Nomadestales blog

Kategoria: Szwecja

Ile kosztowało nas 14 dni w Skandynawii?

Koszty podróży do Szwecji i Norwegii- planowanie wydatków

Za 14 dni w Skandynawii dla dwóch osób wydaliśmy łącznie około 6535 zł. To dużo czy mało, co kosztowało najwięcej i jak zaplanowaliśmy wydatki w tej podróży? Już odpowiadamy.

Nie mieliśmy ściśle ustalonego budżetu, ale od początku zakładaliśmy jedno: wydajemy jak najmniej tam, gdzie się da – bez rezygnowania z jakości i bezpieczeństwa. Wydatki ograniczaliśmy przede wszystkim na noclegach i jedzeniu, które mogłyby znacząco podnieść koszt całej wyprawy.

Zrezygnowaliśmy z hosteli i pensjonatów – w Skandynawii ceny takich noclegów bywają zaporowe. Campingi są nieco tańsze, ale często dolicza się opłaty za parking, prysznic, dostęp do prądu czy kuchni. Na szczęście, dzięki prawu Allemansrätten, mogliśmy nocować legalnie i za darmo w naturze, co pozwoliło znacząco ograniczyć koszty.

Jednym z największych wydatków jeszcze przed wyjazdem były bilety na przeprawę promową dla nas i samochodu. To koszt, którego nie mogliśmy uniknąć – ale wciąż wychodziło taniej niż loty, wynajem auta i kompletowanie całego sprzętu na miejscu. Zapewne najtańszym rozwiązaniem byłoby dotarcie do Skandynawii drogą lądową, ale to zależy od tego, jak blisko granicy mieszkacie i czy nie wiąże się to z nadłożeniem wielu kilometrów i czasu.

Podróż samochodem oznacza też stałe koszty związane z paliwem, parkingami, opłatami drogowymi oraz lokalnymi przeprawami promowymi – zwłaszcza w Norwegii. Wiedzieliśmy, jak długą trasę chcemy przejechać, więc mogliśmy oszacować potrzebną ilość paliwa i kwotę, jaką na to przeznaczymy. Już na etapie planowania było jasne, że to właśnie paliwo pochłonie największą część budżetu. Jeśli chodzi o płatne drogi – Norwegia i Szwecja nie mają winiet, ale korzystają z automatycznych systemów opłat (np. epass24), które naliczają koszty na podstawie numeru rejestracyjnego. W wielu przypadkach faktury przychodzą dopiero po powrocie do kraju. Ten sam system obejmuje większość lokalnych promów. Parkingi bywają płatne w większych miastach lub przy popularnych atrakcjach, ale niekiedy można znaleźć tańszą alternatywę kilkaset metrów dalej. Nie warto ryzykować mandatu lub odholowania auta – w Skandynawii ich koszty są naprawdę wysokie.

Większość sprzętu campingowego i turystycznego już posiadamy, dlatego nie liczyliśmy go do kosztów tej konkretnej wyprawy. Ale zdajemy sobie sprawę, że jeśli ktoś kompletuje wyposażenie od zera, może to być spory wydatek. Namiot, śpiwór, mata, kuchenka, plecak, porządna odzież techniczna – to wszystko kosztuje, ale traktujemy to jako inwestycję na lata, a nie jednorazowy zakup. My postawiliśmy na kompromis między jakością a ceną – i to polecamy również Wam.

Pod względem jedzenia przyjęliśmy strategię maksymalnej samowystarczalności. Większość produktów przywieźliśmy z Polski – konserwy, kasze, orzechy, płatki, suszone owoce, przekąski. Na miejscu planowaliśmy dokupować jedynie świeże pieczywo i ewentualne drobiazgi. Gotowaliśmy samodzielnie, korzystając z kuchenki turystycznej – prosto, tanio i efektywnie.

Nie zawsze tak wyglądały nasze wyjazdy – na przykład podczas podróży do Włoch niemal codziennie jedliśmy na mieście, rozkoszując się śródziemnomorską kuchnią. Pizza, owoce morza i kieliszek lokalnego wina to była czysta przyjemność, której nie żałowaliśmy. Ale Skandynawia to zupełnie inna historia – kraje północy nie słyną ze swojej kuchni, a restauracje są bardzo drogie. Tym razem postawiliśmy więc na funkcjonalność, oszczędność i elastyczność.

Nie planowaliśmy także intensywnego zwiedzania miast ani korzystania z wielu płatnych atrakcji. Skupiliśmy się przede wszystkim na naturze i trasach pieszych, które w większości są darmowe. Warto jednak mieć na uwadze, że wizyta w muzeach, centrach nauki, obiektach historycznych czy popularnych punktach widokowych (np. zorganizowanych platformach lub trasach z biletami wstępu) potrafi szybko podbić koszt wyjazdu – zwłaszcza jeśli takich miejsc planujecie kilka. W naszym przypadku te koszty były minimalne, ale jeśli planujecie bardziej „miejską” wersję podróży, koniecznie uwzględnijcie je w budżecie.

W ramach przygotowań wykupiliśmy również dobre ubezpieczenie turystyczne – na wypadek kontuzji, kradzieży, problemów zdrowotnych czy awarii. Na szczęście do tej pory nigdy nie musieliśmy z niego korzystać, ale to jeden z tych wydatków, który zdecydowanie warto ponieść. Gdy zdarzy się coś nieprzewidzianego, ostatnią rzeczą, o jakiej chce się wtedy myśleć, są koszty.

Szczegółowe koszty

Poniżej znajdziecie szczegółową rozpiskę wydatków, które ponieśliśmy podczas naszej 14-dniowej podróży po Skandynawii. Ujęliśmy tylko realne koszty związane z wyjazdem (bez uwzględniania sprzętu, który już posiadaliśmy).

Wszystkie kwoty podajemy dla dwóch osób – przy czym pamiętajcie, że wiele z tych wydatków zależy od stylu podróżowania i poziomu komfortu, jaki chcecie sobie zapewnić.

KategoriaKwota (PLN)Uwagi
Prom Polska – Szwecja (w obie strony)2 218 złPrzejazd dla 2 osób + samochód osobowy
Paliwo2 091 złOk. 6300 km, auto z silnikiem diesla, średnie spalanie 4.6l/100km
Jedzenie613 złNiemal wszystkie produkty z Polski, na miejscu tylko świeże pieczywo
Ubezpieczenie podróżne157 złPolisa obejmująca cały wyjazd
Noclegi0 złTylko noclegi “na dziko” – żadnych opłat
Parkingi474 złGłównie w miastach lub przy atrakcjach turystycznych
Opłaty drogowe296 złDotyczy tylko dróg norweskich
Lokalne przeprawy promowe153 zł3 przeprawy promowe: Lødingen -> Bognes, Ferry Pier -> Eidsdal Ferjekai, Mannheller ferjekai -> Fodnes ferjekai
Płatne atrakcje173 złTylko wejściówki do Muzeum Vasa
Komunikacja miejska339 złDwa 24-h bilety na trasie Sztokholm-Kopenhaga, cztery 70 minutowe bilety po Sztokholmie i dwa 24 godzinne bilety po Oslo
Płatne toalety21 zł3 takie punkty na Lofotach
Razem:6 535 zł

Ile kosztuje paliwo w Skandynawii?

Najwięcej zapłaciliśmy na Lofotach i w Norwegii, a najtańszy olej tankowaliśmy w Szwecji. Średnie ceny są trochę wyższe, niż w Polsce, a dokładniejsze zestawienie spisaliśmy poniżej (stan na 2025 rok):

  • 16,59 sek w Jokkmokk w Szwecji (około 6,50zł)
  • 19,79 sek w Flen w Szwecji (około 7,70zł)
  • 21,09 nok w Svolvær na Lofotach (około 7,98zł)
  • 22,29 nok w Gudvangen w Norwegii (około 8,47zł)

Ceny potrafią się znacznie różnić w zależności od stacji. Najczęściej tankowaliśmy na międzynarodowym Circle K, spotkacie też Shell czy popularną w Skandynawii OKQ8. W większości stacji płatności dokonuje się w automacie przy dystrybutorach, tylko niektóre stacje są obsługowe.

Praktyczna rada:

W Skandynawii najwygodniej i najbezpieczniej płacić kartą – praktycznie wszędzie. My korzystaliśmy z karty Revolut, która pozwala płacić bezpośrednio w lokalnej walucie (SEK/NOK) bez dodatkowych prowizji i po bardzo korzystnym kursie. Wystarczy upewnić się, że płatność odbywa się w walucie kraju  – wówczas omijacie niekorzystne przewalutowanie. Gotówkę warto zabrać tylko symbolicznie – my nie użyliśmy jej ani razu.

Skandynawia w 2 tygodnie

Praktyczny przewodnik i lista atrakcji do zwiedzania: Szwecja, Lofoty i Norwegia w 14 dni

Jednym z najważniejszych powodów, dla których na dwutygodniową podróż wybraliśmy właśnie Skandynawię, było coś, co dla wielu pozostaje nieznanym pojęciem – Allemansrätten. To obowiązujące w Szwecji, Norwegii i Finlandii „prawo wszystkich ludzi”, które pozwala każdemu na swobodny kontakt z naturą. U jego podstaw leży piękna idea: człowiek jest częścią przyrody, a nie jej gościem. Może więc spacerować, biwakować, pływać, zbierać owoce leśne, podziwiać krajobrazy – bez ogrodzeń, zakazów i poczucia, że wchodzi na czyjś teren. W Szwecji prawo to zostało nawet wpisane do konstytucji, co tylko pokazuje, jak ważne jest dla mieszkańców Północy.

Dla nas – osób, które najlepiej czują się z plecakiem na grzbiecie, wśród gór i lasów – taka wolność to coś więcej niż ciekawostka. To marzenie spełnione. Możliwość rozbicia namiotu w pobliżu jeziora, kąpieli w dzikim morzu czy porannej kawy na samotnym wzgórzu – bez płotów, zakazów i tłumów – była jedną z najbardziej kuszących wizji, jakie mogliśmy sobie wyobrazić.

Gdy wyobraziliśmy sobie dwa tygodnie w namiocie, z dala od cywilizacji, wśród gór, lasów i jezior, z dostępem do niesamowitych tras trekkingowych — nie było już odwrotu. Wiedzieliśmy, że to musi być Skandynawia.

Każdą z poniższych atrakcji opisaliśmy szerzej w pojedynczych wpisach na blogu, zatem kierujcie się odnośnikami, jeśli chcecie przeczytać o nich więcej.

PLAN PODRÓŻY PO SKANDYNAWII

Dzień 1

  • nocny przejazd promem do Ystad (koniec rejsu ok 6 rano)
  • Ales Stenar -zabytkowy krąg kamieni ułożonych w kształcie łodzi, na wzgórzu, z widokiem na Morze Bałtyckie wpis
  • Kopenhaga wpis
  • Klasztor w Alvastrze – ruiny średniowiecznego klasztoru wpis

Dzień 2

  • Sztokholm wpis
  • dojazd do Parku Narodowego Skuleskogen i nocleg na plaży

Dzień 3

  • szlak w Parku Narodowym Skuleskogen wpis
  • przejazd pod Park Narodowy Sarek

Dzień 4

  • trekking na Skierfe w Parku Narodowym Sarek wpis

Dzień 5

  • powrót ze Skierfe w Parku Narodowym Sarek
  • przejazd do Parku Narodowego Abisko
  • trekking w Parku Narodowym Abisko wpis

Dzień 6

  • powrót ze szlaku w Abisko
  • przejazd na Lofoty
  • Djevelporten i Hoven wpis

Dzień 7

  • plaże Hauklandstranda, Uttakleiv, Kvalvika wpis
  • Reinebringen i miejscowość A wpis

Dzień 8

  • powrót z noclegu na plaży Kvalvika
  • przejazd do Lødingen
  • przejazd promem do Bognes
  • przejazd pod Park Narodowy Rago
  • szlak w Parku Narodowym Rago na wodospad Værivassfossen wpis

Dzień 9

  • przejazd w stronę południa Norwegii

Dzień 10

  • Rampestreken wpis
  • Droga Trolli
  • Geiranger fiord
  • Droga Śnieżna

Dzień 11

  • wodospady Rimstigen wpis
  • Preikestolen wpis

Dzień 12

Dzień 13

  • Oslo wpis
  • przejazd w stronę granicy ze Szwecją

Dzień 14

  • dojazd do Ystad
  • zwiedzanie Ystad wpis
  • wieczorny prom powrotny do Polski

Nasze wrażenia

Wyjazd do Skandynawii był najbardziej szczegółowo zaplanowanym, najtrudniejszym logistycznie ale i  najbardziej wymagającym fizycznie ze wszystkich wypraw, które do tej pory zrealizowaliśmy. Dlaczego było tak ciężko?

Przede wszystkim, wszelkie zaplanowane przez nas czynności zajmowały nam nieco dłużej, niż zakładaliśmy, bardzo mało planów udało nam się skrócić. To powodowało, że dziennie spaliśmy od 4 do 6 godzin- to zdecydowanie nie był czas pozwalający na pełną regenerację. Choć jesteśmy przyzwyczajeni do takiej ilości snu na wyprawach, to jednak spanie tak krótko codziennie, przez 14 dni z rzędu okazało się nie lada wyzwaniem. Potrzebne nam były krótkie drzemki w przerwach na trasie, a w drodze powrotnej niemal zaspaliśmy na promie. Osobom, które nie są przyzwyczajone do małej ilości snu, zdecydowanie polecamy wydłużyć czas wyjazdu i dodać sobie chociaż 2 dni, które pozwolą Wam na rozłożenie planów i lepszą regenerację.

Dodatkowo, pokonywaliśmy samochodem niemal codziennie spore odległości. Warto przeliczyć sobie, ile godzin dziennie jesteście w stanie komfortowo i bezpiecznie spędzić za kierownicą, i w razie potrzeby dostosować nasz plan do swoich możliwości. Nie wszyscy czują się dobrze większość dnia za kółkiem i to zupełnie normalne, że dla niektórych limitem będzie 4 czy 6 godzin. Warto wtedy dodać nieco więcej dni do planu, aby bezpiecznie go zrealizować. 

Pogoda zaskoczyła nas niezwykle pozytywnie- większość dni była słoneczna i ciepła. Noce natomiast były nad wyraz zimne- naprawdę warto zaopatrzyć się w dobrej jakości odzież termiczną i ciepły śpiwór. Duża różnica temperatur między dniem a nocą sprawiała, że odczucie zimna wieczorami było bardziej dotkliwe, natomiast rano szybko zdejmowaliśmy z siebie warstwy, zaskoczeni, jak szybko temperatura się podnosi. Różnica temperatur niestety sprawiała również, że kondensacja pary wodnej w nocy była ogromna, wilgoć osiadała na materiale namiotu, który rankiem był całkowicie mokry. Zwykle nie mieliśmy czasu, aby pozostać na miejscu jeszcze godzinę czy dwie i czekać na jego wyschnięcie. Zwijaliśmy go w stanie ociekającym, przez co ważył więcej i mógł zamoczyć inne rzeczy w plecaku. Warto mieć to na uwadze, planując pakowanie się w taką podróż.

To samo dotyczy samochodu- gdy temperatura na zewnątrz gwałtownie się obniża, para wodna osadza się na szybach i tapicerce. Warto zabrać ze sobą pochłaniacz wilgoci, jeśli planujecie spać w aucie choć część nocy. Dobrym rozwiązaniem będzie również uchylenie szyb, a żeby zabezpieczyć się przed owadami i opadami przydadzą się moskitiery i tzw owiewki osłaniające wlot okna przed deszczem. Z takim zestawem będzie Wam o wiele bardziej komfortowo- nam nieco brakowało tych rzeczy, gdy rano budziliśmy się z odczuciem wilgoci panującej wewnątrz auta. Na szczęście w trakcie dnia mieliśmy prawie zawsze możliwość wygrzania się w słońcu, dzięki czemu nocne niewygody nie doskwierały nam tak bardzo.

Jeśli już mowa o słońcu- koniecznie pamiętajcie o kremie z filtrem i nie zapominajcie o dłoniach, gdy nosicie długi rękaw! Dłonie są narażone na wiatr, wilgoć i słońce, zadbajcie o nie i smarujcie kremem regularnie.

Co nas zaskoczyło?

Skandynawia jest bardzo popularnym kierunkiem podróży, zwłaszcza dla motocyklistów czy vanlifers’ów, i faktycznie kraje północy są świetnie dopasowane do tego rodzaju podróży. Po raz pierwszy ‘zwiedzaliśmy’ okolicę zza szyb samochodu- na dalekich odległościach, w niezamieszkałej okolicy, wśród serpentyn górskich dróg- faktycznie była to dla nas przyjemność.

Obawialiśmy się nieco, że taki sposób oglądania krajobrazów okaże się nudny, jednak w okolicy, która jest bardzo duża, niezbyt zagospodarowana, to właśnie z auta można podziwiać teren wokół, jednocześnie przemieszczając się do swojego miejsca docelowego. Górskie drogi, wbrew wszelkim obawom, okazały się bardzo dobrze utrzymane- w większości gładkie, bez dziur, zwężeń, niebezpiecznych przeszkód czy wyjątkowo wąskich zakrętów. Oczywiście, jazda w terenach górskich musi być dostosowana do warunków- odpowiednia prędkość, uważność. Jednak jest to osiągalne dla każdego kierowcy i nie powinno stanowić problemu.

Infrastruktura drogowa taka jak przydrożne punkty odpoczynku czy toalety jest bardzo rozbudowana, nie trzeba długo szukać, by trafić w takie miejsca. Przed wyjazdem skrupulatnie zapisywaliśmy lokalizacje stacji benzynowych zaznaczonych na mapach google w terenach północnych, powyżej Kiruny w Szwecji oraz w na Lofotach i w północnej Norwegii. Przeczytaliśmy wiele opinii i artykułów mówiących o niedoborze stacji, więc obawiając się, że w którymś momencie zostaniemy z pustym bakiem, pilnowaliśmy ilości paliwa i zerkaliśmy na zapisane stacje, licząc, na ile wystarczą nam zapasy. Okazało się, że w rzeczywistości stacji było znacznie więcej, niż te zaznaczone na mapach google. Zupełnie niepotrzebnie stresowaliśmy się sprawą paliwa, bo naprawdę musielibyśmy się postarać, by dopuścić do sytuacji jego braku. Co kilkadziesiąt kilometrów, w prawie każdej większej miejscowości, spotykaliśmy różne stacje i dystrybutory. Nie wszystkie obsługowe, w większości nie dało się też zatankować LPG, jednak benzyna i diesel były wszędzie dostępne.

Nieco zaskoczyliśmy się również cenami, ponieważ słyszeliśmy straszące opinie o niezwykle wysokich cenach. Rzeczywistość okazała się nieco bardziej przystępna. Mówimy tu o produktach pierwszej potrzeby, spożywczych i higienicznych zakupach niezbędnych do życia. Zarówno podstawowa żywność, jak i zwykłe środki higieniczne kosztowały tylko trochę więcej, niż w Polsce. Bardzo drogie były za to wszelkie restauracje, bary- innymi słowy rozrywki, które można sobie odpuścić, chcąc zaoszczędzić. Jednak gotując samodzielnie, spokojnie można zredukować zapasy zabierane z kraju, jeśli macie czas i ochotę kupować je na miejscu- nie kosztują wcale majątku, jak przyjęło się u nas uważać. Jeśli chodzi o paliwo, to zauważalne były dość duże różnice w cenach na różnych stacjach, warto więc czasem zjechać z głównej drogi i poszukać najtańszej stacji w okolicy.

Opłaty i warunki drogowe

W Szwecji drogi są darmowe, ale już w Norwegii liczyliśmy się z obecnością płatnych dróg, tuneli i przepraw promowych. Wszystkie, przez które przejeżdżaliśmy, były podłączone do systemu epass24, dzięki czemu nie musieliśmy ani razu zatrzymywać się na bramkach czy płacić po drodze. Kamery odczytywały nasz numer rejestracyjny, który zarejestrowaliśmy wcześniej na stronie internetowej, a po czasie otrzymaliśmy faktury do opłacenia. Zaskoczył nas za to czas oczekiwania na fakturę za opłaty drogowe- płatność została pobrana dopiero ok 20 dnia miesiąca następującego po przejeździe! Czyli jeśli jedziecie w czerwcu, to opłata może zostać pobrana dopiero 20 lipca. To wygodne rozwiązanie i odbywa się bez naszego udziału, jeśli wcześniej zarejestrowało się kartę, ale warto pamiętać o tym wydatku, aby nie zaskoczył Was jakiś czas po powrocie. Zaskoczyła nas także w Norwegii ilość tuneli- pojawiały się praktycznie co chwilę. Stan dróg, mimo wymagających warunków atmosferycznych, był naprawdę bardzo dobry- drogi były świetnie utrzymane i bezpieczne, nawet jeśli dosyć wąskie czy kręte.

Po norweskiej stronie granicy turystów było zdecydowanie więcej niż po stronie szwedzkiej. Wielu z nich podróżowało camperami i vanami, a o miejsca na parkingach czy nawet przydrożnych „rest plece” było tu o wiele trudniej. Infrastruktura była jednak dobrze rozwinięta -spora ilość zatoczek, parkingów czy stacji benzynowych, co zazwyczaj pozwalało znaleźć dla siebie miejsce nawet przy większej ilości odwiedzających (i nawet na Lofotach- choć tam było to zdecydowanie trudniejsze).

Abisko – północna brama Szwecji

Park Narodowy Abisko to jeden z najstarszych i najbardziej znanych parków narodowych w Szwecji. Położony w północnej Laponii, około 200 km za kołem podbiegunowym, zachwyca zróżnicowanym krajobrazem: od alpejskich łąk i górskich lasów brzozowych, przez kaniony i potoki, aż po rozległe jeziora. To również jedno z najlepszych miejsc na świecie do obserwacji zorzy polarnej (w okresie wrzesień–marzec).

Kungsleden- szlak królewski

Abisko jest północnym początkiem słynnego szlaku Kungsleden, który prowadzi przez całą Laponię aż do Hemavan. W granicach parku można podziwiać m.in. jezioro Torneträsk, rzekę Abiskojåkka oraz spotkać dzikie renifery, łosie, lisy polarne i ptaki drapieżne.

Parking pod Parkiem Narodowym Abisko jest bezpłatny, ale sam w sobie nie oferuje niestety żadnych udogodnień- nie ma tam toalet, wody czy kosza na śmieci (poza koszem przy stacji kolejowej). Nieopodal jednak, po drugiej stronie drogi, znajduje się duże centrum turystyczne.

Abisko jest dość słynnym miejscem, ponieważ tutaj zaczyna się (lub kończy, patrząc z drugiej strony) szwedzki Szlak Królewski. Dzięki połączeniu kolejowemu turystom łatwiej dostać się na ten wymagający, długodystansowy szlak prowadzący na południe od Abisko przez blisko 400 kilometrów. My zamierzaliśmy pokonać tylko 16 km szlaku, jednak już tyle wystarczyło nam, aby poczuć i docenić klimat parku.

Szlak do schroniska Abiskojaure

  • Długość: 31,9km
  • Czas przejścia: 8,5h
  • Trudność: łatwy do umiarkowanego

Szlak prowadził bardzo malowniczą trasą. Od samego początku szliśmy wzdłuż szerokiej, wartkiej rzeki, co chwilę oddalając się i zbliżając do niej. Sama ścieżka nie stanowiła żadnych trudności zarówno w suchych, jak i mokrych warunkach, choć tereny wokół bywały miejscami podmokłe i bagniste. Ilość komarów była tu zdecydowanie mniejsza niż w Parku Narodowym Sarek- spokojnie mogliśmy iść już bez moskitiery na twarzach.

Szlak prowadził nas wzdłuż naprawdę szerokich rzek, które kilka razy trzeba było przekroczyć przechodząc po pokaźnych rozmiarach metalowych mostach wiszących na linach. Konstrukcje te, choć nie wyglądały, były nieco chybotliwe, co zaskoczyło nas podczas przejścia przez pierwszą z nich.

Najpiękniejsze miejsce, punkt kulminacyjny widoków z całej drogi, to zakręt rzeki i most niedaleko schroniska Abiskojaure. To tam zrobiliśmy najlepsze zdjęcia, bo pogoda się poprawiła i popołudniowe słońce rozświetliło wartki nurt rzeki.

Od tego miejsca musieliśmy odejść jeszcze kawałek, aby znaleźć się poza terenem parku narodowego i móc legalnie rozbić namiot. To właśnie podczas tego podejścia przemierzaliśmy najbardziej surowy i „północny” odcinek szlaku, z jakim mieliśmy tego dnia do czynienia.

Szliśmy odkrytym terenem porośniętym już wyłącznie karłowatymi drzewami, a w oddali otaczały nas strome zbocza monumentalnych gór, z którymi woda spływała licznymi strugami tworzącymi niesamowite wodospady. Tam też po raz ostatni na tym wyjeździe spotkaliśmy renifery. Miejsce to było bardzo reprezentatywne i dobrze „podsumowywało” północną Szwecję. Było więc idealne na jedne z naszych ostatnich chwil w Szwecji.

Biwakowanie w Parku Narodowym Abisko

Nocowanie w granicach Parku Narodowego Abisko jest dozwolone tylko w kilku wyznaczonych miejscach biwakowych. Rozbijanie obozu na dziko jest zabronione poza tymi obszarami ze względu na ochronę zwierząt i roślinności, a także wyjątkowego mikroklimatu tego terenu.

Miejsce, które wybraliśmy na nocleg, znajduje się tuż za granicą parku, przy samym szlaku, gdzie most prowadzi na drugą stronę rzeki Siellajohka. Lokalizacja ta jest dość popularna ze względu na wypłaszczenie terenu i dostęp do wody, co spowodowało, że w okolicy poza nami było tam jeszcze co najmniej kilkanaście namiotów. Terenu dookoła jest jednak pod dostatkiem, więc każdy zdołał znaleźć sobie ustronne miejsce pozwalające na odrobinę prywatności.

Miejsce to okazało się wyjątkowo urokliwe- z mostem wiszącym nad huczącą, rwącą rzeką, z którego roztaczał się widok na słońce chowające się za szczyty ośnieżonych gór. Kąpiel tego dnia była najzimniejszą, z jaką przyszło nam się kiedykolwiek zmierzyć. Woda płynąca wprost z gór, z lodowców i śniegu, powodowała niemal natychmiastowy ból stóp i rąk, pieczenie skóry. Ratowało nas jednak wieczorne słońce, które ogrzewało nas ostatnimi promieniami. Noc była chłodna, temperatura szybko spadła poniżej 10 stopni na plusie, jednak kołysani szumem wody szybko zasnęliśmy.

Praktyczne informacje:

  • darmowy parking przy Abisko Turiststation: 68.357350, 18.780709
  • nasza trasa: https://mapy.com/s/nocakafofu
  • miejsce na nocleg: 68.2630522N, 18.5845817E

Park Narodowy Sarek i Dolina Rapadalen

Park Narodowy Sarek w Szwecji znajduje się w obszarze północnego koła podbiegunowego. Jego granica przebiega niedaleko miasteczka Jokkmokk, gdzie znajduje się pamiątkowa tablica z mnóstwem naklejek turystów z całego świata.

W drodze do Jokkmokk krajobraz zdecydowanie się zmienia- polne, sielskie widoki zastępuje bardziej surowa tundra, w której drzewa są niższe i rzadsze. Można też zobaczyć tu renifery- szczególnie należy uważać na te przy drodze, które niespiesznie spacerują wzdłuż poboczy.

Sarek to jedno z ostatnich prawdziwie dzikich miejsc w Europie — bez infrastruktury, oznakowanych szlaków, mostów, schronisk czy zasięgu telefonii komórkowej. To najstarszy park narodowy Szwecji i zarazem jeden z najbardziej niedostępnych. Przeznaczony wyłącznie dla doświadczonych wędrowców, oferuje surowe góry, rwące rzeki, dzikie doliny i naturę w jej najczystszej postaci.

Najbardziej znanym miejscem w Sarek jest Dolina Rapadalen — szeroka, głęboka dolina, przez którą malowniczo meandruje rzeka Rapaälven, tworząc jedną z najpiękniejszych delt rzecznych w Skandynawii. Nad doliną wznosi się szczyt Skierfe (1179 m n.p.m.), z którego roztacza się jeden z najbardziej spektakularnych widoków w całej północnej Europie.

Jak się dostać do Parku Narodowego Sarek?

Od strony południowej do Parku prowadzi droga z miasta Jokkmokk, która kończy się bezpośrednio przy wejściu na teren Parku. Droga przez ostatnie kilkanaście kilometrów jest szutrowa, warto więc zarezerwować nieco więcej czasu na przejazd. Jest jednak bez problemu dostępna dla większości zwykłych aut i nie sprawia szczególnych trudności.

Na wejściu do Parku, przy moście Sitoälvsbron, znajduje się darmowy parking. Jego współrzędne to 67.078605, 18.581376. Na parkingu nie znajdziecie żadnych udogodnień, są tam jedynie kosze na śmieci. Gdy dotarliśmy tam późnym wieczorem, zaparkowane było kilkanaście aut, ale bez większego problemu znaleźliśmy dla siebie miejsce.

Przy parkingu znajduje się most Sitoälvsbron- to świetne miejsce widokowe na szeroką, rwącą rzekę, do której da się również podejść aby nabrać wody.

Szlak na Skierfe i Dolina Rapadalen

  • Długość: 48km
  • Czas przejścia: 14h
  • Trudność: szlak trudny, w zróżnicowany, często podmokłym terenie, miejscami kiepsko oznaczony; bez infrastruktury na trasie; dla doświadczonych i samodzielnych turystów

Rozpoczęliśmy wędrówkę około godziny 23- na tej wysokości latem są białe noce, więc nie musieliśmy się martwić ciemnością po drodze. Zmrok nie zapadał całkowicie, a kolory otoczenia zrobiły się nieco dramatyczne. Przed rozpoczęciem szlaku użyliśmy jeszcze sporej ilości repelentów- komary i meszki latały wokół całymi chmarami. Wzięliśmy także ze sobą zapas sprayu, bowiem te tereny są najbardziej dokuczliwe, jeśli chodzi o owady.

Ścieżka do jeziora Laitaure, czyli przez pierwsze około 10 kilometrów, wiodła dość szeroką, gruntową drogą. Ścieżka położona jest tak, że w wielu miejscach widać z niej było cel naszej podróży –szczyt Skierfe, jednak jest ona dość monotonna. Już po kilkuset metrach okazało się również, że wokół drogi rozciągają się tereny wyjątkowo podmokłe. Zamierzaliśmy rozbić obóz po pewnym czasie od startu, i mimo, że spodziewaliśmy się grząskiego gruntu, to zaskoczył nas aż tak podmokły teren na tak dużej przestrzeni –wszędzie dookoła stała bowiem woda. Zejście ze szlaku suchą stopą było niemal niemożliwe przez całą wędrówkę aż do jeziora.

Okolica jeziora Laitaure jest też tak naprawdę pierwszym (jednym z niewielu) naprawdę dobrym punktem widokowym na szlaku. Warto zatrzymać się tu na krótką chwilę, ponieważ można stąd podziwiać widok na taflę jeziora, nad którym zawieszony jest szczyt Skierfe, a w oddali ośnieżone szczyty Gór Skandynawskich. My dotarliśmy w okolice jeziora około 1 w nocy. Mimo dość pochmurnego dnia (a raczej nocy) słońce nieco przebijało się pomiędzy chmurami nad taflą jeziora –był to naprawdę niesamowity, nieco odrealniony widok.

Z tego miejsca można przeprawić się przez jezioro łódką, która dopływa niedaleko Akste –niewielkiej osady w pobliżu wschodniej granicy parku, która niegdyś była siedzibą lapońskiej rodziny trudniącej się hodowlą reniferów, a obecnie pełni rolę schroniska. Łódź kursuje tylko latem 2 razy dziennie –na miejscu znajduje się instrukcja, jak skorzystać z usługi. Alternatywą jest pieszy szlak okrążający jezioro, który ciągnie się przez około 8 kilometrów.

Po krótkiej przerwie (skróconej ze względu na naprawdę dużą ilość komarów) na zdjęcia i zaczerpnięcie tchu, chcąc-nie-chcąc ruszyliśmy pieszym szlakiem w dalszą wędrówkę. Szlak zamienił się w tym miejscu w wąską ścieżkę, poprowadzoną gdzieniegdzie gruntem, a w wielu miejscach za pomocą drewnianych pomostów. Choć wypadałoby powiedzieć raczej, pojedynczych desek, raczej wilgotnych, miejscami śliskich lub przegniłych i leżących w wodzie.

W takim terenie nogawki spodni szybko nam przemokły, a tempo zdawało się raczej żółwie- nie byliśmy w stanie iść szybko. Po około kolejnych 2 kilometrach marszu znaleźliśmy mały pagórek, na którym teren wydawał się suchy. Była tam maleńka polanka osłonięta drzewami od szlaku i ślady po ognisku poprzednich turystów. Było około 2.30 w nocy i niebo zaczynało się robić zupełnie jasne. Rozbiliśmy tam namiot i położyliśmy się spać na kilka krótkich godzin.

Biwakowanie w Parku Narodowym Sarek

Biwakowanie w Parku Narodowym Sarek jest dozwolone i bezpłatne poza obszarami w bezpośrednim sąsiedztwie schronisk, oczywiście należy również zachować zdrowy rozsądek i szacunek do natury. Większość terenu jest podmokła i naprawdę niełatwo znaleźć miejsce, które nadaje się do rozłożenia namiotu, dlatego tym bardziej staraliśmy się nie pozostawiać po sobie śladów.

Noc była wyjątkowo zimna- gdy kładliśmy się spać, temperatura spadła do około 3-4 stopni powyżej zera, a wysoka wilgotność jeszcze pogarszała odczuwalne warunki. Rano po szybkim śniadaniu wyruszyliśmy w dalszą drogę- wciąż grząskim, podmokłym gruntem na przemian z deskami ułożonymi w pomosty. Ostatni odcinek tego etapu drogi był znacznie mniej podmokły i prowadził głównie ścieżką przez las. Wkrótce dotarliśmy do Akste.

Naszym oczom ukazała się piękna polana pełna kolorowych kwiatów, a na niej czerwone chaty. W tle majestatyczna Skierfe górowała nad okolicą, groźna i surowa. Chatki na tej polanie służą jako górskie schroniska i można je wynająć za odpowiednią opłatą, w tej okolicy można też biwakować. Jednak rozbicie namiotu blisko chat jest płatne, więc większość turystów rozkładała swoje obozy nieco wyżej, gdzie znajduje się sporo wypłaszczeń i polanek nadających się do rozbicia namiotu. Z tego miejsca na szczyt Skierfe zostawało jeszcze około 8 kilometrów drogi.

Powyżej schroniska szlak zrobił się mocno stromy, a ciężar plecaków nie ułatwiał zadania. Po wdrapaniu się na główne przewyższenie można było nieco odpocząć- naszym oczom ukazywała się powoli dolina i delta rzeki, można więc było zrobić krótki przystanek na zdjęcia. Z tego miejsca wciąż było jednak daleko na szczyt- szlak prowadził najpierw wąską ścieżką, a potem kamieniami, wśród których trzeba było trochę kluczyć, żeby odnaleźć właściwą drogę. Oznaczenia na tym odcinku właściwie nie było, a kilka wydeptanych ścieżek co chwilę łączyło się i rozdzielało.

Po pewnym czasie krajobraz przybrał barwy szarości i brązów- w tle ośnieżone, surowe szczyty, a wokół nas jednostajne kamienie i skały. Ostatni odcinek na szczyt Skierfe prowadził skalistym terenem z pojedynczymi płatami śniegu, które trzeba było przekroczyć, jednak nie sprawiło nam to większego problemu (no, może poza odrobiną śniegu w nogawkach i butach- śnieg topił się i zapadał co parę kroków, bo temperatura była dość wysoka).

Kiedy w końcu stanęliśmy na krawędzi góry, widok, jaki zobaczyliśmy, wydawał nam się wręcz nierealny. Góra Skierfe z daleka wyglądała, jakby urywała się pionowo w dół. W istocie tak właśnie było- można było stanąć na jej szczycie nad krawędzią i podziwiać rozlewającą się u jej stóp rzekę. Dolina Rapadalen to miejsce niezwykłe, prawdopodobnie jedyne takie w całej Europie- delta rzeki przyciąga zwierzęta, rozciąga się na ogromnym, dziewiczym terenie, wije i kluczy wśród zarośli i gór. Kolory wody mieszały się i łączyły, a z góry wszystkie mokradła wyglądały jak aksamitny, zielony dywan. Zrobiliśmy na szczycie masę zdjęć, nie mogąc przestać chłonąć tego niesamowitego krajobrazu. Przed 14 ruszyliśmy w stronę powrotną, wiedząc, że czeka nas prawie 25 kilometrów drogi powrotnej.

Droga w dół dłużyła się i była męcząca. Zatrzymaliśmy się jeszcze powyżej schroniska na obiad, znaleźliśmy też w miarę czysty strumyk, z którego nabraliśmy zapas wody do picia. Gdy minęliśmy schronisko, a dzień zmieniał się powoli w wieczór, pojawił się jeszcze jeden czynnik, który odbierał przyjemność z wędrówki.

Wieczór to pora największej aktywności komarów i innych owadów- były wyjątkowo dokuczliwe, tworząc chmury bzyczące i latające wokół nas. Z uwagi na ich ilość staraliśmy się nie robić przerw w marszu- w ciągłym ruchu łatwiej było utrzymać je z dala od siebie. Niedługo później sytuacja zrobiła się skrajnie nieprzyjemna i już do końca dnia szliśmy w moskitierach ochraniających twarz, okrywając każdy skrawek ciała ubraniami. Nawet wtedy nie udało nam się całkiem uniknąć pogryzienia, a wędrówka bez przystanków była wyjątkowo żmudna. Spoglądaliśmy co chwilę na mapę i zegarek, odliczając kilometry do parkingu. Gdy wreszcie na nim stanęliśmy, była już 22 wieczorem.

Informacje praktyczne o szlaku i przydatne linki:

  • współrzędne darmowego parkingu przy moście Sitoälvsbron: 67.078605, 18.581376
  • wejście do parku jest bezpłatne
  • biwakowanie: jest dozwolone, płatne w sąsiedztwie schronisk
  • trudność: szlak jest trudny, a oznaczeń niewiele. Teren bez udogodnień, podmokły, nieraz utrudniający nawigację. Raczej dla doświadczonych turystów.
  • mapa szlaku na Skierfe: https://mapy.com/s/cojanenaso

Park Narodowy Skuleskogen 

Park Narodowy Skuleskogen, położony wzdłuż Wybrzeża Wysokiego (Höga Kusten), to miejsce, gdzie dzika przyroda spotyka się z unikalną geologią. Teren parku obejmuje strome klify, doliny szczelinowe, głazowiska, jeziora oraz lasy borealne. Najbardziej rozpoznawalnym punktem jest Slåttdalsskrevan – monumentalna szczelina skalna o długości około 200 metrów i wysokości sięgającej 40 metrów.

Slåttdalsskrevan- szlak do wąwozu

  • Długość: 11,1km
  • Czas przejścia: 3h 26min
  • Trudność: szlak umiarkowany z jednym krótkim elementem zabezpieczonym łańcuchami i pinami stalowymi

Początkowo droga prowadziła przez gęsty las, pełen powalonych, omszałych pni. Szliśmy wąską, drewnianą kładką ponad nierównościami terenu, pomiędzy wiekowymi, wysokimi drzewami. Z czasem szlak zaczął wznosić się coraz wyżej, miejscami po ścieżce gruntowej, a miejscami po skałach. Las stawał się coraz rzadszy i po pewnym czasie (i nieco ostrzejszej wspinaczce po skałach, które w pewnym momencie zastąpiły miękki grunt), stanęliśmy na otwartym terenie.

Wokół nas rozpościerał się widok na wybrzeże pełne klifów i skał wyrastających z morza.  Las, wysepki i wodę widzieliśmy z góry przez kolejny, dłuższy odcinek wędrówki po skałach. Tutaj w czasie deszczu mogłoby być ślisko, ale w pogodny dzień szlak był umiarkowanie trudny i nie wymagał specjalnego przygotowania ani kondycji.

To na tym odcinku znajdziecie najładniejsze, według nas, widoki i punkty na zrobienie zdjęć. Skalne klify są dość nietypową formą terenu nad Morzem Bałtyckim i widok ten jest naprawdę spektakularny.

Tuż przed największą atrakcją parku, czyli skalną szczeliną, musieliśmy się jeszcze zmierzyć z małą przeszkodą. Był to jedyny na całym szlaku odcinek ubezpieczony łańcuchem- zupełnie niewprawionych mógłby zaskoczyć, ale dla tych zaznajomionych ze sztucznymi ułatwieniami w górach nie stanowi żadnego wyzwania.

Po paru krokach byliśmy już przy wąwozie- w tym miejscu widać go było z góry. I jeśli mamy być szczerzy… Nie zrobił na nas aż takiego wrażenia, jakiego oczekiwaliśmy. Ot, kanion średniej wielkości, niezbyt wielki czy ciemny. Zdecydowanie lepsze wrażenie robił z dołu- szlak prowadzi wokół niego i jakiś czas później można znaleźć się u podnóża szczeliny patrząc na szczelinę „w górę”. Mimo, że ta perspektywa była zdecydowanie lepsza, i tak kanion pozostał jedynym elementem krajobrazu, którym nieco się zawiedliśmy podczas całej wędrówki przez Skuleskogen.

Od tego momentu zaczynał się powrót pętlą kierującą się w stronę wybrzeża. Po dość stromym (choć niezbyt długim) zejściu –które w naszym odczuciu było od tej strony sporo trudniejsze, niż od strony, z której przyszliśmy, szlak biegł jeszcze przez jakiś czas przy jeziorkach, ukazując piękne szwedzkie krajobrazy. Prócz lasu i jezior, na brzegu których można było wygodnie rozsiąść się na kamieniu, były tam także schrony w postaci domków, w których można było spędzić noc. Zatrzymaliśmy się nieopodal jednego z nich- było to dobre miejsce na zrobienie kilku zdjęć i krótki odpoczynek. Gdy ruszyliśmy w dalszą drogę, szlak skrył się w lesie i stał się dosyć jednostajny.

Kilkukrotnie można było podejść pod plaże i pomoczyć nogi w morzu, my jednak zdecydowaliśmy się odpuścić odpoczynek po tym niezbyt trudnym szlaku i dojść na raz już do parkingu. Pętla kończyła się przy plaży Kälsviken.

Biwakowanie w Parku Narodowym Skuleskogen

Według lokalnych przepisów i regulaminu parku, w określonych miejscach na jego terenie dozwolone jest biwakowanie, w tym również rozpalanie ognisk. W kilku miejscach na terenie parku przygotowane są specjalne drewniane chaty, w których bez opłat można przenocować. Wyznaczony jest także obszar plaży, na której można biwakować. Przy plaży postawione zostały ławeczki, miejsca na ognisko i tymczasowe toalety, jest także miejsce z zostawionym drewnem na ogniska (oczywiście nie wolno niszczyć roślinności- to drewno jest specjalnie przygotowane w tym celu).

My postanowiliśmy nocować na plaży w parku zaraz po przyjeździe, ponieważ docieraliśmy tam dość późnym wieczorem. Plaża znajduje się około 20 minut marszu od głównego parkingu. Na pierwszy rzut oka na plaży i w jej okolicy było sporo namiotów, jednak bez problemu znaleźliśmy miejsce na nasz nocleg. Rozbiliśmy obóz i zjedliśmy kolację, po czym odświeżyliśmy się w zimnej wodzie Bałtyku. Wbrew naszym obawom, w nocy było cicho i spokojnie- wszyscy turyści uszanowali ciszę nocną i nikt nie przeszkadzał nam w odpoczynku przed kolejnym dniem przygód. 

Informacje praktyczne i przydatne linki:

Sztokholm w 1 dzień

Sztokholm, rozciągający się na 14 wyspach połączonych mostami i promami, to unikalne połączenie wielkomiejskiego charakteru z bliskością natury. Miasto zachwyca średniowiecznymi uliczkami Gamla Stan, architekturą, muzeami światowej klasy i nowoczesnym designem. Równocześnie oferuje spokój, liczne parki i niemal nieustanny kontakt z wodą. To doskonałe miejsce zarówno na intensywne zwiedzanie, jak i spokojne spacery – pieszo lub łodzią.

Jak dostać się do Sztokholmu?

Można poruszać się po mieście autem, ale z uwagi na jego położenie na wyspach, wygodniejsze może okazać się pozostawienie samochodu poza miastem. My wybraliśmy płatny parking przy stacji Rotebro, skąd do centrum przejechaliśmy pociągiem. Jednorazowe bilety kosztowały nas niewiele, a przejazd trwał niecałe pół godziny. Pociągi kursują co kilka- kilkanaście minut. Jedynym utrudnieniem są nieco zawiłe oznaczenia na podziemnym peronie Stockholm City, ale już po chwili odnaleźliśmy właściwą drogę.

Najważniejsze atrakcje:

  • Gamla Stan – stare miasto z wąskimi brukowanymi uliczkami i kolorowymi kamienicami
  • Pałac Królewski – oficjalna rezydencja szwedzkiej rodziny królewskiej
  • Muzeum Vasa – zachowany XVII-wieczny okręt wojenny, unikalny na skalę światową
  • Skansen – najstarsze muzeum na świeżym powietrzu na świecie
  • Djurgården – zielona wyspa pełna muzeów, tras spacerowych i ogrodów

Okręt- muzeum: zwiedzanie Muzeum Vasa

Na miejscu kupiliśmy bilety i weszliśmy do sporej hali muzealnej. Ogromny okręt bitewny ustawiony w centrum pomieszczenia zrobił piorunujące wrażenie już od samego wejścia. Im bliżej podchodziliśmy do wielkiej konstrukcji, tym więcej detali ukazywało się naszym oczom. To naprawdę zaskakujące w jak dobrym stanie zachował się statek. Jest to jednak prawdopodobnie wynikiem tego, że… zatonął on już podczas swojego pierwszego rejsu. Skomplikowane rzeźby, liczne okienka i zdobione elementy statku budziły podziw, ale równie ciekawe okazały się wystawy opowiadające historię budowy i życia na pokładzie tego wyjątkowego zabytku. W muzeum spędziliśmy sporo czasu- warto tutaj niespiesznie wczytać się w szczegóły.

Zwiedzanie miasta

Po wyjściu z muzeum, nasze kroki skierowaliśmy w stronę starego miasta- nie jest ono duże, w zasadzie w całości znajduje się na wyspie Gamla Stan. Miasto okazało się dość surowe –architektura oparta była głównie o monumentalne budowle na bazie prostopadłościanu. Stolica Szwecji, w kontraście do Kopenhagi, utrzymana została jednak w spójnym stylu, dzięki czemu wizualnie wypadła według nas najkorzystniej ze wszystkich Skandynawskich stolic. Brukowane uliczki, regularne budowle i uporządkowana struktura miasta działały na nas kojąco. To ten rodzaj miejskiej przestrzeni, który nie przytłacza, nie sprawia wrażenia chaotycznego. Wręcz przeciwnie, to miasto nawet tętniąc turystycznym życiem wydaje się spokojne i ułożone.

Po przejściu paroma najsłynniejszymi uliczkami starego miasta (między innymi najwęższą uliczką) i zobaczeniu kilku głównych punktów na mapie Sztokholmu, skierowaliśmy się z powrotem w stronę stacji kolejowej.

Skansen- najstarsze muzeum świata na świeżym powietrzu

Jeśli macie do zagospodarowania kilka godzin, serdecznie polecamy wybrać się do Skansenu w Sztokholmie. Jest położone na dość sporym terenie, a w środku znajduje się replika XIX-wiecznego miasteczka z zabudowaniami gospodarskimi, apteką i kościołem. Najstarsze budynki pochodzą z XIV wieku, a łącznie jest ich około 140. Codziennie odbywają się tam pokazy i warsztaty z wykonywania czynności gospodarskich i domowych, przy użyciu historycznych technik i strojów z epoki. W Skansenie znajduje się też ogród zoologiczny, w którym można zobaczyć m.in. renifery, łosie, niedźwiedzie a nawet… rosomaka!

Zwiedzanie skansenu zajmuje około pół dnia. Zwiedzanie jest ciekawsze latem, ale muzeum funkcjonuje przez cały rok. Ceny biletów są uzależnione od sezonu, najlepiej sprawdzać je na oficjalnej stronie muzeum.

Przydatne linki:

Ystad- urocze miasto portowe Szwecji

W trakcie naszej podróży do Skandynawii, Ystad było początkiem i końcem naszej trasy- to stamtąd odpływał nasz prom do Polski. Zwiedzaliśmy miasto na spokojnie i bez pośpiechu, kilka godzin przed powrotem do kraju.

Auto zaparkowaliśmy na bezpłatnym parkingu niedaleko portu i ruszyliśmy na powolny spacer. Mimo weekendu, miasteczko było spokojne i ciche. Jego piękne, brukowane uliczki i zabytkowe kamienice przenosiły nas w inne czasy. Miasteczko bardzo pozytywnie nas zaskoczyło, spodziewaliśmy się niezbyt ciekawego miasta portowego, a Ystad, choć niewielkie, okazało się wyjątkowo urokliwe.

Okrążyliśmy rynek, zobaczyliśmy okolice klasztoru, przeszliśmy się kilkoma mniejszymi uliczkami. Na spragnionych i głodnych czekało tam sporo otwartych knajpek, restauracji i kawiarni. My zakończyliśmy degustację jedynie na cynamonkach. Początkowo chcieliśmy jeszcze odpocząć na plaży, ale tego dnia pogoda wyjątkowo nie zachęcała do przebywania na zewnątrz -cały dzień było pochmurno, wiał mocny wiatr, a co jakiś czas z nieba kropił deszcz.

Miasto Wallandera i kryminałów

Ciekawostka- Ystad jest związane ze szwedzką kinematografią i powieściami kryminalnymi.  Ystad Studios Visitor Center- fragment największego studia filmowego w Skandynawii, można zwiedzać właśnie w Ystad. Kręcono tam m.in. ekranizację serii kryminałów autorstwa Henninga Mankella z Kurtem Wallanderem w roli głównej. W samym miasteczku znajduje się wiele zakątków czy nawet cukiernia, które zostały wykorzystane w produkcji.

Ystad nie jest duże, więc na jego zwiedzanie potrzebne będzie nie więcej niż kilka godzin. Można urozmaicić pobyt odwiedzinami jednej z uroczych restauracji lub pobytem na plaży, jeśli pogoda dopisuje.

Parking w Ystad: https://maps.app.goo.gl/8ik6j3X1BW4kQnHN7

Ruiny klasztoru w Alvastrze

Ruiny klasztoru w Alvastrze to jedno z ważniejszych średniowiecznych miejsc na mapie Szwecji. Założony w 1143 roku przez cystersów, klasztor był jednym z pierwszych tego typu w Skandynawii. Do dziś zachowały się imponujące fragmenty murów, sklepienia i łuków, które pozwalają wyobrazić sobie dawny rozmach tej budowli. Wśród ruin znajduje się XIII-wieczny kościół oraz miejsce pochówku królów Sverkera I i II. Nieopodal natomiast można zobaczyć słynny kamień runiczny z Rök — jedno z najważniejszych i najdłuższych zachowanych inskrypcji runicznych w Skandynawii. Z klasztorem w Alvastrze związany jest też fragment polskiej historii- żyła tu i została pochowana córka księcia Bolesława Krzywoustego, Ryksa Piastówna, która była wówczas królową Szwecji.

Ruiny urzekły nas swoją ciszą, spokojem i pięknym, wiejskim otoczeniem. Dotarliśmy tam późnym popołudniem, gdy słońce było już nisko, a ciepłe światło nadawało miejscu wyjątkowego klimatu. To była idealna przerwa na spokojny spacer i moment wytchnienia. Otaczające ruiny pola pełne maków i polnych kwiatów dawały poczucie sielskości i zachęcały do dłuższego postoju i niespiesznego spaceru po okolicy.

Informacje praktyczne:

  • Parking: bezpłatny, bezpośrednio przy wejściu
  • Godziny otwarcia: całodobowo, bezpłatnie
  • Czas zwiedzania: 30–60 minut

Przydatne linki:

Ales Stenar – szwedzki Stonehenge

Ales Stenar, często nazywane „szwedzkim Stonehenge”, to megalityczna formacja w kształcie łodzi, złożona z 59 głazów. Całość ma około 67 metrów długości i znajduje się na malowniczym klifie z widokiem na Morze Bałtyckie. Uważa się, że konstrukcja pochodzi z epoki żelaza, choć jej dokładne przeznaczenie do dziś pozostaje tajemnicą. Miejsce łączy w sobie surową skandynawską przyrodę i nutę pradawnej symboliki — robi wrażenie zarówno na miłośnikach historii, jak i fotografach natury.

Wizyta w Ales Stenar była pierwszym punktem po dopłynięciu promem z Polski do Ystad. Po niecałych 30 minutach jazdy zaparkowaliśmy na niewielkim, płatnym parkingu nieopodal wioski Kåseberga i ruszyliśmy w stronę klifów.

Choć dzień był słoneczny i stosunkowo ciepły, wiatr okazał się wyjątkowo silny — na otwartej przestrzeni chwilami trudno było utrzymać równowagę.

Sam kamienny krąg był ciekawy, choć nie oszałamiający. Prawdziwe wrażenie robiła przede wszystkim okolica: zielone, pagórkowate łąki, klify i wzburzone morze przywoływały na myśl wybrzeża Irlandii lub Szkocji. W pobliżu kręgu pasły się źrebaki nieporadnie drepczące przy klaczach, a po drodze mignęło nam kilka zajęcy umykających w wysokiej trawie. Takie drobne „smaczki” dodawały temu miejscu uroku.

Gdyby dotarcie tutaj wymagało kilkugodzinnej podróży, być może nie byłoby warte zachodu — ale będąc w okolicy, szkoda byłoby je przegapić. Dla nas, jako pierwszy punkt na trasie przez Skandynawię, Ales Stenar okazało się trafionym początkiem. Mimo silnego wiatru było bardzo spokojnie — o poranku spotkaliśmy zaledwie kilka osób.

🧭 Informacje praktyczne:

  • Parking: płatny, około 10 minut pieszo
  • Godziny otwarcia: całodobowo, bez opłat
  • Czas zwiedzania: 30–60 minut
  • Trudność: łatwa – krótki spacer po pagórkowatym terenie

Przydatne linki:

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén