Dzika plaża Vadu to jedna z nietypowych atrakcji Rumunii, która znana jest przede wszystkim z Transylwanii i gór. Dzika plaża w Vadu nie do końca jest dzika- jest to miejscówka bardzo dobrze znana kamperowiczom, vanlifersom i wielu innym turystom. Jest to bardzo atrakcyjne miejsce- na plażę, niemalże na sam piasek, można wjechać autem i to właściwie każdym, nie trzeba terenowego 4×4 aby tu dotrzeć. Z plaży widać zarówno zachód, jak i wschód słońca, a woda Morza Czarnego jest tu ciepła niczym zupa. Wymarzone miejsce na nocleg na dziko czy kilkudniowy biwak. Dodatkowo, co dla jednych jest atrakcją i ciekawym widokiem, a dla innych wadą- wzdłuż całego wybrzeża, do którego da się dojechać, stoją auta, kampery, przyczepy i namioty.

Na plażę w Vadu pojechaliśmy z Bukaresztu. W środkowej Rumunii jeszcze widać było zielony krajobraz, za to im bardziej zbliżaliśmy się do wybrzeża, tym bardziej dominowała susza, żółte trawy, a gęste lasy zastąpiły wątłe, wysuszone pojedyncze drzewa. Przy samym wybrzeżu droga stała się znacznie gorzej utrzymana, mijaliśmy po drodze znacznie biedniej wyglądające wioski- jakbyśmy cofali się w czasie.

Na plażę dojeżdża się niewielką dróżką wyłożoną betonowymi płytami, a po drodze mija się jeszcze opuszczoną fabrykę i resztki ogrodzenia. Płyty, miejscami nierówne, spękane i zniszczone, pozwalają mimo wszystko na dojazd niemal każdym zwykłym autem i nie stanowią większego problemu. Miejscami trzeba natomiast uważać, żeby nie zakopać się w piasku.

Od drogi skręciliśmy w lewo i przejechaliśmy wśród kolumny aut i kamperów, które już tam stały. Zaparkowaliśmy na wolnej przestrzeni, a miejsce obok nas dość szybko zajęło kolejne auto. Pogoda była niespokojna- było gorąco, ale wiał niesamowicie mocny wiatr. Postanowiliśmy, że w takich warunkach nie rozstawimy namiotu (kilka namiotów obok miało pozrywane sznury, a w nocy, gdy wiatr się nasilił, słyszeliśmy innych ludzi mocujących się z szarpanym wiatrem materiałem). Postanowiliśmy zanocować w samochodzie- była to w takich warunkach jedyna możliwość. Przeszliśmy się chwilę wzdłuż brzegu, a wiatr wbijał w ciało drobinki piasku i pokruszonych muszelek, które znajdowaliśmy we włosach jeszcze przez kilka dni.

O zachodzie słońca przeszliśmy się jeszcze na krótki spacer wzdłuż plaży, jednak wiatr nie słabł, nie dało się więc posiedzieć nad brzegiem czy kąpać. Dość szybko wróciliśmy więc do auta i w nim zanocowaliśmy. Była to niespokojna noc, bo wiatr i porywane przez niego przedmioty innych kamperowiczów czyniły sporo hałasu. Rankiem wraz ze wschodem słońca ruszyliśmy dalej- w stronę Mołdawskiej granicy.

Praktyczne informacje i przydatne linki: