Park Narodowy Sarek w Szwecji znajduje się w obszarze północnego koła podbiegunowego. Jego granica przebiega niedaleko miasteczka Jokkmokk, gdzie znajduje się pamiątkowa tablica z mnóstwem naklejek turystów z całego świata.

W drodze do Jokkmokk krajobraz zdecydowanie się zmienia- polne, sielskie widoki zastępuje bardziej surowa tundra, w której drzewa są niższe i rzadsze. Można też zobaczyć tu renifery- szczególnie należy uważać na te przy drodze, które niespiesznie spacerują wzdłuż poboczy.

Sarek to jedno z ostatnich prawdziwie dzikich miejsc w Europie — bez infrastruktury, oznakowanych szlaków, mostów, schronisk czy zasięgu telefonii komórkowej. To najstarszy park narodowy Szwecji i zarazem jeden z najbardziej niedostępnych. Przeznaczony wyłącznie dla doświadczonych wędrowców, oferuje surowe góry, rwące rzeki, dzikie doliny i naturę w jej najczystszej postaci.

Najbardziej znanym miejscem w Sarek jest Dolina Rapadalen — szeroka, głęboka dolina, przez którą malowniczo meandruje rzeka Rapaälven, tworząc jedną z najpiękniejszych delt rzecznych w Skandynawii. Nad doliną wznosi się szczyt Skierfe (1179 m n.p.m.), z którego roztacza się jeden z najbardziej spektakularnych widoków w całej północnej Europie.

Jak się dostać do Parku Narodowego Sarek?

Od strony południowej do Parku prowadzi droga z miasta Jokkmokk, która kończy się bezpośrednio przy wejściu na teren Parku. Droga przez ostatnie kilkanaście kilometrów jest szutrowa, warto więc zarezerwować nieco więcej czasu na przejazd. Jest jednak bez problemu dostępna dla większości zwykłych aut i nie sprawia szczególnych trudności.

Na wejściu do Parku, przy moście Sitoälvsbron, znajduje się darmowy parking. Jego współrzędne to 67.078605, 18.581376. Na parkingu nie znajdziecie żadnych udogodnień, są tam jedynie kosze na śmieci. Gdy dotarliśmy tam późnym wieczorem, zaparkowane było kilkanaście aut, ale bez większego problemu znaleźliśmy dla siebie miejsce.

Przy parkingu znajduje się most Sitoälvsbron- to świetne miejsce widokowe na szeroką, rwącą rzekę, do której da się również podejść aby nabrać wody.

Szlak na Skierfe i Dolina Rapadalen

Rozpoczęliśmy wędrówkę około godziny 23- na tej wysokości latem są białe noce, więc nie musieliśmy się martwić ciemnością po drodze. Zmrok nie zapadał całkowicie, a kolory otoczenia zrobiły się nieco dramatyczne. Przed rozpoczęciem szlaku użyliśmy jeszcze sporej ilości repelentów- komary i meszki latały wokół całymi chmarami. Wzięliśmy także ze sobą zapas sprayu, bowiem te tereny są najbardziej dokuczliwe, jeśli chodzi o owady.

Ścieżka do jeziora Laitaure, czyli przez pierwsze około 10 kilometrów, wiodła dość szeroką, gruntową drogą. Ścieżka położona jest tak, że w wielu miejscach widać z niej było cel naszej podróży –szczyt Skierfe, jednak jest ona dość monotonna. Już po kilkuset metrach okazało się również, że wokół drogi rozciągają się tereny wyjątkowo podmokłe. Zamierzaliśmy rozbić obóz po pewnym czasie od startu, i mimo, że spodziewaliśmy się grząskiego gruntu, to zaskoczył nas aż tak podmokły teren na tak dużej przestrzeni –wszędzie dookoła stała bowiem woda. Zejście ze szlaku suchą stopą było niemal niemożliwe przez całą wędrówkę aż do jeziora.

Okolica jeziora Laitaure jest też tak naprawdę pierwszym (jednym z niewielu) naprawdę dobrym punktem widokowym na szlaku. Warto zatrzymać się tu na krótką chwilę, ponieważ można stąd podziwiać widok na taflę jeziora, nad którym zawieszony jest szczyt Skierfe, a w oddali ośnieżone szczyty Gór Skandynawskich. My dotarliśmy w okolice jeziora około 1 w nocy. Mimo dość pochmurnego dnia (a raczej nocy) słońce nieco przebijało się pomiędzy chmurami nad taflą jeziora –był to naprawdę niesamowity, nieco odrealniony widok.

Z tego miejsca można przeprawić się przez jezioro łódką, która dopływa niedaleko Akste –niewielkiej osady w pobliżu wschodniej granicy parku, która niegdyś była siedzibą lapońskiej rodziny trudniącej się hodowlą reniferów, a obecnie pełni rolę schroniska. Łódź kursuje tylko latem 2 razy dziennie –na miejscu znajduje się instrukcja, jak skorzystać z usługi. Alternatywą jest pieszy szlak okrążający jezioro, który ciągnie się przez około 8 kilometrów.

Po krótkiej przerwie (skróconej ze względu na naprawdę dużą ilość komarów) na zdjęcia i zaczerpnięcie tchu, chcąc-nie-chcąc ruszyliśmy pieszym szlakiem w dalszą wędrówkę. Szlak zamienił się w tym miejscu w wąską ścieżkę, poprowadzoną gdzieniegdzie gruntem, a w wielu miejscach za pomocą drewnianych pomostów. Choć wypadałoby powiedzieć raczej, pojedynczych desek, raczej wilgotnych, miejscami śliskich lub przegniłych i leżących w wodzie.

W takim terenie nogawki spodni szybko nam przemokły, a tempo zdawało się raczej żółwie- nie byliśmy w stanie iść szybko. Po około kolejnych 2 kilometrach marszu znaleźliśmy mały pagórek, na którym teren wydawał się suchy. Była tam maleńka polanka osłonięta drzewami od szlaku i ślady po ognisku poprzednich turystów. Było około 2.30 w nocy i niebo zaczynało się robić zupełnie jasne. Rozbiliśmy tam namiot i położyliśmy się spać na kilka krótkich godzin.

Biwakowanie w Parku Narodowym Sarek

Biwakowanie w Parku Narodowym Sarek jest dozwolone i bezpłatne poza obszarami w bezpośrednim sąsiedztwie schronisk, oczywiście należy również zachować zdrowy rozsądek i szacunek do natury. Większość terenu jest podmokła i naprawdę niełatwo znaleźć miejsce, które nadaje się do rozłożenia namiotu, dlatego tym bardziej staraliśmy się nie pozostawiać po sobie śladów.

Noc była wyjątkowo zimna- gdy kładliśmy się spać, temperatura spadła do około 3-4 stopni powyżej zera, a wysoka wilgotność jeszcze pogarszała odczuwalne warunki. Rano po szybkim śniadaniu wyruszyliśmy w dalszą drogę- wciąż grząskim, podmokłym gruntem na przemian z deskami ułożonymi w pomosty. Ostatni odcinek tego etapu drogi był znacznie mniej podmokły i prowadził głównie ścieżką przez las. Wkrótce dotarliśmy do Akste.

Naszym oczom ukazała się piękna polana pełna kolorowych kwiatów, a na niej czerwone chaty. W tle majestatyczna Skierfe górowała nad okolicą, groźna i surowa. Chatki na tej polanie służą jako górskie schroniska i można je wynająć za odpowiednią opłatą, w tej okolicy można też biwakować. Jednak rozbicie namiotu blisko chat jest płatne, więc większość turystów rozkładała swoje obozy nieco wyżej, gdzie znajduje się sporo wypłaszczeń i polanek nadających się do rozbicia namiotu. Z tego miejsca na szczyt Skierfe zostawało jeszcze około 8 kilometrów drogi.

Powyżej schroniska szlak zrobił się mocno stromy, a ciężar plecaków nie ułatwiał zadania. Po wdrapaniu się na główne przewyższenie można było nieco odpocząć- naszym oczom ukazywała się powoli dolina i delta rzeki, można więc było zrobić krótki przystanek na zdjęcia. Z tego miejsca wciąż było jednak daleko na szczyt- szlak prowadził najpierw wąską ścieżką, a potem kamieniami, wśród których trzeba było trochę kluczyć, żeby odnaleźć właściwą drogę. Oznaczenia na tym odcinku właściwie nie było, a kilka wydeptanych ścieżek co chwilę łączyło się i rozdzielało.

Po pewnym czasie krajobraz przybrał barwy szarości i brązów- w tle ośnieżone, surowe szczyty, a wokół nas jednostajne kamienie i skały. Ostatni odcinek na szczyt Skierfe prowadził skalistym terenem z pojedynczymi płatami śniegu, które trzeba było przekroczyć, jednak nie sprawiło nam to większego problemu (no, może poza odrobiną śniegu w nogawkach i butach- śnieg topił się i zapadał co parę kroków, bo temperatura była dość wysoka).

Kiedy w końcu stanęliśmy na krawędzi góry, widok, jaki zobaczyliśmy, wydawał nam się wręcz nierealny. Góra Skierfe z daleka wyglądała, jakby urywała się pionowo w dół. W istocie tak właśnie było- można było stanąć na jej szczycie nad krawędzią i podziwiać rozlewającą się u jej stóp rzekę. Dolina Rapadalen to miejsce niezwykłe, prawdopodobnie jedyne takie w całej Europie- delta rzeki przyciąga zwierzęta, rozciąga się na ogromnym, dziewiczym terenie, wije i kluczy wśród zarośli i gór. Kolory wody mieszały się i łączyły, a z góry wszystkie mokradła wyglądały jak aksamitny, zielony dywan. Zrobiliśmy na szczycie masę zdjęć, nie mogąc przestać chłonąć tego niesamowitego krajobrazu. Przed 14 ruszyliśmy w stronę powrotną, wiedząc, że czeka nas prawie 25 kilometrów drogi powrotnej.

Droga w dół dłużyła się i była męcząca. Zatrzymaliśmy się jeszcze powyżej schroniska na obiad, znaleźliśmy też w miarę czysty strumyk, z którego nabraliśmy zapas wody do picia. Gdy minęliśmy schronisko, a dzień zmieniał się powoli w wieczór, pojawił się jeszcze jeden czynnik, który odbierał przyjemność z wędrówki.

Wieczór to pora największej aktywności komarów i innych owadów- były wyjątkowo dokuczliwe, tworząc chmury bzyczące i latające wokół nas. Z uwagi na ich ilość staraliśmy się nie robić przerw w marszu- w ciągłym ruchu łatwiej było utrzymać je z dala od siebie. Niedługo później sytuacja zrobiła się skrajnie nieprzyjemna i już do końca dnia szliśmy w moskitierach ochraniających twarz, okrywając każdy skrawek ciała ubraniami. Nawet wtedy nie udało nam się całkiem uniknąć pogryzienia, a wędrówka bez przystanków była wyjątkowo żmudna. Spoglądaliśmy co chwilę na mapę i zegarek, odliczając kilometry do parkingu. Gdy wreszcie na nim stanęliśmy, była już 22 wieczorem.

Informacje praktyczne o szlaku:

  • współrzędne darmowego parkingu przy moście Sitoälvsbron: 67.078605, 18.581376
  • wejście do parku jest bezpłatne
  • biwakowanie: jest dozwolone, płatne w sąsiedztwie schronisk
  • trudność: szlak jest trudny, a oznaczeń niewiele. Teren bez udogodnień, podmokły, nieraz utrudniający nawigację. Raczej dla doświadczonych turystów.
  • mapa: https://mapy.com/s/cojanenaso