Nomadestales blog

Miesiąc: sierpień 2026 Strona 1 z 2

Transalpina i Trasa Transfogarska- słynne drogi wysokogórskie w Rumunii

Transalpina

Transalpina (droga krajowa DN67C) to najwyżej położona i jedna z najbardziej malowniczych tras samochodowych w Rumunii. W najwyższym punkcie, na przełęczy Urdele, osiąga wysokość 2145 m n.p.m. Jest otwarta sezonowo i zimą zwykle jest nieprzejezdna, ale w sezonie letnim jest dostępna dla wszystkich przeciętnych aut.

W całości jest asfaltowa, dość dobrze utrzymana, choć oczywiście kręta i miejscami stroma. Wymaga jednak pewnego doświadczenia od kierowców, jest bowiem naprawdę popularna i ruch na niej jest duży. Zdarza się, że inni turyści zatrzymują się na środku pasa jezdni- aby podziwiać widoki czy zrobić zdjęcie, nie bardzo przejmując się panującym ruchem i blokowaniem przejazdu. Czasem zdarzała się więc konieczność zatrzymania się i ruszania w najbardziej niedogodnych miejscach- na naprawdę stromych podjazdach i serpentynach.

Początkowe, niżej położone fragmenty trasy, wiodące przez lasy, to miejsce licznie zamieszkane przez niedźwiedzie. Można zobaczyć przy drodze ich ślady czy odchody. W najwyższych partiach raczej już nie spotyka się niedźwiedzi, za to są tam wypasy owiec, można więc spotkać psy pasterskie.

Transalpina jest pięknie położona, roztacza się z niej widok na 360 stopni wokół. Otaczają ją rozległe góry i połoniny- doskonale nadaje się do fotografii i nagrań z drona. Niektórzy także wybierają się na noclegi w namiotach przy tej drodze (nocowanie na dziko w Rumunii nie jest zakazane). My zatrzymaliśmy się na przełęczy Urdele na krótki spacer na pobliską górę i punkty widokowe, jednak ze względu na kiepską pogodę przeszliśmy tylko fragment tej trasy.

  • Długość: 4,3km
  • Czas przejścia: 2h 10min
  • Trudność: łatwa do umiarkowanej

Trasa Transfogarska

Trasa Transfogarska (Transfăgărășan, droga krajowa DN7C) rozpoczyna się w okolicy cytadeli Poenari. To druga z najsłynniejszych i najbardziej malowniczych dróg górskich w Rumunii, łącząca Sybin z Pitești. Najwyższy punkt osiąga na przełęczy na wysokości 2042 m n.p.m., gdzie znajduje się najdłuższy w Rumunii tunel (884 m) przebity pod górą Paltinul / Capra. Najbardziej widowiskowy jest północny odcinek z imponującymi serpentynami i wysokimi, kamiennymi mostami oraz jezioro i wodospad Bâlea leżące tuż przy tunelu w najwyższym punkcie trasy.

Trasa Transfogarska słynie z dużej ilości niedźwiedzi, które przechadzają się lub leżą często przy samej drodze. Oczywiście nie powinno się zatrzymywać samochodu, a już bezwzględnie zakazane jest wysiadanie z auta i próby dokarmiania czy fotografowania zwierząt z bliska.

Niestety większość turystów nie przestrzega tych zasad. Dokarmianie niedźwiedzi prowadzi do ich oswajania się z człowiekiem i zwiększonej obecności w tej okolicy. Odnotowano wiele wypadków, również śmiertelnych, wśród turystów podchodzących zbyt blisko zwierząt, aby zrobić sobie z nimi zdjęcia. Normą wśród przyjezdnych jest również zatrzymywanie się wielu samochodów, gdy jakiś niedźwiedź pojawi się przy samej drodze- to także powoduje niebezpieczeństwo. My sami podczas przejazdu trasą Transfogarską 8 razy widzieliśmy niedźwiedzie, przy czym dwa razy były to matki z młodymi. Staraliśmy się jedynie jechać powoli i ostrożnie, nie zatrzymując się i nie utrudniając ruchu na tyle, na ile było to możliwe.

Planowaliśmy nocować niedaleko początku szlaku na Moldoveanu, najwyższego szczytu Rumunii i całych Karpat, który zamierzaliśmy zdobyć kolejnego dnia. Już po drodze widać było jednak zmianę w pogodzie- nastąpiło dość gwałtowne załamanie pogody, a prognozy zmieniły się o 180 stopni. Przez następne dwa dni nie widać było szans na poprawę i możliwość bezpiecznej wędrówki. Przez jakiś czas czekaliśmy w samochodzie na parkingu, ale gdy pioruny i grzmoty zaczęły huczeć nad nami wysoko w górach, postanowiliśmy poszukać awaryjnego noclegu w Braszowie.

Z widokowych serpentyn w górach zjeżdżaliśmy niestety w ulewie i ze słabą widocznością. Dodatkowo, w drodze do Braszowa zastała nas ciemność i warunki do jazdy były naprawdę trudne. Mimo wszystko, trasa Transfogarska zrobiła na nas fenomenalne wrażenie, podobała nam się dużo bardziej, niż Transalpina. Ogromne wrażenie zrobiło na nas także zobaczenie na żywo niedźwiedzi w tak bliskiej odległości, nawet zza szyb auta było to niezapomniane przeżycie. Żałujemy jedynie, że nie mogliśmy się nacieszyć górskimi widokami w ładniejszej pogodzie i musieliśmy wracać bez wyjścia na szlaki w górach.

Praktyczne informacje i przydatne linki:

  • parking na przełęczy Urdele: 45.365253, 23.650246 (darmowy)
  • parking przy punkcie widokowym pod Moldoveanu: 45.584838, 24.637197 (darmowy)

Fundătura Ponorului- wioska zapomniana przez cywilizację

Fundătura Ponorului to mała wioska w górach Rumunii, która zdaje się być zapomniana przez cywilizację. Bez drogi dojazdowej, bez bieżącej wody, kanalizacji czy prądu. Z małymi, drewnianymi domkami, pełna zwierząt gospodarskich, leży w niewielkiej dolinie niedaleko wioski Ohaba Ponor. Można się tu dostać czerwonym szlakiem z tej właśnie wsi, a trekking zajmuje około 2 godzin i wiedzie dość stromo pod górę. W wiosce zachowało się tylko kilka gospodarstw, a lokalni mieszkańcy żyją w rytmie natury. Turyści w poszukiwaniu 'prawdziwej’ starej Rumunii przyjeżdżają tu nocować pod namiotem i poznać życie tej małej osady.

  • Długość: 4,5km
  • Czas przejścia: 2h
  • Trudność: umiarkowana

Zaparkowaliśmy auto na niewielkim parkingu przy końcu drogi, przy garażach w wiosce Ohaba Ponor. Stamtąd czerwonym szlakiem ruszyliśmy w drogę, mijając po drodze kilka tablic ostrzegających przed niedźwiedziami i płoty zabezpieczone drutem kolczastym. Szykowaliśmy się na nocleg w wiosce, mieliśmy więc ze sobą duże plecaki ze sprzętem kempingowym i trochę suchego prowiantu na kolację i śniadanie. Temperatura dawała się we znaki- było około 36-38 stopni, a szlak wiódł dość ostro pod górę. Miejscami wchodził w las, miejscami natomiast wiódł po otwartej przestrzeni, gdzie popołudniowe słońce świeciło jeszcze dość wysoko.

Po drodze do wioski spotkała nas dosyć nietypowa sytuacja. Para młodych Rumunów rozmawiała w swoim języku z pewną starszą panią, jak się później okazało, mieszkanką wioski. Odezwali się do nas po angielsku, widząc nasze plecaki, z pytaniem o nasze plany na wieczór i nocleg. Odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą, że planujemy zostać w wiosce na noc pod namiotem. Po krótkiej wymianie zdań, para w imieniu starszej pani zaprosiła nas do niej. Mieliśmy nocować na jej podwórku, chronieni przed niedźwiedziami, ale i przed psami pasterskimi, które w tym rejonie w obronie swojego stada potrafią być wyjątkowo niebezpieczne. Początkowo byliśmy nieco onieśmieleni, bo nie mieliśmy się czym odwdzięczyć za pobyt, a gospodyni nie chciała od nas żadnych pieniędzy. Była jednak bardzo otwarta i miła -zaciekawieni, chętnie zgodziliśmy się na tą propozycję i dalej poszliśmy już razem z naszą nową gospodynią.

Mieszkanka wioski dziarskim krokiem poprowadziła nas do osady i do swojego gospodarstwa. Aby do niego dotrzeć, trzeba było przejść przez teren sąsiedniego gospodarstwa. Terenu pilnował pies pasterski- jak wspomnieliśmy, są one tutaj dla obrony przed dzikimi zwierzętami a mieszkańcy posługują się drewnianymi kijami, aby je tresować i w razie potrzeby odgonić. Nam wydało się to nieco smutne, gdy zobaczyliśmy reakcję wielkiego psa na trzymany przez gospodynię kij, jednak tutaj uznawane to było za normalne i stosowane od pokoleń. Z kolei pies naszej gospodyni okazał się łagodny i przyjacielski pomimo groźnego wyglądu.

Gospodyni zaprosiła nas do swojego domu- poczęstowała nas napojem i próbowała pokazać, jak mieszka. Dogadywaliśmy się na migi- pani nie znała angielskiego. Chwilę posiedzieliśmy u niej- w środku było wyjątkowo chłodno, pomimo upalnego dnia. Poszliśmy rozstawić namiot na polu i przejść się po okolicy.

Przez wioskę płynie strumień- nie nadaje się jako źródło wody pitnej, ale mogliśmy się w nim nieco odświeżyć po gorącym i męczącym dniu. Aby do niego dojść, trzeba przejść przez kilka pól i pastwisk, co stanowi tutaj pewne wyzwanie. Tereny były poodgradzane drutem kolczastym, i żeby przedostawać się w kolejne miejsca, trzeba było przechodzić po czymś w rodzaju chybotliwego schodka/ławki nad takimi płotami. W wiosce pasło się wiele krów i trochę koni, a klimat był naprawdę sielski. Po powrocie do gospodarstwa okazało się, że ciekawskie krówki wylizały nasz namiot stojący na ich polu- cały był pokryty śladami śliny. Jednak więcej się nim nie interesowały i chodziły sobie spokojnie wokół nas.

Gdy gospodyni nas zobaczyła, zawołała nas jeszcze na chwilę i pokazała gestem, gdzie ma drewniany wychodek a następnie mały zbiornik, gdzie trzyma wodę pitną. Prawdopodobnie była to deszczówka, ale wydawała się czysta. Nieco ryzykownie postanowiliśmy zaufać gospodyni i nabraliśmy trochę wody- okazała się przyjemnie chłodna i nie mieliśmy po niej żadnych problemów. Chwilę później dostaliśmy jeszcze od gospodyni wielki kawał białego sera i wiaderko mleka prosto od krowy, jeszcze ciepłego. Przyniosła nam też dwie gruszki i garstkę pomidorów. Było nam głupio, bo zupełnie nie mieliśmy nic, czym moglibyśmy się jej odwdzięczyć. Podziękowaliśmy serdecznie i zjedliśmy jej dary na kolację, część mleka przelewając do butelki po wodzie.

Dając nam biały ser gospodyni przekazała nam, częściowo na migi, że jej pies jest wyjątkowo łasy na ser i aby trzymać go z dala od psa. Pokazała nam swój drewniany kij i poprosiła, aby absolutnie nie bić nim psa, ale użyć do odgonienia go, jeśli byłby wyjątkowo natrętny. Na szczęście nie mieliśmy potrzeby używania kija, jednak zgodnie ze słowami staruszki, pies od razu przyleciał do nas, gdy poczuł zapach świeżego sera i kręcił się wokół, dopóki nie zjedliśmy go aż do ostatniego kęsa.

Nadszedł zmrok, a wraz z nim koniec dnia dla mieszkańców wioski. Dymy w kominach powoli znikały. Nastanie ciemności na zewnątrz kończyło tutaj rytm dnia i zapowiadało nadejście nocy i odpoczynku. Tylko w jednym z domów paliło się nikłe światło, być może z lampki solarnej- wioska nie miała dostępu do prądu. Gdy całkowicie się ściemniło, na niebie zaczęły pojawiać się niezliczone ilości gwiazd. Byliśmy z dala od cywilizacji i oświetlonych miast, a więc nic nie przeszkadzało nam w oglądaniu nocnego nieba. Staliśmy na zewnątrz i oglądaliśmy gwiazdy dopóki nie zrobiło się na tyle zimno, że trzeba było schować się w namiocie i ciepłych śpiworach.

Minęła dość chłodna i wilgotna noc, a rano wioska spowita była gęstą mgłą. Po zwinięciu namiotu i krótkim pożegnaniu, zarówno z właścicielką jak i jej przyjaznym psiakiem, ruszyliśmy w drogę powrotną. Powietrze szybko się nagrzewało i wkrótce znów zrobiło się gorąco. Ukojeniem było mleko z poprzedniego dnia, schłodzone w nocy w butelce. Z przyjemnością i ciepłymi wspomnieniami wróciliśmy z powrotem na parking.

Praktyczne informacje i przydatne linki:

  • parking w Ohaba Ponor: 45.534790, 23.141221 (darmowy przy garażach, mało miejsc)
  • szlak do wioski Fundătura Ponorului: https://mapy.com/s/nohebeloko

Zamki Transylwanii- Hunedoara, Rasnov, Bran, cytadela Poenari

Nie jest to kolejny wpis o zwiedzaniu Rumunii „śladami Draculi”, ponieważ te zamki mają w rzeczywistości niewiele z nim wspólnego. Jednak są bardzo ciekawe i warto poświęcić im czas, będąc w Transylwanii.

Zamek Hunedoara- Castelul Corvinilor

To jeden z najsłynniejszych zamków Transylwanii, a także jeden z bardziej znanych w Europie. Zamek jest pozostałością po rodzie Corvin i symbolen węgierskiego panowania na tych obszarach. Co ciekawe, na terenie zamku kręcono filmy „Prawdziwe życie Draculi” z 1979 r., czy „Michał Waleczny” z 1970 r., przez co zaczął być kojarzony z hrabią Draculą.

Zwiedzanie zamku rozpoczyna się od zakupu biletów w kasie, do której ustawiła się spora kolejka. Ponownie kupienie biletów online pozwoliło nam ją ominąć. Zamek zwiedza się samodzielnie, a numery i tablice informacyjne są rozrzucone dosyć chaotycznie, przez co zwiedzający czasem kręcą się w nieładzie z miejsca na miejsce. Jednak pomimo tego małego braku organizacji, zamek jest piękny i zdecydowanie wart odwiedzenia.

Większość sal w zamku urządzona jest raczej minimalistycznie, tylko w niektórych miejscach umieszczono wystawy muzealne, a spora część pomieszczeń pozostaje pusta. Niestety w czasie naszej wizyty najbardziej okazała wieża zamkowa była w trakcie remontu, na zdjęciach widać więc rusztowania i siatki, zamiast pięknej sylwetki zamku. Była również wyłączona ze zwiedzania na czas prac remontowych.

Zamek Rasnov

Zamek w Rasnovie był tzw. zamkiem chłopskim. Wybudowali go Krzyżacy, ale po ich wygnaniu zamek przejęły okoliczne gminy chłopskie. Zamek był rozbudowywany i umacniany i dopiero po około 300 latach został zdobyty przez księcia Gabriela Batorego w 1612 roku. Przez kolejne stulecia przetrwał wiele oblężeń, aż w końcu został zniszczony przez trzęsienie ziemi w 1802 roku i od tamtego czasu pozostaje ruiną.

Częściowo wnętrze zamku zostało odrestaurowane, ale obecnie nie jest możliwe jego zwiedzanie wewnątrz budynku. Można jedynie obejrzeć mury i dziedziniec zamku z niewielkiej wieży. Na głównym dziedzińcu widoczne są stoiska i sklepiki z tandetnymi pamiątkami. Czasem na terenie zamku kręcone są sceny do filmów lub organizowane bywają festyny i rekonstrukcje historyczne. Ogólnie jednak zamek pozostaje niezagospodarowany i jego zwiedzanie zajmuje niewiele czasu. Będąc w okolicy Rasnova warto jednak poświęcić chwilę na odwiedzenie zamku, może to być również opcja na zagospodarowanie czasu w deszczowy dzień, tak jak w naszym przypadku.

Zamek Bran

Znany i reklamowany jako siedziba hrabiego Draculi jest chyba najpopularniejszym miejscem w całej Rumunii. Od razu należy zaznaczyć fakt, że Vlad Palovnik, na którym wzorowana jest postać Draculi, nigdy nie władał zamkiem Bran, a prawdopodobnie nawet w nim nie przebywał. Zamek ten jest wizualnie podobny do siedziby hrabiego przedstawionej w powieści, dlatego dla celów komercyjnych został okrzyknięty zamkiem Draculi, co z prawdą ma niewiele wspólnego. Przed zamkiem faktycznie znajdziemy mnóstwo straganów z wizerunkiem słynnego wampira na wszelkich możliwych przedmiotach- od maskotek, przez koszulki, figurki i wszelkie możliwe zabawki. Tandetne targowisko z wampirzymi pamiątkami nie wywiera najlepszego wrażenia. Na szczęście sam zamek urządzony jest w historycznym stylu, wewnątrz budowli nie spotkamy już żadnych nawiązań do postaci Draculi ani sklepików z pamiątkami.

Zwiedzanie zamku Bran odbywa się samodzielnie, zgodnie z wytyczoną trasą. Sama budowla jest malutka, ale bardzo urokliwa. Zamek posiada przepiękny dziedziniec, a wnętrza są urządzone bardzo stylowo. Sale są pełne wyposażenia i mebli z epoki, a sam budynek jest chyba najpiękniejszym, jaki mieliśmy okazję zwiedzać. Zrobił na nas naprawdę świetne wrażenie.

Aby uniknąć tłumów i utrudnień w tym popularnym miejscu, polecamy przyjechać na zwiedzanie zamku chwilę przed otwarciem. My zaparkowaliśmy kawałek dalej, jednak w uliczkach najbliżej zamku widać już było samochody krążące w poszukiwaniu niewielu wolnych miejsc. Pod samym wejściem do zamku ustawiła się niewielka kolejka, jednak gdy kończyliśmy zwiedzanie niecałą godzinę później, kolejka ta ciągnęła się aż do podnóża zamku i straganów w miasteczku. Zwiedzając zamek zaraz po otwarciu można liczyć na normalne tempo poruszania się po budowli, co więcej- o tej godzinie droższe bilety „fast entrance” nie dawały żadnej przewagi nad naszymi zwykłymi biletami, wchodziliśmy do zamku jednocześnie. Być może o późniejszej porze różnica jest już widoczna, gdy do wejścia ustawi się kolejka, która zdaje się nie mieć końca. Malutkie miasteczko Bran staje się niezwykle ruchliwe, ciasne i zatłoczone przez ogromne ilości turystów, które odwiedzają je codziennie w sezonie. Skromna infrastruktura miasta zdaje się nie nadążać za ilością chętnych do odwiedzenia miasta i zamku.

Cytadela Poenari

W przeciwieństwie do zamku Bran, cytadela Poenari była w rzeczywistości siedzibą Vlada Palovnika. Zamek, ze względu na swoje położenie, był fortecą bardzo trudną do zdobycia, w czym władca dostrzegł potencjał i obrał go na jedną ze swoich głównych siedzib. Cytadela położona jest na wysokim wzgórzu, otoczona rzeką i słynną trasą Transfogarską.

Od XIX wieku cytadela jest częściową ruiną, obecnie jest udostępniona do zwiedzania, a prowadzi do niej 1480 schodów. Zwiedzanie cytadeli może prowadzić do pewnych nieścisłości- teoretycznie wejścia są organizowane co 2 godziny w większych grupach, z uwagi na ochronę przed niedźwiedziami, które w tej okolicy występują bardzo licznie. W rzeczywistości jednak nie spotkaliśmy żadnej zorganizowanej grupy, turyści wchodzili na teren cytadeli samodzielnie, a bilety kupowało się dopiero na szczycie schodów u stóp budowli.

Wejście od samego podnóża góry do Cytadeli na szczycie jest dość wymagające i męczące, zwłaszcza w upalne dni. Do pokonania mamy bowiem całe wzgórze, po dość stromych schodach. Po drodze ani w samej cytadeli nie ma żadnej infrastruktury, a jedyną 'atrakcją’ są dwa manekiny nabite na pale, mające odnosić się do historii Vlada Palovnika.

Cytadela Poenari to doskonały punkt widokowy na Trasę Transfogarską, która rozciąga się u podnóża góry. Można podziwiać słynne serpentyny i kamienne mosty ukryte w gęstym lesie. Wzdłuż ścieżki i schodów ustawione są głośniki, z których leci muzyka i sygnały dźwiękowe- nie jest to przypadek. Hałas zniechęca do podchodzenia niedźwiedzie, których w tej okolicy jest bardzo dużo. Co jakiś czas daje się też usłyszeć syreny alarmowe- to służby hałasem rozganiają niedźwiedzie wdłuż pobliskiej słynnej szosy Transfogarskiej. Więcej o trasie Transfogarskiej przeczytacie w tym wpisie.

Praktyczne informacje i przydatne linki:

  • parking pod Zamkiem w Hunedoarze: 45.751977, 22.888960 (płatny w automacie)
  • bilety do zamku Hunedoara: https://corvincastle.ro/
  • parking pod zamkiem Rasnov: 45.588940, 25.477253 (płatny, najlepiej w gotówce)
  • bilety do zamku Rasnov: do kupienia na wejściu, najlepiej gotówką
  • parking pod zamkiem Bran (nie bezpośrednio pod zamkiem, ale zwykle jest szansa na wolne miejsce parkingowe): 45.517883, 25.366469 (płatny, najlepiej w gotówce w budce na parkingu)
  • bilety do zamku Bran: można kupić w automacie lub na stronie https://bran-castle.com/pages/tickets; polecamy zwykły standardowy bilet (oprowadzanie i fast line w przypadku droższych biletów niewiele się różnią od samodzielnego zwiedzania)
  • parking pod cytadelą Poenari: 45.349763, 24.633181 (przy drodze, darmowy)
  • bilety do Cytadeli Poenari: do kupienia na miejscu, gotówką lub kartą; obowiązują godziny wejść jednak nie zawsze są przestrzegane;

Kluż- Napoka- pierwszy dzień w Transylwanii

Co zobaczyć w Kluż- Napoce? Północna Transylwania i początek zwiedzania Rumunii

Kluż- Napoka to drugie co do wielkości miasto Rumunii i nieformalna stolica Transylwanii. Jest jednym z częściej odwiedzanych miasteczek- my także postanowiliśmy w Kluż rozpocząć nasze zwiedzanie Rumunii.

Z Krakowa wyjechaliśmy wcześnie rano- około 5 już byliśmy w samochodzie. Szybkie tankowanie zaliczyliśmy jeszcze w mieście i pomknęliśmy w kierunku słynnej ‘zakopianki’, mając nadzieję na jej pokonanie w jak najmniejszym ruchu.  Jak na tak wczesną porę, ruch i tak był spory, ale do granicy ze Słowacją dojechaliśmy planowo. Tam oczywiście przez krótki odcinek jechaliśmy górskimi miejscowościami, w których powoli turyści rozpoczynali swoje wakacje. Nie minęło jednak dużo czasu, nim znaleźliśmy się przy granicy węgierskiej. Niemalże przez całe Węgry przejechaliśmy drogami ekspresowymi, dzięki czemu trasa nie była nad wyraz męcząca. We znaki zaczęła nam się dawać wysoka temperatura, słońce świeciło ostro przez szyby i mimo klimatyzacji czuliśmy narastający upał.

Granicę z Rumunią przekroczyliśmy bez żadnych utrudnień, i wbrew naszym obawom, do samej Kluż- Napoki dojechaliśmy sprawnie i bez opóźnień- drogą krajową o dość dobrze utrzymanej nawierzchni, choć momentami krętą i ruchliwą. Na miejscu byliśmy około 15 lokalnego czasu, po około 9 godzinach drogi od Krakowa. Lokalizacja naszego noclegu była dość wygodnie położona- blisko marketu, bez wjeżdżania do ścisłego centrum. Zrobiliśmy zakupy i zameldowaliśmy się w mieszkaniu. Niezwykle miło zaskoczył nas gest od gospodarzy, którzy pozostawili nam w lodówce schłodzone piwo. Nie ma nic bardziej kojącego po długiej podróży w tak skwarny dzień! Chcieliśmy jeszcze tego samego dnia zobaczyć miasto i wyjść na kolację, więc szybko odświeżyliśmy się po podróży i byliśmy gotowi do drogi.

Zaskoczył nas fakt, że późnym popołudniem, w drugim co do wielkości mieście Rumunii, uliczki, place i parki wydawały się wręcz opustoszałe! Spotkaliśmy niewielu turystów, niezbyt dużo osób siedziało w kawiarnianych ogródkach czy spacerowało po mieście. Słyszeliśmy, że mieszkańcy lubią czas wolny spędzać poza miastem- najwyraźniej faktycznie tak było, ponieważ miasto wydawało nam się wyludnione. Odwiedziliśmy je w czasie długiego weekendu sierpniowego, a 15.08 w Rumunii jest świętem i dniem wolnym od pracy- byliśmy ciekawi, czy następnego dnia na szlakach zobaczymy równie mało ludzi, czy jednak tereny zielone okażą się miejscem spędzania weekendów przez Rumunów.

Pospacerowaliśmy po mieście- urzekało kilkoma pięknymi budowlami, brukowanymi uliczkami czy też kilkoma niskimi, kolorowymi domkami. Jednak znaczną część miasta stanowiły podniszczone domy i kamienice, budynki urzędowe, szkoły czy bloki mieszkalne wyglądały raczej nieciekawie, miejscami nawet brzydko. Miasteczko ma swój specyficzny charakter, można tu poczuć charakterystyczny klimat Rumunii.

Po spacerze skierowaliśmy się w stronę restauracji Roata- to miejsce było nam polecane przez gospodarzy naszego mieszkania. Chcieliśmy spróbować lokalnych przysmaków, więc zamówiliśmy „Roata” Hot Platter- dużą deskę z mieszanką różnych mięs i dań miejscowej kuchni. Znalazły się tam wędzone i pieczone mięsa i kiełbaski, ale także tradycyjne sarmale (porównywalne do naszych gołąbków) czy gęsta mamałyga. W dodatku podane na pięknych, kolorowych talerzach wraz z kieliszkiem tradycyjnej nalewki. O ile kobietom serwowano pyszną, słodką nalewkę wiśniową, o tyle mężczyźni częstowani byli o wiele mocniejszym, ostrzejszym napitkiem. Był to prawdopodobnie rodzaj bimbru lub śliwowicy, bardzo ostry w smaku i prawdopodobnie o wysokiej zawartości alkoholu. Wyjątkowo ciekawe były sarmale i podana z nimi kwaśna kapusta, ale całość była równie pyszna.

Po kolacji wróciliśmy do mieszkania, aby naszykować się na kolejny dzień, wykąpać i odpocząć. Po długim dniu zasnęliśmy niemal natychmiast.

Praktyczne informacje i przydatne linki:

Salina Turda- słynna kopalnia soli w Rumunii

Na miejsce dojechaliśmy chwilkę po otwarciu, około 9.15 (kopalnia otwiera się o 9). Parking był jeszcze dość pusty, ale bardzo szybko się zapełniał, a przed drzwiami ujrzeliśmy sporą kolejkę do kasy biletowej. Na szczęście wcześniej kupiliśmy bilety online, dzięki czemu mogliśmy ominąć kolejkę i jako jedne z pierwszych osób rozpocząć zwiedzanie. Polecamy zwiedzać kopalnię Salina Turda z samego rana- jest to bardzo popularne miejsce i o późniejszych godzinach wąskie korytarze kopalni robią się niezwykle tłoczne, co utrudnia poruszanie się i odbiera część uroku tego miejsca.

Kopalnię zwiedza się samodzielnie, ma ona kilka poziomów i kilka większych sal. Na ścianach pięknie malują się wzory, które sól tworzy w skałach, a na dnie kopalni znajduje się jezioro, które można oglądać z najniższej sali.

Główna sala kopalni jest widziana z góry, a na jej dół można zjechać windą, do której ustawiają się ogromne kolejki, lub zejść po wąskich schodach. Schody są dwukierunkowe, co wymusza mijanie się osób idących do góry i w dół- jest to bardzo niewygodne, bo miejsca jest naprawdę mało. Nie rozumiemy, dlaczego nie zrobiono tutaj ruchu jednokierunkowego, bo schody znajdują się na obydwu końcach sali.

Główna sala, choć robi wrażenie swoją wielkością, nieco nas zawiodła swoim charakterem, który przypomina bardziej jarmark, niż muzeum, jaskinie i kopalnie. Na środku sali stoi wielki diabelski młyn, stoły bilardowe i mnóstwo kiosków z pamiątkami- według nas takie atrakcje psują wizerunek tego miejsca. Mimo tego, kopalnia cieszy się ogromną popularnością wśród turystów.

Podczas zwiedzania istotne jest, żeby zwrócić uwagę na to, aby wyjść tym samym wyjściem, którym się weszło. Inaczej, żeby wrócić do punktu wejścia, trzeba nadłożyć parę kilometrów w drodze powrotnej.

Dość pospieszne zwiedzanie kopalni zajęło nam w sumie około godziny i pod koniec właściwie przestało być przyjemne, gdy trzeba było przeciskać się między ludźmi. Gdy podchodziliśmy do wyjścia, zebrał się tam taki tłum, że obsługa musiała wymóc na czekających zrobienie przejścia dla osób opuszczających teren. Samochody były kierowane na odległe parkingi, bo te najbliższe były już zapełnione. Dlatego stanowczo sugerujemy zwiedzanie tuż po otwarciu 🙂

Praktyczne informacje i przydatne linki:

  • parking pod Salina Turda: 46.588371, 23.787447 (płatny w automacie)
  • strona www kopalni, na której można kupić bilety online: https://bilete.salinaturda.eu/

Transylwania- wąwóz Cheile Turzi w Rumunii

Wyruszyliśmy z mieszkania wcześnie rano, aby na szlaku w Cheile Turzi pojawić się wraz z nastaniem dnia. Jednak niepotrzebnie zrywaliśmy się aż tak wcześnie, ponieważ w sierpniu dzień wstawał tu sporo później, niż w Polsce- dopiero około 6.10 zrobiło się na tyle jasno, byśmy bezpiecznie mogli przemierzać zacieniony wąwóz. Przeczekaliśmy chwilę na parkingu, dopóki nie zrobiło się dostatecznie jasno. Przy okazji zauważyliśmy, że w tym miejscu sporo osób korzystało z dostępu do wody i dużego, płaskiego terenu, który świetnie nadaje się na nocleg w namiocie czy camperze, a w dodatku jest darmowy.

Szlak na Cheile Turzi

  • Długość: 6,1 km
  • Czas przejścia: 2h 40min
  • Trudność: umiarkowana

Chwilę po 6 weszliśmy na szlak, który początkowo wiedzie chłodnym i zacienionym kanionem wśród lasu i zarośli. Jego dnem płynie rzeka, która niestety kolorem i czystością znacznie odbiega od znanych nam górskich potoków- przypomina raczej brązowy ciek wodny, niż strumień. Odradzamy stanowczo korzystanie z takiej wody do picia! W całej Rumunii zalecane jest korzystanie z wody butelkowanej, ewentualnie uzdatnianie i filtrowanie wody z ujęć naturalnych, i niestety musimy się zgodzić, że w wielu miejscach było to konieczne.

Szlak kluczył z jednej na drugą stronę rzeki, a więc co chwilę musieliśmy pokonywać mosty, które pozostawiały wiele do życzenia w kwestii bezpieczeństwa. Większość desek była popękana, część dziurawa i w kompletnej rozsypce, a całe mosty chybotały się na wszystkie strony. Po kilku przejściach przestało to na nas robić wrażenie, ale zawsze jednak pozostawiało dozę niepewności i odrobinę adrenaliny.

Ścieżka prowadziła czasem po skałach i kamieniach, mocno wyślizganych i wymagających nieco uwagi przy przejściu. Najwęższe miejsca zostały zabezpieczone barierkami czy łańcuchem przy skale, jednak cały szlak należał raczej do tych prostych i niewymagających. Pod koniec szlaku, aby dojść do punktów widokowych i jaskini Pestera Ungurească, trzeba było wspiąć się dość stromą i wąską ścieżką po bocznej ścianie wąwozu. Gdy stanęliśmy ponad granicą lasu, naszym oczom ukazały się złote promienie wschodzącego słońca- ależ był to piękny widok!

Obejrzeliśmy jaskinię Pestera Ungurească- jest to mała ciekawostka, ponieważ to jaskinia wspinaczkowa. Całe ściany i strop pokryte są pinami i punktami dla wspinaczy, a na podłodze leżą materace.

Tą samą drogą przez wąwóz wróciliśmy na parking. Tego dnia zwiedzaliśmy jeszcze kopalnię soli Salina Turda (wpis) i zamek Hunedoara (wpis) oraz poszliśmy na trekking do wioski Fundătura Ponorului (wpis).

Praktyczne informacje i przydatne linki:

Ile kosztowało nas 14 dni w Skandynawii?

Koszty podróży do Szwecji i Norwegii- planowanie wydatków

Za 14 dni w Skandynawii dla dwóch osób wydaliśmy łącznie około 6535 zł. To dużo czy mało, co kosztowało najwięcej i jak zaplanowaliśmy wydatki w tej podróży? Już odpowiadamy.

Nie mieliśmy ściśle ustalonego budżetu, ale od początku zakładaliśmy jedno: wydajemy jak najmniej tam, gdzie się da – bez rezygnowania z jakości i bezpieczeństwa. Wydatki ograniczaliśmy przede wszystkim na noclegach i jedzeniu, które mogłyby znacząco podnieść koszt całej wyprawy.

Zrezygnowaliśmy z hosteli i pensjonatów – w Skandynawii ceny takich noclegów bywają zaporowe. Campingi są nieco tańsze, ale często dolicza się opłaty za parking, prysznic, dostęp do prądu czy kuchni. Na szczęście, dzięki prawu Allemansrätten, mogliśmy nocować legalnie i za darmo w naturze, co pozwoliło znacząco ograniczyć koszty.

Jednym z największych wydatków jeszcze przed wyjazdem były bilety na przeprawę promową dla nas i samochodu. To koszt, którego nie mogliśmy uniknąć – ale wciąż wychodziło taniej niż loty, wynajem auta i kompletowanie całego sprzętu na miejscu. Zapewne najtańszym rozwiązaniem byłoby dotarcie do Skandynawii drogą lądową, ale to zależy od tego, jak blisko granicy mieszkacie i czy nie wiąże się to z nadłożeniem wielu kilometrów i czasu.

Podróż samochodem oznacza też stałe koszty związane z paliwem, parkingami, opłatami drogowymi oraz lokalnymi przeprawami promowymi – zwłaszcza w Norwegii. Wiedzieliśmy, jak długą trasę chcemy przejechać, więc mogliśmy oszacować potrzebną ilość paliwa i kwotę, jaką na to przeznaczymy. Już na etapie planowania było jasne, że to właśnie paliwo pochłonie największą część budżetu. Jeśli chodzi o płatne drogi – Norwegia i Szwecja nie mają winiet, ale korzystają z automatycznych systemów opłat (np. epass24), które naliczają koszty na podstawie numeru rejestracyjnego. W wielu przypadkach faktury przychodzą dopiero po powrocie do kraju. Ten sam system obejmuje większość lokalnych promów. Parkingi bywają płatne w większych miastach lub przy popularnych atrakcjach, ale niekiedy można znaleźć tańszą alternatywę kilkaset metrów dalej. Nie warto ryzykować mandatu lub odholowania auta – w Skandynawii ich koszty są naprawdę wysokie.

Większość sprzętu campingowego i turystycznego już posiadamy, dlatego nie liczyliśmy go do kosztów tej konkretnej wyprawy. Ale zdajemy sobie sprawę, że jeśli ktoś kompletuje wyposażenie od zera, może to być spory wydatek. Namiot, śpiwór, mata, kuchenka, plecak, porządna odzież techniczna – to wszystko kosztuje, ale traktujemy to jako inwestycję na lata, a nie jednorazowy zakup. My postawiliśmy na kompromis między jakością a ceną – i to polecamy również Wam.

Pod względem jedzenia przyjęliśmy strategię maksymalnej samowystarczalności. Większość produktów przywieźliśmy z Polski – konserwy, kasze, orzechy, płatki, suszone owoce, przekąski. Na miejscu planowaliśmy dokupować jedynie świeże pieczywo i ewentualne drobiazgi. Gotowaliśmy samodzielnie, korzystając z kuchenki turystycznej – prosto, tanio i efektywnie.

Nie zawsze tak wyglądały nasze wyjazdy – na przykład podczas podróży do Włoch niemal codziennie jedliśmy na mieście, rozkoszując się śródziemnomorską kuchnią. Pizza, owoce morza i kieliszek lokalnego wina to była czysta przyjemność, której nie żałowaliśmy. Ale Skandynawia to zupełnie inna historia – kraje północy nie słyną ze swojej kuchni, a restauracje są bardzo drogie. Tym razem postawiliśmy więc na funkcjonalność, oszczędność i elastyczność.

Nie planowaliśmy także intensywnego zwiedzania miast ani korzystania z wielu płatnych atrakcji. Skupiliśmy się przede wszystkim na naturze i trasach pieszych, które w większości są darmowe. Warto jednak mieć na uwadze, że wizyta w muzeach, centrach nauki, obiektach historycznych czy popularnych punktach widokowych (np. zorganizowanych platformach lub trasach z biletami wstępu) potrafi szybko podbić koszt wyjazdu – zwłaszcza jeśli takich miejsc planujecie kilka. W naszym przypadku te koszty były minimalne, ale jeśli planujecie bardziej „miejską” wersję podróży, koniecznie uwzględnijcie je w budżecie.

W ramach przygotowań wykupiliśmy również dobre ubezpieczenie turystyczne – na wypadek kontuzji, kradzieży, problemów zdrowotnych czy awarii. Na szczęście do tej pory nigdy nie musieliśmy z niego korzystać, ale to jeden z tych wydatków, który zdecydowanie warto ponieść. Gdy zdarzy się coś nieprzewidzianego, ostatnią rzeczą, o jakiej chce się wtedy myśleć, są koszty.

Szczegółowe koszty

Poniżej znajdziecie szczegółową rozpiskę wydatków, które ponieśliśmy podczas naszej 14-dniowej podróży po Skandynawii. Ujęliśmy tylko realne koszty związane z wyjazdem (bez uwzględniania sprzętu, który już posiadaliśmy).

Wszystkie kwoty podajemy dla dwóch osób – przy czym pamiętajcie, że wiele z tych wydatków zależy od stylu podróżowania i poziomu komfortu, jaki chcecie sobie zapewnić.

KategoriaKwota (PLN)Uwagi
Prom Polska – Szwecja (w obie strony)2 218 złPrzejazd dla 2 osób + samochód osobowy
Paliwo2 091 złOk. 6300 km, auto z silnikiem diesla, średnie spalanie 4.6l/100km
Jedzenie613 złNiemal wszystkie produkty z Polski, na miejscu tylko świeże pieczywo
Ubezpieczenie podróżne157 złPolisa obejmująca cały wyjazd
Noclegi0 złTylko noclegi “na dziko” – żadnych opłat
Parkingi474 złGłównie w miastach lub przy atrakcjach turystycznych
Opłaty drogowe296 złDotyczy tylko dróg norweskich
Lokalne przeprawy promowe153 zł3 przeprawy promowe: Lødingen -> Bognes, Ferry Pier -> Eidsdal Ferjekai, Mannheller ferjekai -> Fodnes ferjekai
Płatne atrakcje173 złTylko wejściówki do Muzeum Vasa
Komunikacja miejska339 złDwa 24-h bilety na trasie Sztokholm-Kopenhaga, cztery 70 minutowe bilety po Sztokholmie i dwa 24 godzinne bilety po Oslo
Płatne toalety21 zł3 takie punkty na Lofotach
Razem:6 535 zł

Ile kosztuje paliwo w Skandynawii?

Najwięcej zapłaciliśmy na Lofotach i w Norwegii, a najtańszy olej tankowaliśmy w Szwecji. Średnie ceny są trochę wyższe, niż w Polsce, a dokładniejsze zestawienie spisaliśmy poniżej (stan na 2025 rok):

  • 16,59 sek w Jokkmokk w Szwecji (około 6,50zł)
  • 19,79 sek w Flen w Szwecji (około 7,70zł)
  • 21,09 nok w Svolvær na Lofotach (około 7,98zł)
  • 22,29 nok w Gudvangen w Norwegii (około 8,47zł)

Ceny potrafią się znacznie różnić w zależności od stacji. Najczęściej tankowaliśmy na międzynarodowym Circle K, spotkacie też Shell czy popularną w Skandynawii OKQ8. W większości stacji płatności dokonuje się w automacie przy dystrybutorach, tylko niektóre stacje są obsługowe.

Praktyczna rada:

W Skandynawii najwygodniej i najbezpieczniej płacić kartą – praktycznie wszędzie. My korzystaliśmy z karty Revolut, która pozwala płacić bezpośrednio w lokalnej walucie (SEK/NOK) bez dodatkowych prowizji i po bardzo korzystnym kursie. Wystarczy upewnić się, że płatność odbywa się w walucie kraju  – wówczas omijacie niekorzystne przewalutowanie. Gotówkę warto zabrać tylko symbolicznie – my nie użyliśmy jej ani razu.

Skandynawia w 2 tygodnie

Praktyczny przewodnik i lista atrakcji do zwiedzania: Szwecja, Lofoty i Norwegia w 14 dni

Jednym z najważniejszych powodów, dla których na dwutygodniową podróż wybraliśmy właśnie Skandynawię, było coś, co dla wielu pozostaje nieznanym pojęciem – Allemansrätten. To obowiązujące w Szwecji, Norwegii i Finlandii „prawo wszystkich ludzi”, które pozwala każdemu na swobodny kontakt z naturą. U jego podstaw leży piękna idea: człowiek jest częścią przyrody, a nie jej gościem. Może więc spacerować, biwakować, pływać, zbierać owoce leśne, podziwiać krajobrazy – bez ogrodzeń, zakazów i poczucia, że wchodzi na czyjś teren. W Szwecji prawo to zostało nawet wpisane do konstytucji, co tylko pokazuje, jak ważne jest dla mieszkańców Północy.

Dla nas – osób, które najlepiej czują się z plecakiem na grzbiecie, wśród gór i lasów – taka wolność to coś więcej niż ciekawostka. To marzenie spełnione. Możliwość rozbicia namiotu w pobliżu jeziora, kąpieli w dzikim morzu czy porannej kawy na samotnym wzgórzu – bez płotów, zakazów i tłumów – była jedną z najbardziej kuszących wizji, jakie mogliśmy sobie wyobrazić.

Gdy wyobraziliśmy sobie dwa tygodnie w namiocie, z dala od cywilizacji, wśród gór, lasów i jezior, z dostępem do niesamowitych tras trekkingowych — nie było już odwrotu. Wiedzieliśmy, że to musi być Skandynawia.

Każdą z poniższych atrakcji opisaliśmy szerzej w pojedynczych wpisach na blogu, zatem kierujcie się odnośnikami, jeśli chcecie przeczytać o nich więcej.

PLAN PODRÓŻY PO SKANDYNAWII

Dzień 1

  • nocny przejazd promem do Ystad (koniec rejsu ok 6 rano)
  • Ales Stenar -zabytkowy krąg kamieni ułożonych w kształcie łodzi, na wzgórzu, z widokiem na Morze Bałtyckie wpis
  • Kopenhaga wpis
  • Klasztor w Alvastrze – ruiny średniowiecznego klasztoru wpis

Dzień 2

  • Sztokholm wpis
  • dojazd do Parku Narodowego Skuleskogen i nocleg na plaży

Dzień 3

  • szlak w Parku Narodowym Skuleskogen wpis
  • przejazd pod Park Narodowy Sarek

Dzień 4

  • trekking na Skierfe w Parku Narodowym Sarek wpis

Dzień 5

  • powrót ze Skierfe w Parku Narodowym Sarek
  • przejazd do Parku Narodowego Abisko
  • trekking w Parku Narodowym Abisko wpis

Dzień 6

  • powrót ze szlaku w Abisko
  • przejazd na Lofoty
  • Djevelporten i Hoven wpis

Dzień 7

  • plaże Hauklandstranda, Uttakleiv, Kvalvika wpis
  • Reinebringen i miejscowość A wpis

Dzień 8

  • powrót z noclegu na plaży Kvalvika
  • przejazd do Lødingen
  • przejazd promem do Bognes
  • przejazd pod Park Narodowy Rago
  • szlak w Parku Narodowym Rago na wodospad Værivassfossen wpis

Dzień 9

  • przejazd w stronę południa Norwegii

Dzień 10

  • Rampestreken wpis
  • Droga Trolli
  • Geiranger fiord
  • Droga Śnieżna

Dzień 11

  • wodospady Rimstigen wpis
  • Preikestolen wpis

Dzień 12

Dzień 13

  • Oslo wpis
  • przejazd w stronę granicy ze Szwecją

Dzień 14

  • dojazd do Ystad
  • zwiedzanie Ystad wpis
  • wieczorny prom powrotny do Polski

Nasze wrażenia

Wyjazd do Skandynawii był najbardziej szczegółowo zaplanowanym, najtrudniejszym logistycznie ale i  najbardziej wymagającym fizycznie ze wszystkich wypraw, które do tej pory zrealizowaliśmy. Dlaczego było tak ciężko?

Przede wszystkim, wszelkie zaplanowane przez nas czynności zajmowały nam nieco dłużej, niż zakładaliśmy, bardzo mało planów udało nam się skrócić. To powodowało, że dziennie spaliśmy od 4 do 6 godzin- to zdecydowanie nie był czas pozwalający na pełną regenerację. Choć jesteśmy przyzwyczajeni do takiej ilości snu na wyprawach, to jednak spanie tak krótko codziennie, przez 14 dni z rzędu okazało się nie lada wyzwaniem. Potrzebne nam były krótkie drzemki w przerwach na trasie, a w drodze powrotnej niemal zaspaliśmy na promie. Osobom, które nie są przyzwyczajone do małej ilości snu, zdecydowanie polecamy wydłużyć czas wyjazdu i dodać sobie chociaż 2 dni, które pozwolą Wam na rozłożenie planów i lepszą regenerację.

Dodatkowo, pokonywaliśmy samochodem niemal codziennie spore odległości. Warto przeliczyć sobie, ile godzin dziennie jesteście w stanie komfortowo i bezpiecznie spędzić za kierownicą, i w razie potrzeby dostosować nasz plan do swoich możliwości. Nie wszyscy czują się dobrze większość dnia za kółkiem i to zupełnie normalne, że dla niektórych limitem będzie 4 czy 6 godzin. Warto wtedy dodać nieco więcej dni do planu, aby bezpiecznie go zrealizować. 

Pogoda zaskoczyła nas niezwykle pozytywnie- większość dni była słoneczna i ciepła. Noce natomiast były nad wyraz zimne- naprawdę warto zaopatrzyć się w dobrej jakości odzież termiczną i ciepły śpiwór. Duża różnica temperatur między dniem a nocą sprawiała, że odczucie zimna wieczorami było bardziej dotkliwe, natomiast rano szybko zdejmowaliśmy z siebie warstwy, zaskoczeni, jak szybko temperatura się podnosi. Różnica temperatur niestety sprawiała również, że kondensacja pary wodnej w nocy była ogromna, wilgoć osiadała na materiale namiotu, który rankiem był całkowicie mokry. Zwykle nie mieliśmy czasu, aby pozostać na miejscu jeszcze godzinę czy dwie i czekać na jego wyschnięcie. Zwijaliśmy go w stanie ociekającym, przez co ważył więcej i mógł zamoczyć inne rzeczy w plecaku. Warto mieć to na uwadze, planując pakowanie się w taką podróż.

To samo dotyczy samochodu- gdy temperatura na zewnątrz gwałtownie się obniża, para wodna osadza się na szybach i tapicerce. Warto zabrać ze sobą pochłaniacz wilgoci, jeśli planujecie spać w aucie choć część nocy. Dobrym rozwiązaniem będzie również uchylenie szyb, a żeby zabezpieczyć się przed owadami i opadami przydadzą się moskitiery i tzw owiewki osłaniające wlot okna przed deszczem. Z takim zestawem będzie Wam o wiele bardziej komfortowo- nam nieco brakowało tych rzeczy, gdy rano budziliśmy się z odczuciem wilgoci panującej wewnątrz auta. Na szczęście w trakcie dnia mieliśmy prawie zawsze możliwość wygrzania się w słońcu, dzięki czemu nocne niewygody nie doskwierały nam tak bardzo.

Jeśli już mowa o słońcu- koniecznie pamiętajcie o kremie z filtrem i nie zapominajcie o dłoniach, gdy nosicie długi rękaw! Dłonie są narażone na wiatr, wilgoć i słońce, zadbajcie o nie i smarujcie kremem regularnie.

Co nas zaskoczyło?

Skandynawia jest bardzo popularnym kierunkiem podróży, zwłaszcza dla motocyklistów czy vanlifers’ów, i faktycznie kraje północy są świetnie dopasowane do tego rodzaju podróży. Po raz pierwszy ‘zwiedzaliśmy’ okolicę zza szyb samochodu- na dalekich odległościach, w niezamieszkałej okolicy, wśród serpentyn górskich dróg- faktycznie była to dla nas przyjemność.

Obawialiśmy się nieco, że taki sposób oglądania krajobrazów okaże się nudny, jednak w okolicy, która jest bardzo duża, niezbyt zagospodarowana, to właśnie z auta można podziwiać teren wokół, jednocześnie przemieszczając się do swojego miejsca docelowego. Górskie drogi, wbrew wszelkim obawom, okazały się bardzo dobrze utrzymane- w większości gładkie, bez dziur, zwężeń, niebezpiecznych przeszkód czy wyjątkowo wąskich zakrętów. Oczywiście, jazda w terenach górskich musi być dostosowana do warunków- odpowiednia prędkość, uważność. Jednak jest to osiągalne dla każdego kierowcy i nie powinno stanowić problemu.

Infrastruktura drogowa taka jak przydrożne punkty odpoczynku czy toalety jest bardzo rozbudowana, nie trzeba długo szukać, by trafić w takie miejsca. Przed wyjazdem skrupulatnie zapisywaliśmy lokalizacje stacji benzynowych zaznaczonych na mapach google w terenach północnych, powyżej Kiruny w Szwecji oraz w na Lofotach i w północnej Norwegii. Przeczytaliśmy wiele opinii i artykułów mówiących o niedoborze stacji, więc obawiając się, że w którymś momencie zostaniemy z pustym bakiem, pilnowaliśmy ilości paliwa i zerkaliśmy na zapisane stacje, licząc, na ile wystarczą nam zapasy. Okazało się, że w rzeczywistości stacji było znacznie więcej, niż te zaznaczone na mapach google. Zupełnie niepotrzebnie stresowaliśmy się sprawą paliwa, bo naprawdę musielibyśmy się postarać, by dopuścić do sytuacji jego braku. Co kilkadziesiąt kilometrów, w prawie każdej większej miejscowości, spotykaliśmy różne stacje i dystrybutory. Nie wszystkie obsługowe, w większości nie dało się też zatankować LPG, jednak benzyna i diesel były wszędzie dostępne.

Nieco zaskoczyliśmy się również cenami, ponieważ słyszeliśmy straszące opinie o niezwykle wysokich cenach. Rzeczywistość okazała się nieco bardziej przystępna. Mówimy tu o produktach pierwszej potrzeby, spożywczych i higienicznych zakupach niezbędnych do życia. Zarówno podstawowa żywność, jak i zwykłe środki higieniczne kosztowały tylko trochę więcej, niż w Polsce. Bardzo drogie były za to wszelkie restauracje, bary- innymi słowy rozrywki, które można sobie odpuścić, chcąc zaoszczędzić. Jednak gotując samodzielnie, spokojnie można zredukować zapasy zabierane z kraju, jeśli macie czas i ochotę kupować je na miejscu- nie kosztują wcale majątku, jak przyjęło się u nas uważać. Jeśli chodzi o paliwo, to zauważalne były dość duże różnice w cenach na różnych stacjach, warto więc czasem zjechać z głównej drogi i poszukać najtańszej stacji w okolicy.

Opłaty i warunki drogowe

W Szwecji drogi są darmowe, ale już w Norwegii liczyliśmy się z obecnością płatnych dróg, tuneli i przepraw promowych. Wszystkie, przez które przejeżdżaliśmy, były podłączone do systemu epass24, dzięki czemu nie musieliśmy ani razu zatrzymywać się na bramkach czy płacić po drodze. Kamery odczytywały nasz numer rejestracyjny, który zarejestrowaliśmy wcześniej na stronie internetowej, a po czasie otrzymaliśmy faktury do opłacenia. Zaskoczył nas za to czas oczekiwania na fakturę za opłaty drogowe- płatność została pobrana dopiero ok 20 dnia miesiąca następującego po przejeździe! Czyli jeśli jedziecie w czerwcu, to opłata może zostać pobrana dopiero 20 lipca. To wygodne rozwiązanie i odbywa się bez naszego udziału, jeśli wcześniej zarejestrowało się kartę, ale warto pamiętać o tym wydatku, aby nie zaskoczył Was jakiś czas po powrocie. Zaskoczyła nas także w Norwegii ilość tuneli- pojawiały się praktycznie co chwilę. Stan dróg, mimo wymagających warunków atmosferycznych, był naprawdę bardzo dobry- drogi były świetnie utrzymane i bezpieczne, nawet jeśli dosyć wąskie czy kręte.

Po norweskiej stronie granicy turystów było zdecydowanie więcej niż po stronie szwedzkiej. Wielu z nich podróżowało camperami i vanami, a o miejsca na parkingach czy nawet przydrożnych „rest plece” było tu o wiele trudniej. Infrastruktura była jednak dobrze rozwinięta -spora ilość zatoczek, parkingów czy stacji benzynowych, co zazwyczaj pozwalało znaleźć dla siebie miejsce nawet przy większej ilości odwiedzających (i nawet na Lofotach- choć tam było to zdecydowanie trudniejsze).

Oslo w 1 dzień

Jak się dostać do Oslo?

W Oslo zaparkowaliśmy na bezpłatnym parkingu przy końcowej stacji metra. Metrem przejechaliśmy do centrum i tam rozpoczęliśmy zwiedzanie. Nie warto wjeżdżać do stolicy autem, ponieważ obowiązuje tam strefa niskiej emisji i opłaty za wjazd do miasta.

Najważniejsze atrakcje Oslo:

  • Opera w Oslo – ikoniczny budynek wznoszący się prosto z wody, dostępny także jako punkt widokowy
  • Vigelandsparken – największy na świecie park rzeźby jednego artysty
  • Muzeum Muncha – nowoczesne muzeum poświęcone twórczości Edvarda Muncha
  • Bygdøy – muzealna wyspa z muzeum Fram, Kon-Tiki i statkiem Wikingów
  • Karl Johans gate – główny deptak łączący dworzec z Pałacem Królewskim

Pierwszym punktem na trasie była Opera- nowoczesny, szklany budynek niemalże pozbawiony kątów prostych. Po pochyłych podestach na zewnątrz budynku można było wejść na dach Opery i stamtąd podziwiać panoramę miasta. Widok faktycznie robił wrażenie- z dachu budynku widać było zabudowę miasta i wody fiordu, port i statki, ale także promenadę i turystów spacerujących po chodnikach. Dzień był wyjątkowo upalny, więc tłumy mieszkańców i odwiedzających przechadzały się ulicami miasta, opalały przy promenadzie i kąpały w wodach portów i fontann.

Po stolicy Norwegii spodziewaliśmy się raczej surowego budownictwa, ale i uporządkowanej struktury miasta, oszczędności i czystości. Co nas zaskoczyło, to dość duża ilość śmieci na ulicach, wrażenie tłumu i chaosu. Nie przepadamy za zwiedzaniem miast, jednak chcieliśmy dać szansę każdemu z nich. O ile Kopenhaga miała swoje perełki, a Sztokholm naprawdę nam się podobał, o tyle Oslo nie zrobiło na nas zbyt pozytywnego wrażenia. Trzeba mu jednak przyznać, że potrafi świetnie wyglądać na zdjęciach i  być może przekona do siebie miłośników nowoczesności.

Zwiedziliśmy w Oslo twierdzę, kilka głównych ulic w okolicy promenady, okolice Opery, Teatru i park Vigelanda. Jego charakterystyczne rzeźby na pewno przykuwają wzrok, a park pełen był spacerowiczów. Na pewno fantastycznie będziemy wspominać lody śmietankowe zjedzone na promenadzie- były to najlepsze lody w naszym życiu! Gęste i pełne smaku prawdziwej śmietany, aromatyczne, jednym słowem świetne! Natomiast samo miasto nie zachwyciło nas niczym wyjątkowym.

Zwiedzanie Oslo zakończyliśmy powrotem metrem na parking. Upalna pogoda dodatkowo nie ułatwiała chodzenia po betonowej okolicy. Skierowaliśmy się w stronę granicy ze Szwecją, powoli kończąc naszą przygodę ze Skandynawią.

Praktyczne informacje i przydatne linki:

  • parking w Oslo: Bergkrystallen T-bane – Parkering, Bergkrystallen, 1155 Oslo, Norwegia, 59.866672, 10.821670 płatny przez EasyPark 6292 powyżej 16h, do tego czasu darmowy
  • trasa zwiedzania Oslo: https://maps.app.goo.gl/EWeEz97PriK37UUJ6

Lofoty w 3 dni

Co robić na Lofotach mając tylko 3 dni?

Oto nasza propozycja atrakcji i zwiedzania Lofotów, gdy macie do dyspozycji tylko 3 dni na miejscu. Oczywiście ta lista nie wyczerpuje możliwości zwiedzania archipelagu, ale daje dość niezły pogląd na trekkingi, architekturę i piękno Lofotów, zahaczając o najsłynniejsze miejsca, jak i te mniej znane atrakcje.

Szlak na Djevelporten:

  • Długość 3km
  • Czas przejścia: 2h 15min
  • Trudność: umiarkowana, kilka miejsc zabezpieczonych łańcuchem, dość strome i skaliste podejście

Djevelporten to głaz zawieszony między dwiema skałami- odważni mogą na nim stanąć. Z punktu widokowego znajdującego się tuż obok widać całą panoramę miasta i otaczających je wysp. Jest to mieszanka cywilizacji: obecności człowieka i surowego terenu w postaci ostrych skał wyrastających wprost z wody.

Sam szlak na punkt widokowy można podzielić na dwa etapy. Pierwszy z nich prowadzi po blisko 500 schodach wybudowanych przez… nepalskich szerpów! Stromy te są dość strome i eksponowane, ale nie wymagają żadnych technicznych umiejętności -wystarczy odrobina kondycji. Za schodami zaczyna się jednak fragment, który prowadzi po stromych a jednocześnie dość gładkich i wyślizganych przez tłumy odwiedzających skałach, które w czasie deszczu mogą być naprawdę niebezpieczne.

Svolvaer

Svolvaer to stolica i główne centrum archipelagu Lofotów. Jest to bardzo romantyczne miasteczko pełne kolorowych domków rybackich (obecnie wykorzystywanych głównie jako domki wakacyjne dla turystów). Znajdziecie tu wiele restauracji i kawiarenek, w których można spróbować lokalnych specjałów. Wyrastające wprost z Morza Norweskiego monumentalne góry otaczają całe miasteczko i robią ogromne wrażenie!

Szlak na Hoven:

  • Długość: 4,5km
  • Czas przejścia: 2h 10min
  • Trudność: umiarkowana, podejście bywa błotniste

Szlak teoretycznie był stosunkowo prosty i krótki. W praktyce rozpoczął się jednak sporym bagnem, które ciężko było ominąć. Później natomiast piął się pod górę, co i rusz zaskakując nas sypkimi kamieniami lub śliskim błotem. Gdy w końcu stanęliśmy na szczycie, widok wynagrodził nam trudy wędrówki. Przed nami roztaczał się widok 360 stopni na panoramę Lofotów. Z jednej strony ciemne morze i słońce chowające się już za górami, z drugiej podmokłe pastwiska i zabudowa domków mieszkalnych, a z kolejnej wysepki i skały wyrastające wprost z wody. Spędziliśmy na szczycie dłuższą chwilę, rozkoszując się tym widokiem.

Dokładniejszy opis naszego dnia 1 na Lofotach znajdziecie w tym wpisie.

Hauklandstranda- najpopularniejsza plaża

  • Długość: 8,5km
  • Czas przejścia: 2h 10 min
  • Trudność: łatwa

Wcześnie rano plaża była prawie w całości dla nas- wędrowcy jeszcze spali w namiotach licznie rozbitych na skraju plaży, a inni turyści jeszcze nie zdążyli się na niej zjawić. Parking jest płatny i wyposażony w toalety, kosze i ujęcie wody- to dobre miejsce na postój czy odświeżenie się. My skierowaliśmy się w stronę ścieżki, która prowadzi wzdłuż wybrzeża na drugą, mniejszą plażę Uttakleiv.

Już na początku ścieżki przywitało nas stadko owiec, które pojawiały się później przez całą drogę. To wyjątkowo urokliwy obrazek- owieczki na tle spiczastych skał i morza prezentowały się wręcz bajecznie. Szlak jest prosty, dostępny dla osób na wózkach czy dla dzieci. Prowadzi żwirową ścieżką właściwie bez przewyższeń, około 4 kilometrów w jedną stronę. Na końcu czeka nieco mniej popularna a zarazem mniej zatłoczona plaża Uttakleiv Strand. Obie plaże są bardzo urokliwie położone, a kolor wody w tej okolicy kojarzy się raczej z tropikami. Obydwie plaże są też fantastycznymi punktami do obserwacji zachodów słońca- są tu podobno wyjątkowo widowiskowe.

Reine- malownicza wioska rybacka

Reine to bardzo malownicza wioska rybacka licząca zaledwie około 300 mieszkańców, pełna kolorowych (głównie czerwonych) domków, położona tuż nad wodą, otoczona przez wysokie szczyty. Nad wioską znajduje się szczyt Reinebringen, z którego roztacza się widok zarówno na samą wioskę jak i krętą drogę łączące poszczególne wysepki archipelagu. Warto choć przez chwilę przespacerować się po miasteczku podziwiając okolicę.

Szlak na Reinebringen

  • Długość: 3,7km
  • Czas przejścia: 2h 30min
  • Trudność: umiarkowana ze sporą ekspozycją

Szlak prowadzący na szczyt Reinebringen wiedzie w całości po kamiennych schodach, które zbudowane zostały przez nepalskich szerpów. Schodów tych jest niemal 2 tysiące, a podróż na górę potrafi być męcząca, jednak widoki jakie się stamtąd roztaczają uważane są przez wielu za najpiękniejsze na całych Lofotach. Jest w tym ziarnko prawdy- widok ze szczytu rzeczywiście zapiera dech, niesamowicie rozległa panorama pozwala obejrzeć zarówno miasteczko i okoliczne góry, jak i drogę prowadzącą wzdłuż archipelagu, skały skryte tuż pod powierzchnią wody oraz statki na horyzoncie.

Punkt widokowy położony jest niemal bezpośrednio nad wioską, co sprawia, że patrzy się na nią wprost z góry, jak z helikoptera. Same schody natomiast, choć strome, niekiedy wąskie i dosyć eksponowane, nie stanowiły dla nas większego wyzwania i szybko znaleźliśmy się na górze. Szlak pokonaliśmy równym tempem praktycznie bez postojów. W efekcie sporo skróciliśmy czas wejścia na górę w porównaniu do tego wskazanego na tablicach informacyjnych.

Miejscowość Å

Następnym przystankiem była miejscowość Å- symboliczny kraniec Lofotów, ostatnia wioska na archipelagu. Dalej rozciągają się już niezamieszkane, dzikie wysepki, na które dotrzeć dałoby się tylko łodzią. To miejsce, w którym rozpoczynał się nasz ‘powrót’, a zarazem najbardziej odległy punkt naszej podróży. Ze wzruszeniem patrzyliśmy na krajobraz, na horyzont i na całą drogę, którą przebyliśmy do tej pory. Prócz stanięcia na skraju Lofotów, odbyliśmy jeszcze krótki spacer po samej malowniczej miejscowości. To był zdecydowanie dzień pełen zachwytów i wrażeń!

Kvalvika- nasza ulubiona plaża na Lofotach

Szlak na plażę Kvalvika

  • Długość: 2,5km
  • Czas przejścia 1h
  • Trudność: umiarkowana

Na plażę można się dostać wyłącznie pieszo (lub od strony morza), przechodząc przez przełęcz prowadzącą pomiędzy szczytami. Postanowiliśmy spędzić noc na plaży, podobnie zresztą jak wielu innych turystów. Zajęliśmy ostatnie wolne miejsce na niewielkim parkingu (kilka kilometrów dalej znajdują się inne parkingi, jednak mieliśmy nadzieję, że nie będziemy musieli nadkładać drogi i mieliśmy szczęście, że akurat ktoś zwolnił to miejsce). Zabraliśmy ze sobą najpotrzebniejsze sprzęty na nocleg i ruszyliśmy na szlak. Przed nami było około 1,5 godziny drogi- dzień był ciepły, słoneczny, a słońce chyliło się nad horyzont. Szlak okazał się wcale niełatwy, jednak nie był długi.

Gdy stanęliśmy na szczycie przełęczy, zobaczyliśmy piaszczystą plażę, położoną w zatoce między dwoma wysokimi, ciemnymi szczytami. Woda mieniła się na pomarańczowo w promieniach zachodzącego słońca a, kolorowe namioty dodawały uroku temu magicznemu miejscu (jest to popularne miejsce na nocleg pod namiotem). Schodziliśmy w dół zachwyceni widokiem. Warto dodać, że namiot rozbiliśmy dopiero około 23, a położyliśmy się spać sporo po północy- słońce przez cały ten czas wisiało nisko nad horyzontem, roztapiając całą okolicę w swoim blasku. Nocleg na plaży Kvalvika był najpiękniejszym, który przytrafił nam się w całej podróży, było też przyjemnie ciepło i sucho, bo noc była bezchmurna i zdecydowanie cieplejsza niż poprzednie -była to pierwsza noc, gdy rano zwijaliśmy suchy, a nie zimy i mokry namiot. Mieliśmy wyjątkowe szczęście do pogody na Lofotach. 

Dokładniejszy opis naszego dnia 1 na Lofotach znajdziecie tu oraz tutaj.

Z plaży Kvalvika wracamy tym samym szlakiem, którym na nią dotarliśmy. Przy parkingu znajduje się toaleta z umywalką, w której można się odświeżyć przed dalszą drogą.

Kierujemy się w stronę kontynentalnej części Norwegii- my wybraliśmy przeprawę promową. Ruszyliśmy w drogę wzdłuż archipelagu, w kierunku promu z Lødingen, który łączy Lofoty z lądową częścią Norwegii. Przeprawa trwała lekko ponad godzinę, a płatność jest rozliczana automatycznie w systemie epass24.

Informacje praktyczne i przydatne linki:

  • parking w Svolvaer: Parkering for Sherpasti, Djevelporten, Svolværgeita og Fløya, 68.244841, 14.577576, płatny przez EasyPark 8069, na miejscu toalety płatne
  • szlak na Djevelporten: https://mapy.com/s/pubelupopu
  • parking pod Hoven: Parkeringsplass Golfbane, Gimsøy, 8314 Gimsøysand, Norwegia 68.340100, 14.125001, płatny po zeskanowaniu QR kodu, bez infrastruktury
  • szlak na Hoven: https://mapy.com/s/besuvafuno
  • nocleg niedaleko plaży Haukland: Holandsmelen Parking, Voieveien 265, 8370 Leknes, Norwegia, 68.176099, 13.524485 (darmowy, bez infrastruktury)
  • parking pod Haukland: Haukland Beach Front Car Only Parking, 68.199441, 13.532203, płatny przez EasyPark 49710; toaleta i ujęcie wody pitnej
  • szlak z Haukland na Uttakleiv Strand: https://mapy.com/s/jesuzuleza
  • parking w Reine: 67.934674, 13.095911, płatny przez EasyPark 6381; toaleta płatna, bezpłatne ujęcie wody pitnej i miejsce zrzutu wody szarej dla kamperów
  • szlak na Reinebringen: https://mapy.com/s/bunodazaru
  • parking w miasteczku A: Å i Lofoten Parking, 67.879817, 12.977361, darmowy postój do 6h
  • parking pod Kvalviką: 68.068376, 13.129642, darmowy, toaleta z umywalką
  • szlak na plażę Kvalvika: https://mapy.com/s/dozarujaje

Strona 1 z 2

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén