Orgiejów Stary to kompleks historyczno-archeologiczny i jedna z najpopularniejszych atrakcji w Mołdawii. Miejsce to znajduje się niecałą godzinę drogi od Kiszyniowa. Odwiedziliśmy je wcześnie rano – jeszcze przed otwarciem kas biletowych. Za wejście zapłaciliśmy dopiero podczas powrotu. Przy parkingu znajdują się toalety, a w godzinach otwarcia kompleksu można tam także obejrzeć wystawę Muzeum Etnograficznego.
Punktem centralnym kompleksu jest Monastyr na wzniesieniu, który słynie z części komnat klasztornych wykutych w skale. Częściowo są one dostępne do zwiedzania, jednak my nie zdecydowaliśmy się na wejście ze względu na brak odpowiedniego stroju. Z uwagi na panujące tam wyznanie potrzebne byłyby nam nakrycia głowy, wymagane były również zakryte ramiona i długie nogawki. Nie chcieliśmy brakiem odpowiedniego stroju okazywać braku szacunku dla religii, dlatego odpuściliśmy zwiedzanie wnętrza klasztoru.
Obejrzeliśmy za to piękną, sielską okolicę. Wspinając się na wzniesienie, na którym stoi klasztor, mijamy po drodze kamienny krzyż i zabytkową dzwonnicę, przez którą wiedzie wejście do podziemnych części klasztoru.
W dole wije się rzeka Reut, a na łąkach pasą się kozy. W bezpośrednim sąsiedztwie klasztoru znajduje się wioska Butuceni, która zachowała swój tradycyjny wygląd, z kamiennymi i kolorowymi elewacjami domów. Aby je obejrzeć, wystarczy zejść ze wzgórza i przespacerować się wąskimi, zacienionymi uliczkami.
Wioska jest wyjątkowo urokliwa, a zaraz za nią znajduje się także malutki cmentarz. Do Butuceni można dojechać lokalnym autobusem, działa tam również niewielka restauracja i camping.
Całe otoczenie jest niezwykle sielskie i malownicze, a gdy byliśmy tam wcześnie rano, spotkaliśmy zaledwie kilka osób. Cały teren bardzo nam się spodobał i był wyjątkowo miłym, spokojnym zakończeniem naszej podróży po Rumunii i Mołdawii.
Mołdawia jest jednym z najrzadziej odwiedzanych krajów w Europie. Aspiruje do członkostwa w Unii Europejskiej, rozwija się i zmienia. Jednak miejscami nadal bardziej przypomina czasy sprzed 20 czy więcej lat niż współczesną Europę. Czy jednak warto się tam wybrać? Naszym zdaniem tak!
Klimat Kiszyniowa
Na zwiedzanie stolicy Mołdawii poświęciliśmy jedno popołudnie. Samo miasto nie oferuje zbyt wielu atrakcji czy zabytków, jednak klimat, jaki w nim panuje, jest zdecydowanie jedyny w swoim rodzaju.
Samo centrum jest niewielkie, otoczone bardzo zniszczonymi blokowiskami, sypiącymi się kamienicami i pozostałościami z czasów poradzieckich. Część mieszkań jest wyraźnie niezamieszkała, z wybitymi szybami, podczas gdy sąsiednie piętra wyglądają na nadal zamieszkałe. Nierzadko spotyka się też pustostany i opuszczone budynki. Dopiero obrzeża miasta to nowocześniejsze budownictwo i zdecydowanie lepsze warunki mieszkaniowe. Można tu już spotkać nowoczesne, eleganckie wieżowce.
Pomiędzy nimi wciąż jednak zobaczyć można miejskie studnie i ujęcia wody pitnej, ponieważ woda z kranu nie jest zalecana do picia ze względu na przestarzałą infrastrukturę miejskich wodociągów.
Z wynajętego mieszkania w nowym bloku, w nieco dalszych dzielnicach, do centrum mieliśmy właściwie tylko kilkanaście minut drogi. Minęliśmy najpierw osiedle ładnych, nowych mieszkań, a następnie przeszliśmy przez kilka uliczek pełnych popadających w ruinę budynków. Naszym celem było dotarcie do centralnego punktu miasta – w okolice Muzeum Narodowego i Łuku Triumfalnego.
Po drodze naszą uwagę zwróciła wyjątkowo duża ilość zieleni w mieście. Przechodziliśmy przez rozległe, zielone parki, skwery obsadzone kwiatami i ulice zacienione przez duże, stare drzewa. Trzeba przyznać, że była to miła odmiana od betonowego, surowego Bukaresztu – tam zieleni było znacznie mniej.
Co również ciekawe, Kiszyniów zdawał się tętnić życiem. Ulice były pełne ludzi – od staruszków siedzących na parkowych ławeczkach po mnóstwo młodych osób spieszących gdzieś. Zaskoczyła nas liczba młodych ludzi w mieście. Trudno stwierdzić, czy przyczyną jest to, że Kiszyniów jest tak naprawdę jedynym większym miastem w kraju, ale był to zdecydowanie przyjazny i miły widok.
Zwiedzanie stolicy
Łuk Triumfalny, będący wizytówką miasta, zastawiony był rusztowaniami. W centrum odbywały się przygotowania do jakiegoś wydarzenia, dlatego przespacerowaliśmy się po okolicy i skierowaliśmy w stronę Teatru Narodowego, Parlamentu i Pałacu Prezydenckiego. Budynki te z pewnością były zabytkowe, choć nie nad wyraz oszałamiające. W sąsiednich uliczkach można znaleźć budynki uniwersyteckie, budynek Poczty Mołdawskiej czy katedry, które sąsiadują z nowoczesnymi galeriami, przeszklonymi wieżowcami i wysokimi biurowcami. Sprawia to ciekawe wrażenie połączenia starości z nowoczesnością – w teorii zupełnie niepasujących do siebie elementów.
Na koniec odwiedziliśmy jeszcze największy w mieście targ. U nas rzadko widuje się już tak duże i tłoczne targowiska, pełne najróżniejszych specjałów. Sprzedawano tu rozmaite produkty: od dojrzałych, soczystych owoców aż po niewiadomego pochodzenia napoje w plastikowych butelkach bez etykiet.
Gdzie zjeść w Kiszyniowie?
Wybraliśmy popularną, lokalną sieć restauracji La Placinte. W Kiszyniowie jest ich mnóstwo – znajdują się niemal na każdym rogu. Sami minęliśmy co najmniej cztery lokale tej sieci. Przekonały nas jednak bardzo pozytywne opinie i uroczy, regionalny wystrój.
Zamówiliśmy dwie różne zupy i dwa rodzaje placków z nadzieniem serowo-mięsnym. Wszystko bardzo nam smakowało, więc z czystym sumieniem polecamy wizytę w La Placinte. Co warte zaznaczenia, za te dania zapłaciliśmy naprawdę niewiele.
W Mołdawii ceny są znacznie niższe niż w sąsiedniej Rumunii, gdzie za posiłek w regionalnej restauracji zapłaciliśmy cenę podobną jak w Polsce.
Drogi w Mołdawii
Do Kiszyniowa jechaliśmy od strony południowej, z rumuńskiego wybrzeża Morza Czarnego. Dla tych z Was, którzy będą poruszali się po Mołdawii autem, chcieliśmy wspomnieć jeszcze kilka słów o warunkach drogowych w tym kraju.
O drogach w Mołdawii mówi się raczej kiepsko – niestety nie bez przyczyny. Zwłaszcza w południowej części kraju nawierzchnie są w fatalnym stanie. Jadąc od południa, mijaliśmy malutkie, dość biednie wyglądające wioski, nieliczne stada kóz i pojedyncze, suche drzewa na wysuszonych na wiór polach. Asfalt w niektórych miejscach jest tak dziurawy, że niemal lepiej, gdyby go nie było. Auta jeżdżą z prędkością 20–30 km/h, bo tylko taka prędkość pozwala na reakcję na stan nawierzchni, nagłe hamowanie czy unikanie dziur. Zdarzało się, że droga przed nami nagle była przesunięta o całą szerokość jezdni, jak gdyby jej dwie strony nie trafiły na siebie. Innym razem znienacka asfalt zmienił się w kocie łby, a raz droga z głównej zmieniła się w polną. Jednak, im dalej na północ, tym bardziej stan dróg się poprawia.
W centralnej części kraju i w okolicy Kiszyniowa drogi są już dobrze utrzymane, a do stolicy prowadzą nawet nowe drogi ekspresowe. Na nich trzeba uważać na masę fotoradarów, które pojawiają się co chwilę.
W samej stolicy natomiast ruch drogowy jest bardzo duży i dość chaotyczny. Ulice są szerokie, ale często bez wyrysowanych pasów. Przepustowość dróg jest kiepska, więc nawet w środku dnia tworzą się korki i przestoje. Codziennością jest też zatrzymywanie się pojazdów na pasie jezdni – trzeba je więc omijać i manewrować.
Prowadzenie auta w Mołdawii wymaga od kierowcy dość dużo uwagi i umiejętności szybkiego reagowania.
Przejścia graniczne z Mołdawią
Jadąc z południa, od strony Morza Czarnego, przekraczaliśmy granicę na bardzo malutkim, lokalnym przejściu granicznym Gałacz–Giurgiulești. Weseli strażnicy z uśmiechem sprawdzili nam dokumenty. Właściwie w ogóle nie czekaliśmy na przejazd, ponieważ przed nami jechał tylko jeden samochód.
Zupełnie inną sytuację zastaliśmy, wracając z Mołdawii do Rumunii. Jechaliśmy wtedy główną drogą i dużym przejściem granicznym w Sculeni, na którym utworzyły się kolejki na 2–3 godziny. Strażnicy od strony Mołdawii starali się rozładować korki, ale największy zator powstał już po stronie Rumunii, zatem ich wysiłki nie dawały wiele rezultatu.
Gdy udało nam się już przejść kontrolę wyjazdową z Mołdawii, ustawiliśmy się w kolejce do kontroli wjazdowej do Rumunii i czekaliśmy z coraz mniejszą cierpliwością. Spodziewaliśmy się natężonej kontroli ze względu na wjazd do kraju należącego do UE i strefy Schengen.
Podróżnych obsługiwało zaledwie dwóch czy trzech pracowników spośród wielu obecnych na miejscu, niezbyt pospiesznie ani też niezbyt przyjaźnie. Zdawali się nie dogadywać po angielsku, rzucali tylko krótkie i nie zawsze zrozumiałe hasła i polecenia. W skrócie – zachowywali się z wyższością i dość opryskliwie.
Właściwie nawet nie przeprowadzali skrupulatnej kontroli bagaży. Kazali nam tylko otworzyć bagażnik i rzucili okiem z grubsza na jego zawartość. Formalności i obsługa dokumentów zdawały się trwać w nieskończoność.
Udało nam się przekroczyć granicę i wjechać do Rumunii dopiero po przeszło 3 godzinach oczekiwania. Planując przejazd dużymi przejściami granicznymi w sezonie wakacyjnym, trzeba się więc nastawić na możliwe oczekiwanie i opóźnienia.
Dzika plaża Vadu to jedna z nietypowych atrakcji Rumunii, która znana jest przede wszystkim z Transylwanii i gór. Dzika plaża w Vadu nie do końca jest dzika- jest to miejscówka bardzo dobrze znana kamperowiczom, vanlifersom i wielu innym turystom. Jest to bardzo atrakcyjne miejsce- na plażę, niemalże na sam piasek, można wjechać autem i to właściwie każdym, nie trzeba terenowego 4×4 aby tu dotrzeć. Z plaży widać zarówno zachód, jak i wschód słońca, a woda Morza Czarnego jest tu ciepła niczym zupa. Wymarzone miejsce na nocleg na dziko czy kilkudniowy biwak. Dodatkowo, co dla jednych jest atrakcją i ciekawym widokiem, a dla innych wadą- wzdłuż całego wybrzeża, do którego da się dojechać, stoją auta, kampery, przyczepy i namioty.
Na plażę w Vadu pojechaliśmy z Bukaresztu. W środkowej Rumunii jeszcze widać było zielony krajobraz, za to im bardziej zbliżaliśmy się do wybrzeża, tym bardziej dominowała susza, żółte trawy, a gęste lasy zastąpiły wątłe, wysuszone pojedyncze drzewa. Przy samym wybrzeżu droga stała się znacznie gorzej utrzymana, mijaliśmy po drodze znacznie biedniej wyglądające wioski- jakbyśmy cofali się w czasie.
Na plażę dojeżdża się niewielką dróżką wyłożoną betonowymi płytami, a po drodze mija się jeszcze opuszczoną fabrykę i resztki ogrodzenia. Płyty, miejscami nierówne, spękane i zniszczone, pozwalają mimo wszystko na dojazd niemal każdym zwykłym autem i nie stanowią większego problemu. Miejscami trzeba natomiast uważać, żeby nie zakopać się w piasku.
Od drogi skręciliśmy w lewo i przejechaliśmy wśród kolumny aut i kamperów, które już tam stały. Zaparkowaliśmy na wolnej przestrzeni, a miejsce obok nas dość szybko zajęło kolejne auto. Pogoda była niespokojna- było gorąco, ale wiał niesamowicie mocny wiatr. Postanowiliśmy, że w takich warunkach nie rozstawimy namiotu (kilka namiotów obok miało pozrywane sznury, a w nocy, gdy wiatr się nasilił, słyszeliśmy innych ludzi mocujących się z szarpanym wiatrem materiałem). Postanowiliśmy zanocować w samochodzie- była to w takich warunkach jedyna możliwość. Przeszliśmy się chwilę wzdłuż brzegu, a wiatr wbijał w ciało drobinki piasku i pokruszonych muszelek, które znajdowaliśmy we włosach jeszcze przez kilka dni.
O zachodzie słońca przeszliśmy się jeszcze na krótki spacer wzdłuż plaży, jednak wiatr nie słabł, nie dało się więc posiedzieć nad brzegiem czy kąpać. Dość szybko wróciliśmy więc do auta i w nim zanocowaliśmy. Była to niespokojna noc, bo wiatr i porywane przez niego przedmioty innych kamperowiczów czyniły sporo hałasu. Rankiem wraz ze wschodem słońca ruszyliśmy dalej- w stronę Mołdawskiej granicy.
Zwiedzanie stolicy Rumunii w 1 dzień- co zobaczyć w Bukareszcie?
Na wstępie warto zaznaczyć, że Bukareszt to na tyle duże miasto, że aby dokładnie je poznać, warto przeznaczyć na jego zwiedzanie nieco więcej czasu, niż spędziliśmy tu my. Jednak nawet taki krótki spacer po centrum i głównych zabytkach pozwala poczuć klimat miasta, zatem opowiemy Wam, co postanowiliśmy zobaczyć w Bukareszcie.
Aby uniknąć wjazdu autem do centrum, postanowiliśmy zostawić samochód przy obrzeżach miasta na parkingu centrum handlowego, a na zwiedzanie udaliśmy się metrem.
Stolica Rumunii nie należy do najchętniej odwiedzanych miejsc w kraju. Dlaczego Bukareszt nie cieszy się zbyt dużym turystycznym powodzeniem? Wiele osób ma co do niego mieszane lub negatywne odczucia. Poza tym Rumunia słynie przede wszystkim z gór i przyrody, a nie miast. Pomimo nienajlepszej opinii Bukareszt pozytywnie nas jednak zaskoczył.
Historia Bukaresztu i jego architektury jest nieco smutna i tragiczna- miasto było zniszczone w czasie II wojny światowej ale najbardziej ucierpiało już po niej. W czasach władzy dyktatorskiej Nicolae Ceaușescu w latach 1967 – 1989 wiele wspaniałych zabytków Bukaresztu zostało zrównane z ziemią lub uszkodzone. Dopiero po obaleniu władzy w 1989 roku zaczęto odbudowywać miasto. Charakter i wygląd miasta odzwierciedlają ustrój, warunki historyczne i politykę, które miały wpływ na jego dzieje. Poza odrestaurowaną obecnie dzielnicą starego miasta, większość bloków mieszkalnych zdradza postkomunistyczny charakter budownictwa. Niektóre dzielnice są w kiepskim stanie wymagającym remontu, brutalistyczne budowle górują nad sypiącymi się blokami. Mieszają się tu piękno i brzydota, przepych i bieda.
Niektórzy nazywają Bukareszt rumuńskim Rzymem- jest w nim bowiem coś monumentalnego, zachwycającego swoim ogromem. Kolumnady na frontach budynków, klasyczna architektura- miejscami faktycznie Bukareszt może przypominać Rzym.
W Bukareszcie Stare Miasto to dzielnica Lipscani- obecnie jest to centrum życia rozrywkowego, turystycznego i kulturalnego. Wiele zabytkowych budynków, które przetrwały zniszczenia, zostało odrestaurowanych i dziś cieszy oczy swoim pięknem. To tutaj znajdziemy oryginalne brukowane uliczki, piękne fasady i kolumnady. Wyjątkową perełką jest cerkiew Stavropoleos, w której obecnie mieści się zarówno świątynia, jak i biblioteka udostępniona do zwiedzania.
Idąc ulicami Starego Miasta dojdziemy do Placu Rewolucji, miejsca o wyjątkowym znaczeniu historycznym. Obecnie mieszczą się tam muzea, biblioteki i pomniki. W pobliżu znajdziemy tzw. Rumuńskie Ateneum- neoklasycystyczną budowlę wraz z otaczającym ją parkiem. Mieści się w nim sala koncertowa.
Idąc dalej docieramy do Parku Izvor- ogromnego kompleksu parkowego z szerokimi, rozległymi ścieżkami. Naszym oczom ukazuje się powoli symbol dawnego reżimu i ambicji rządzącego Nicolae Ceaușescu- Pałac Parlamentu. Pod jego budowę wyburzono ogromną liczbę zabytkowych budynków miasta, a sam budynek jest obecnie drugą co do wielkości budowlą administracyjną na świecie. Posiada ponad 1100 pomieszczeń, w tym muzea, biblioteki i sale koncertowe. Jego część jest udostępniona do zwiedzania.
Spod Pałacu Parlamentu podchodzimy jeszcze do Katedry Zbawienia Narodu- jest to druga co do wielkości chrześcijańska świątynia w Europie. W czasie naszej wizyty jest częściowo w remoncie, oglądamy ją więc tylko z daleka. Będąc w tej okolicy warto zajść również do prawosławnego Kościoła Świętego Jana Chryzostoma, niewielkiego, ale bardzo pięknego budynku.
Praktyczne informacje i przydatne linki:
parking: 44.407974, 26.195504 (płatny w automacie)
Pałace Peleș i Pelișor znajdują się w jednym kompleksie pałacowo-parkowym w miejscowości Sinaia w Rumunii. Pałac Peleș to niezwykle bogata, letnia rezydencja króla Karola I a Pelișor to nieco mniejszy pałac zbudowany dla następcy tronu i jego żony. Obie budowle słyną z przepychu i niesłychanego bogactwa, pięknej architektury i skomplikowanych zdobień. Są też niezwykle popularne wśród turystów- bilety należy kupować ze sporym wyprzedzeniem i niestety, trzeba liczyć się z tłumami odwiedzających.
Ponieważ my odwiedzaliśmy kompleks pałacowy po trekkingu w górach Bucegi, nie byliśmy pewni, czy w ogóle zdążymy dojechać na miejsce przed zamknięciem. Z tego powodu nie kupiliśmy biletów wstępu z wyprzedzeniem. Na miejscu natomiast nie były one już dostępne, czego się spodziewaliśmy. Obejrzeliśmy pałace jedynie z zewnątrz, czego odrobinę żałujemy, bo wnętrze podobno robi ogromne wrażenie. Z pewnością wierzymy w to stwierdzenie, bo już same mury budynków były niezwykle piękne!
Miejsce to, pomimo ogromnej popularności, ma dość krótkie godziny otwarcia. Nawet w sezonie ostatnie zwiedzanie odbywa się w godzinach 16-17. Jeśli zależy Wam na obejrzeniu wystaw muzealnych i wnętrza pałaców, polecamy kupować bilety online ze sporym wyprzedzeniem. Jednak nawet bez biletów wstępu warto odwiedzić to miejsce będąc w okolicy. Już samo otoczenie i mury pałaców robią ogromne wrażenie przez dbałość o detale i bardzo bogate zdobienia, a także ze względu na wystrój ogrodów i całego otoczenia.
Praktyczne informacje i przydatne linki:
parking: 45.355846, 25.548852 (płatny za pomocą kodu QR)
Należące do Karpat Południowych Góry Bucegi to piękne, malownicze pasmo w centralnej Rumunii. Działa w nich najwyżej usytuowane schronisko górskie w Karpatach- schronisko pod szczytem Omu na wysokości 2505 metrów. Przez pasmo Bucegi przebiega także słynna widokowa trasa górska Transbucegi.
Trasa na szczyt Omu w górach Bucegi
Długość: 15km
Czas przejścia: 6h 15min
Trudność: umiarkowana, dość wymagająca kondycyjnie
Na parking chcieliśmy dojechać słynną trasą Transbucegi, jednak w tamtym czasie była okresowo zamknięta i musieliśmy wybrać objazd przez drogę po drugiej stronie jeziora Bolboci. Droga ta była dość wąska i miejscami kiepsko utrzymana, jednak bez większych problemów dojechaliśmy nią na miejsce.
Szlak zaczyna się dość łagodnie, wśród pastwisk koni, krów i owiec. Przy szlaku spotkaliśmy także kilka osiołków. Zwierzęta są pilnowane przez kilka pasterskich psów, jednak te na szczęście nie robią sobie nic z naszej obecności i mijają nas obojętnie. Owce kilkukrotnie są przyczyną dłuższych postojów na szlaku- ich przemarsz (pod czujnym okiem psów pasterskich) w poprzek ścieżek chwilami uniemożliwia wędrówkę. Szlak od początku jest bardzo malowniczy, a wraz ze zdobywaniem wysokości, pojawiają się coraz piękniejsze widoki.
Po pewnym czasie wędrówka staje się coraz bardziej wymagająca, a teren coraz bardziej stromy. Przybliżają się do nas wysokie masywy i widzimy przed sobą szczyt Omu. Mijamy zdecydowanie więcej turystów, niż w górach Ciucas, jednak wciąż jest to maksymalnie kilkadziesiąt osób w ciągu dnia. Pod samym szczytem wdrapujemy się na kilku stromych, skalistych podejściach i widzimy przed sobą schronisko i szczyt Omu. Schronisko to jest najwyżej położonym, działającym schroniskiem w całych Karpatach. Widoki przed nami są spektakularne- widzimy ostre skały, głębokie doliny o strzelistych brzegach i dość ponure, ciemne chmury na horyzoncie. Szybko się do nas zbliżają i widoczność już nie jest zbyt dobra, ale widoki i tak zapierają dech w piersiach.
Kierujemy się w stronę formacji skalnej Sfinks- jest to jeden z najsłynniejszych punktów w tutejszych górach. Na odcinku pomiędzy Omu a Sfinksem szlak jest łagodny, prowadzi w większości dość szeroką ścieżką. Pod Sfinksem mijamy już zdecydowanie większą liczbę turystów. Skalna postać faktycznie przypomina wyglądem egipskiego Sfinksa- robimy przy nim krótki postój, po czym ruszamy dalej.
Spod skalnego Sfinksa nasz szlak prowadzi już właściwie prosto na parking. Pogoda się psuje i zaczyna nas gonić lekki deszcz, więc staramy się pokonać ten odcinek bez dłuższych postojów. Wkrótce jesteśmy już na parkingu, gdzie mijamy jeszcze kilka psów, ponownie bez żadnej interakcji z nimi.
Praktyczne informacje i przydatne linki:
parking pod szlakiem na Omu: 45.393452, 25.440915 (bezpłatny)
Średniowieczne stare miasto i wizytówka Transylwanii- co zobaczyć w Braszowie?
Braszów leży w środkowej Rumunii, na Wyżynie Transylwańskiej. Jest to jedno z najczęściej odwiedzanych miast tego kraju i bezsprzecznie jest jego wizytówką. Jest to również najpopularniejsze miejsce wypadowe w okoliczne góry. Co więc zobaczyć, będąc w Braszowie?
Rynek i ratusz, czyli Piața Sfatului– tętniący życiem i otoczony przez kolorowe kamieniczki Rynek Starego Miasta. Historia ratusza sięga XV wieku, choć po pożarze w 1689 roku większość miasta została zniszczona i obecnie widzimy wyremontowane po pożarze budynki. Uliczki dochodzące do Starego Miasta są bardzo urokliwe- brukowane, z kamiennymi domami, wąskie i zaciszne.
Biserica Neagră, czyli Czarny Kościół– monumentalny i strzelisty, późnogotycki kościół znajdujący się niedaleko rynku. Nazwa pochodzi od poczerniałych od sadzy murów po pożarze miasta, podczas którego wnętrze kościoła zostało niemal doszczętnie zniszczone. Wstęp do środka kościoła jest płatny, a wewnątrz nie wolno robić zdjęć. My obejrzeliśmy świątynię jedynie z zewnątrz, skąd i tak wywarła na nas spore wrażenie.
Mury miejskie, baszty i bramy– stanowią pamiątkę po czasach, gdy miasto było twierdzą, a mury pełniły funkcje obronne. W późniejszych latach baszty, wieże i bramy pełniły funkcje polityczne i symboliczne. Dziś stanowią piękną pamiątkę, a niektóre pełnią funkcje muzealne. Warto przespacerować się pomiędzy nimi i zawędrować nieco dalej niż ścisłe okolice rynku. Poznaje się wtedy prawdziwy urok miasteczka.
Wzgórze Tâmpa, czyli rumuńskie Hollywood- tak nazywają je żartobliwie turyści, ponieważ na szczycie wzgórza mieści się napis Brasov wzorowany na tym w Hollywood. Wzgórze jest doskonałym punktem widokowym na całe miasto, a na szczyt prowadzi kilka ścieżek. Szlak obok Bastionu Tkaczy jest najpopularniejszym z nich- wejście na szczyt zajmuje około godzinę i jest dość mocno męczące. Na górę można też wjechać kolejką, jednak w sezonie są do niej spore kolejki ;). Z góry widok na miasto jest niesamowity- można dokładnie się przyjrzeć, jak miasto wdziera się kilkoma odnogami w doliny. Jest otoczone górami, wije się pomiędzy nimi i odznacza wyraźnie swoimi jasnymi budynkami z czerwonymi dachami.
Po zmroku miasto nabiera wyjątkowego charakteru. Jest bardzo urokliwe- w wąskich uliczkach na wyślizganym bruku odbija się światło latarni, rozbrzmiewa gwar wieczornego życia. Ciepłe mury i bruk kontrastują z chłodnym powietrzem schodzącym z okolicznych gór.
Wieczorami warto zwracać uwagę na alerty lokalnych władz. Ze względu na położenie miasta pomiędzy górami, często zdarza się, że na obrzeża miasta zapuszczają się z pobliskich wzgórz niedźwiedzie. My sami będąc w Braszowie dostaliśmy na telefon taki alert- informację, że w określonych godzinach w uliczce, którą spacerowaliśmy jeszcze chwilę wcześniej, był widziany niedźwiedź. Działo się to już po zmroku, czyli w porze zwiększonej aktywności zwierząt.
Gdzie zjeść w Braszowie?
Choć w Braszowie z pewnością nie brakuje dobrych restauracji, mamy dla Was odpowiedź na pytanie, gdzie zjeść pyszne, regionalne dania kuchni rumuńskiej. Ze względu na klimat i naprawdę smaczne jedzenie polecamy Casa Romaneasca- my wybraliśmy się do niej na kolację. Restauracja usytuowana jest niedaleko urokliwego Piața Unirii- Placu Unii, który jest świetnym punktem na rozpoczęcie lub zakończenie zwiedzania.
Góry Ciucaș to rejon tzw. Karpat Zakrętu- słyną z ciekawych formacji skalnych i pięknych połonin. Dla nas ich krajobraz był nieco zaskakujący, przypominał połączenie różnych pasm górskich, jakie do tej pory znaliśmy. Nie można odmówić mu uroku. Najwyższy szczyt to Vârful Ciucaș o wysokości 1954 metry- to na niego prowadził nasz szlak.
Szlak na Vârful Ciucaș
Długość: 17,5km
Czas przejścia: 6,5h
Trudność: umiarkowana
Szlak zaczyna się przy niewielkim parkingu przy drodze. Łagodną ścieżką pnie się po wzniesieniu, a naszym oczom ukazują się połoniny niczym w Bieszczadach. Rozległe, pofalowane i złote, rozpościerają się wzdłuż początkowych fragmentów szlaku aż do wejścia w las.
Fragment szlaku wiedzie dalej przez zarośla i las. To tam pierwszy raz tego dnia spotkaliśmy niedźwiedzia- ale nie zdążyliśmy zrobić mu żadnego zdjęcia. Gdy tylko usłyszał lub wyczuł nas na szlaku, zaczął wielkimi susami uciekać wgłąb lasu. Po kilkuset metrach odwrócił się, upewnił, że jesteśmy daleko i wolniejszym już krokiem zagłębił się między drzewa. Był to młody, sądząc po rozmiarze, osobnik. Gdyby się nie poruszył, zapewne nawet byśmy go nie zauważyli.
Po pewnym czasie wyszliśmy powyżej granicy lasu. Spośród połonin wyłaniały się tutaj białe skały- formacje najróżniejszych kształtów i wielkości. Dość łagodną ścieżką pięliśmy się nieco wyżej, oglądając niezwykłą panoramę wokół. Mimo pochmurnej pogody widoczność była nienajgorsza, mogliśmy więc podziwiać pagórki i doliny, które nas otaczały.
Podejście na sam szczyt jest nieco strome i ciut bardziej kamieniste. Gdy w końcu na nim stanęliśmy, naszym oczom ukazał się piękny widok. Zrobiliśmy sobie krótką przerwę, a po pamiątkowych zdjęciach ruszyliśmy dalej. Aby urozmaicić szlak, chcieliśmy zrobić od szczytu niewielką pętlę i dopiero później wrócić na ten sam szlak, którym przyszliśmy w tą stronę.
Za szczytem Ciucaș szlak staje się jednak troszkę gorzej utrzymany- kilkukrotnie natknęliśmy się na mało przyjemne piarżyska i żwirowe osypania, po których trudniej było się poruszać. Na końcu pętli znajdują się słynne skalne 'posągi’ wyglądające jak dwie nachylające się do siebie postaci.
Wróciliśmy na znany już szlak i tą samą drogą zeszliśmy w stronę parkingu. Pogoda nieco się psuła i utrzymujące się cały dzień chmury coraz bardziej straszyły nas deszczem, więc przyspieszyliśmy nieco tempo. Przez cały dzień spotkaliśmy na szlaku tylko 3 osoby i uwaga… tyle samo niedźwiedzi 🙂 w drodze powrotnej pewna para Polaków przyglądała się czemuś w oddali na zboczu. Zaciekawieni spojrzeliśmy w tamtym kierunku- w dość dalekiej odległości, w spokojnym otoczeniu lasu, na zboczu góry spacerowała sobie dorosła, dość duża samica niedźwiedzia z malutkim młodym niedźwiadkiem. Ponieważ odległość od nas do zwierzaków była naprawdę duża, a niedźwiedzica nie wykazywała zupełnie żadnych oznak niepokoju, pozwoliliśmy sobie na chwilę postoju i podziwianie jej z dala. Prawie na żadnym zdjęciu nie udało się nam jej uchwycić, ale to wspomnienie zostanie z nami na długo. Polecamy jednak ostrożność w tym rejonie, ponieważ jest zamieszkany przez sporą ilość niedźwiedzi i zdecydowanie należy okazać szacunek do ich terenu i unikać spotkań z nimi, o ile to możliwe.
Praktyczne informacje i przydatne linki:
parking przy drodze: 45.480333, 25.896877 (bezpłatny)
Łatwy trekking dnem pięknego wąwozu- idealna trasa na spokojny spacer z widokami
Długość: 7,7km
Czas przejścia: 2h 45min
Trudność: łatwa
Park Narodowy Piatra Craiului obejmuje pasmo górskie Karpat Południowych, a jego ukrytym skarbem jest wapienny wąwóz Prăpăstiile Zărneștilor. Trasa wiedzie w większości dnem wąwozu, choć można też wspiąć się na punkty widokowe na jego zboczach. Szlak jest łatwy, prowadzi w większości utwardzoną drogą, więc idealnie nadaje się na rodzinne wycieczki czy spokojny spacer w luźny dzień.
Wstęp do parku narodowego jest płatny- przy drodze umieszczone są tablice z kodami QR do dokonania płatności. Jest to jednak o tyle trudne, że… nie ma tam zasięgu ;). Nam pomimo kilku prób nie udało się opłacić wstępu przez kod QR, nie spotkaliśmy też żadnej osoby pobierającej opłaty na miejscu.
Szlak zaczyna się z niewielkiego parkingu, do którego dojeżdża się utwardzoną, żwirową drogą. Nie wiemy z jakiego powodu, ale bardzo wielu turystów omijało parking i próbowało samochodami wjechać do samego wąwozu, po czym wycofywało się natrafiwszy na stojący nieco dalej szlaban. Droga przez wąwóz jest szlakiem pieszym, nie jest dostępna dla samochodów, jednak parking przy wąwozie jest raczej dobrze oznakowany i widoczny. Najlepiej zostawić tam auto i dalej iść już pieszo.
My wybraliśmy się na spacer wąwozem w dzień, gdy kiepska pogoda uniemożliwiała jakiekolwiek trudniejsze wycieczki. Gdy dotarliśmy na parking, ulewa nie pozwalała na wyjście z samochodu. Przeczekaliśmy największe oberwanie chmury i po kilkunastu minutach postanowiliśmy mimo wszystko wyjść na szlak. Deszcz powoli ustępował, choć i tak przez większość drogi lekko siąpiło. Nie utrudniało to jednak spaceru- szlak prowadzi w wąwozie utwardzoną drogą, która nawet przy niepogodzie jest wygodna i łatwa.
Od samego początku wąwóz zrobił na nas ogromne wrażenie. Wysokie skalne ściany wyrosły po naszych obu stronach, gęsto porośnięte lasem. Deszczowa i mglista aura nadawała krajobrazowi tajemniczości. Wąwóz wije się prawie jak koryto rzeki, a za każdym zakrętem czekają piękne skały pokryte soczyście zielonym lasem. Jako koniec naszej trasy wyznaczyliśmy punkt widokowy, do którego trzeba wspiąć się kawałek po zalesionym brzegu wąwozu. Z tej wysokości pięknie widać okolicę.
Ze względu na pogodę, my postanowiliśmy wrócić do auta tą samą drogą. Jednak z tego punktu rozpoczyna się wiele innych szlaków. Można wybrać się stąd w dalsze wędrówki w kilku kierunkach, więc spacer wąwozem nie musi stanowić całej wycieczki, a może być jedynie wstępem do dalszego trekkingu wgłąb Parku Narodowego Piatra Craiului.
Praktyczne informacje i przydatne linki:
parking pod Prăpăstiile Zărneștilor: 45.535050, 25.291855 (bezpłatny)