na którym stoi klasztor, mijamy po drodze kamienny krzyż i zabytkową dzwonnicę, przez którą wiedzie wejście do podziemnych części klasztoru.

W dole wije się rzeka Reut, a na łąkach pasą się kozy. W bezpośrednim sąsiedztwie klasztoru znajduje się wioska Butuceni, która zachowała swój tradycyjny wygląd, z kamiennymi i kolorowymi elewacjami domów. Aby je obejrzeć, wystarczy zejść ze wzgórza i przespacerować się wąskimi, zacienionymi uliczkami.

Wioska jest wyjątkowo urokliwa, a zaraz za nią znajduje się także malutki cmentarz. Do Butuceni można dojechać lokalnym autobusem, działa tam również niewielka restauracja i camping.

Całe otoczenie jest niezwykle sielskie i malownicze, a gdy byliśmy tam wcześnie rano, spotkaliśmy zaledwie kilka osób. Cały teren bardzo nam się spodobał i był wyjątkowo miłym, spokojnym zakończeniem naszej podróży po Rumunii i Mołdawii.

Praktyczne informacje i przydatne linki:

Kiszyniów w 1 dzień

Mołdawia jest jednym z najrzadziej odwiedzanych krajów w Europie. Aspiruje do członkostwa w Unii Europejskiej, rozwija się i zmienia. Jednak miejscami nadal bardziej przypomina czasy sprzed 20 czy więcej lat niż współczesną Europę. Czy jednak warto się tam wybrać? Naszym zdaniem tak!

Klimat Kiszyniowa

Na zwiedzanie stolicy Mołdawii poświęciliśmy jedno popołudnie. Samo miasto nie oferuje zbyt wielu atrakcji czy zabytków, jednak klimat, jaki w nim panuje, jest zdecydowanie jedyny w swoim rodzaju.

Samo centrum jest niewielkie, otoczone bardzo zniszczonymi blokowiskami, sypiącymi się kamienicami i pozostałościami z czasów poradzieckich. Część mieszkań jest wyraźnie niezamieszkała, z wybitymi szybami, podczas gdy sąsiednie piętra wyglądają na nadal zamieszkałe. Nierzadko spotyka się też pustostany i opuszczone budynki. Dopiero obrzeża miasta to nowocześniejsze budownictwo i zdecydowanie lepsze warunki mieszkaniowe. Można tu już spotkać nowoczesne, eleganckie wieżowce.

Pomiędzy nimi wciąż jednak zobaczyć można miejskie studnie i ujęcia wody pitnej, ponieważ woda z kranu nie jest zalecana do picia ze względu na przestarzałą infrastrukturę miejskich wodociągów.

Z wynajętego mieszkania w nowym bloku, w nieco dalszych dzielnicach, do centrum mieliśmy właściwie tylko kilkanaście minut drogi. Minęliśmy najpierw osiedle ładnych, nowych mieszkań, a następnie przeszliśmy przez kilka uliczek pełnych popadających w ruinę budynków. Naszym celem było dotarcie do centralnego punktu miasta – w okolice Muzeum Narodowego i Łuku Triumfalnego.

Po drodze naszą uwagę zwróciła wyjątkowo duża ilość zieleni w mieście. Przechodziliśmy przez rozległe, zielone parki, skwery obsadzone kwiatami i ulice zacienione przez duże, stare drzewa. Trzeba przyznać, że była to miła odmiana od betonowego, surowego Bukaresztu – tam zieleni było znacznie mniej.

Co również ciekawe, Kiszyniów zdawał się tętnić życiem. Ulice były pełne ludzi – od staruszków siedzących na parkowych ławeczkach po mnóstwo młodych osób spieszących gdzieś. Zaskoczyła nas liczba młodych ludzi w mieście. Trudno stwierdzić, czy przyczyną jest to, że Kiszyniów jest tak naprawdę jedynym większym miastem w kraju, ale był to zdecydowanie przyjazny i miły widok.

Zwiedzanie stolicy

Łuk Triumfalny, będący wizytówką miasta, zastawiony był rusztowaniami. W centrum odbywały się przygotowania do jakiegoś wydarzenia, dlatego przespacerowaliśmy się po okolicy i skierowaliśmy w stronę Teatru Narodowego, Parlamentu i Pałacu Prezydenckiego. Budynki te z pewnością były zabytkowe, choć nie nad wyraz oszałamiające. W sąsiednich uliczkach można znaleźć budynki uniwersyteckie, budynek Poczty Mołdawskiej czy katedry, które sąsiadują z nowoczesnymi galeriami, przeszklonymi wieżowcami i wysokimi biurowcami. Sprawia to ciekawe wrażenie połączenia starości z nowoczesnością – w teorii zupełnie niepasujących do siebie elementów.

Na koniec odwiedziliśmy jeszcze największy w mieście targ. U nas rzadko widuje się już tak duże i tłoczne targowiska, pełne najróżniejszych specjałów. Sprzedawano tu rozmaite produkty: od dojrzałych, soczystych owoców aż po niewiadomego pochodzenia napoje w plastikowych butelkach bez etykiet.

Gdzie zjeść w Kiszyniowie?

Wybraliśmy popularną, lokalną sieć restauracji La Placinte. W Kiszyniowie jest ich mnóstwo – znajdują się niemal na każdym rogu. Sami minęliśmy co najmniej cztery lokale tej sieci. Przekonały nas jednak bardzo pozytywne opinie i uroczy, regionalny wystrój.

Zamówiliśmy dwie różne zupy i dwa rodzaje placków z nadzieniem serowo-mięsnym. Wszystko bardzo nam smakowało, więc z czystym sumieniem polecamy wizytę w La Placinte. Co warte zaznaczenia, za te dania zapłaciliśmy naprawdę niewiele.

W Mołdawii ceny są znacznie niższe niż w sąsiedniej Rumunii, gdzie za posiłek w regionalnej restauracji zapłaciliśmy cenę podobną jak w Polsce.

Drogi w Mołdawii

Do Kiszyniowa jechaliśmy od strony południowej, z rumuńskiego wybrzeża Morza Czarnego. Dla tych z Was, którzy będą poruszali się po Mołdawii autem, chcieliśmy wspomnieć jeszcze kilka słów o warunkach drogowych w tym kraju.

O drogach w Mołdawii mówi się raczej kiepsko – niestety nie bez przyczyny. Zwłaszcza w południowej części kraju nawierzchnie są w fatalnym stanie. Jadąc od południa, mijaliśmy malutkie, dość biednie wyglądające wioski, nieliczne stada kóz i pojedyncze, suche drzewa na wysuszonych na wiór polach. Asfalt w niektórych miejscach jest tak dziurawy, że niemal lepiej, gdyby go nie było. Auta jeżdżą z prędkością 20–30 km/h, bo tylko taka prędkość pozwala na reakcję na stan nawierzchni, nagłe hamowanie czy unikanie dziur. Zdarzało się, że droga przed nami nagle była przesunięta o całą szerokość jezdni, jak gdyby jej dwie strony nie trafiły na siebie. Innym razem znienacka asfalt zmienił się w kocie łby, a raz droga z głównej zmieniła się w polną. Jednak, im dalej na północ, tym bardziej stan dróg się poprawia.

W centralnej części kraju i w okolicy Kiszyniowa drogi są już dobrze utrzymane, a do stolicy prowadzą nawet nowe drogi ekspresowe. Na nich trzeba uważać na masę fotoradarów, które pojawiają się co chwilę.

W samej stolicy natomiast ruch drogowy jest bardzo duży i dość chaotyczny. Ulice są szerokie, ale często bez wyrysowanych pasów. Przepustowość dróg jest kiepska, więc nawet w środku dnia tworzą się korki i przestoje. Codziennością jest też zatrzymywanie się pojazdów na pasie jezdni – trzeba je więc omijać i manewrować.

Prowadzenie auta w Mołdawii wymaga od kierowcy dość dużo uwagi i umiejętności szybkiego reagowania.

Przejścia graniczne z Mołdawią

Jadąc z południa, od strony Morza Czarnego, przekraczaliśmy granicę na bardzo malutkim, lokalnym przejściu granicznym Gałacz–Giurgiulești. Weseli strażnicy z uśmiechem sprawdzili nam dokumenty. Właściwie w ogóle nie czekaliśmy na przejazd, ponieważ przed nami jechał tylko jeden samochód.

Zupełnie inną sytuację zastaliśmy, wracając z Mołdawii do Rumunii. Jechaliśmy wtedy główną drogą i dużym przejściem granicznym w Sculeni, na którym utworzyły się kolejki na 2–3 godziny. Strażnicy od strony Mołdawii starali się rozładować korki, ale największy zator powstał już po stronie Rumunii, zatem ich wysiłki nie dawały wiele rezultatu.

Gdy udało nam się już przejść kontrolę wyjazdową z Mołdawii, ustawiliśmy się w kolejce do kontroli wjazdowej do Rumunii i czekaliśmy z coraz mniejszą cierpliwością. Spodziewaliśmy się natężonej kontroli ze względu na wjazd do kraju należącego do UE i strefy Schengen.

Podróżnych obsługiwało zaledwie dwóch czy trzech pracowników spośród wielu obecnych na miejscu, niezbyt pospiesznie ani też niezbyt przyjaźnie. Zdawali się nie dogadywać po angielsku, rzucali tylko krótkie i nie zawsze zrozumiałe hasła i polecenia. W skrócie – zachowywali się z wyższością i dość opryskliwie.

Właściwie nawet nie przeprowadzali skrupulatnej kontroli bagaży. Kazali nam tylko otworzyć bagażnik i rzucili okiem z grubsza na jego zawartość. Formalności i obsługa dokumentów zdawały się trwać w nieskończoność.

Udało nam się przekroczyć granicę i wjechać do Rumunii dopiero po przeszło 3 godzinach oczekiwania. Planując przejazd dużymi przejściami granicznymi w sezonie wakacyjnym, trzeba się więc nastawić na możliwe oczekiwanie i opóźnienia.

Praktyczne informacje i przydatne linki:

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén