Nomadestales blog

Kategoria: Norwegia Strona 1 z 2

Ile kosztowało nas 14 dni w Skandynawii?

Koszty podróży do Szwecji i Norwegii- planowanie wydatków

Za 14 dni w Skandynawii dla dwóch osób wydaliśmy łącznie około 6535 zł. To dużo czy mało, co kosztowało najwięcej i jak zaplanowaliśmy wydatki w tej podróży? Już odpowiadamy.

Nie mieliśmy ściśle ustalonego budżetu, ale od początku zakładaliśmy jedno: wydajemy jak najmniej tam, gdzie się da – bez rezygnowania z jakości i bezpieczeństwa. Wydatki ograniczaliśmy przede wszystkim na noclegach i jedzeniu, które mogłyby znacząco podnieść koszt całej wyprawy.

Zrezygnowaliśmy z hosteli i pensjonatów – w Skandynawii ceny takich noclegów bywają zaporowe. Campingi są nieco tańsze, ale często dolicza się opłaty za parking, prysznic, dostęp do prądu czy kuchni. Na szczęście, dzięki prawu Allemansrätten, mogliśmy nocować legalnie i za darmo w naturze, co pozwoliło znacząco ograniczyć koszty.

Jednym z największych wydatków jeszcze przed wyjazdem były bilety na przeprawę promową dla nas i samochodu. To koszt, którego nie mogliśmy uniknąć – ale wciąż wychodziło taniej niż loty, wynajem auta i kompletowanie całego sprzętu na miejscu. Zapewne najtańszym rozwiązaniem byłoby dotarcie do Skandynawii drogą lądową, ale to zależy od tego, jak blisko granicy mieszkacie i czy nie wiąże się to z nadłożeniem wielu kilometrów i czasu.

Podróż samochodem oznacza też stałe koszty związane z paliwem, parkingami, opłatami drogowymi oraz lokalnymi przeprawami promowymi – zwłaszcza w Norwegii. Wiedzieliśmy, jak długą trasę chcemy przejechać, więc mogliśmy oszacować potrzebną ilość paliwa i kwotę, jaką na to przeznaczymy. Już na etapie planowania było jasne, że to właśnie paliwo pochłonie największą część budżetu. Jeśli chodzi o płatne drogi – Norwegia i Szwecja nie mają winiet, ale korzystają z automatycznych systemów opłat (np. epass24), które naliczają koszty na podstawie numeru rejestracyjnego. W wielu przypadkach faktury przychodzą dopiero po powrocie do kraju. Ten sam system obejmuje większość lokalnych promów. Parkingi bywają płatne w większych miastach lub przy popularnych atrakcjach, ale niekiedy można znaleźć tańszą alternatywę kilkaset metrów dalej. Nie warto ryzykować mandatu lub odholowania auta – w Skandynawii ich koszty są naprawdę wysokie.

Większość sprzętu campingowego i turystycznego już posiadamy, dlatego nie liczyliśmy go do kosztów tej konkretnej wyprawy. Ale zdajemy sobie sprawę, że jeśli ktoś kompletuje wyposażenie od zera, może to być spory wydatek. Namiot, śpiwór, mata, kuchenka, plecak, porządna odzież techniczna – to wszystko kosztuje, ale traktujemy to jako inwestycję na lata, a nie jednorazowy zakup. My postawiliśmy na kompromis między jakością a ceną – i to polecamy również Wam.

Pod względem jedzenia przyjęliśmy strategię maksymalnej samowystarczalności. Większość produktów przywieźliśmy z Polski – konserwy, kasze, orzechy, płatki, suszone owoce, przekąski. Na miejscu planowaliśmy dokupować jedynie świeże pieczywo i ewentualne drobiazgi. Gotowaliśmy samodzielnie, korzystając z kuchenki turystycznej – prosto, tanio i efektywnie.

Nie zawsze tak wyglądały nasze wyjazdy – na przykład podczas podróży do Włoch niemal codziennie jedliśmy na mieście, rozkoszując się śródziemnomorską kuchnią. Pizza, owoce morza i kieliszek lokalnego wina to była czysta przyjemność, której nie żałowaliśmy. Ale Skandynawia to zupełnie inna historia – kraje północy nie słyną ze swojej kuchni, a restauracje są bardzo drogie. Tym razem postawiliśmy więc na funkcjonalność, oszczędność i elastyczność.

Nie planowaliśmy także intensywnego zwiedzania miast ani korzystania z wielu płatnych atrakcji. Skupiliśmy się przede wszystkim na naturze i trasach pieszych, które w większości są darmowe. Warto jednak mieć na uwadze, że wizyta w muzeach, centrach nauki, obiektach historycznych czy popularnych punktach widokowych (np. zorganizowanych platformach lub trasach z biletami wstępu) potrafi szybko podbić koszt wyjazdu – zwłaszcza jeśli takich miejsc planujecie kilka. W naszym przypadku te koszty były minimalne, ale jeśli planujecie bardziej „miejską” wersję podróży, koniecznie uwzględnijcie je w budżecie.

W ramach przygotowań wykupiliśmy również dobre ubezpieczenie turystyczne – na wypadek kontuzji, kradzieży, problemów zdrowotnych czy awarii. Na szczęście do tej pory nigdy nie musieliśmy z niego korzystać, ale to jeden z tych wydatków, który zdecydowanie warto ponieść. Gdy zdarzy się coś nieprzewidzianego, ostatnią rzeczą, o jakiej chce się wtedy myśleć, są koszty.

Szczegółowe koszty

Poniżej znajdziecie szczegółową rozpiskę wydatków, które ponieśliśmy podczas naszej 14-dniowej podróży po Skandynawii. Ujęliśmy tylko realne koszty związane z wyjazdem (bez uwzględniania sprzętu, który już posiadaliśmy).

Wszystkie kwoty podajemy dla dwóch osób – przy czym pamiętajcie, że wiele z tych wydatków zależy od stylu podróżowania i poziomu komfortu, jaki chcecie sobie zapewnić.

KategoriaKwota (PLN)Uwagi
Prom Polska – Szwecja (w obie strony)2 218 złPrzejazd dla 2 osób + samochód osobowy
Paliwo2 091 złOk. 6300 km, auto z silnikiem diesla, średnie spalanie 4.6l/100km
Jedzenie613 złNiemal wszystkie produkty z Polski, na miejscu tylko świeże pieczywo
Ubezpieczenie podróżne157 złPolisa obejmująca cały wyjazd
Noclegi0 złTylko noclegi “na dziko” – żadnych opłat
Parkingi474 złGłównie w miastach lub przy atrakcjach turystycznych
Opłaty drogowe296 złDotyczy tylko dróg norweskich
Lokalne przeprawy promowe153 zł3 przeprawy promowe: Lødingen -> Bognes, Ferry Pier -> Eidsdal Ferjekai, Mannheller ferjekai -> Fodnes ferjekai
Płatne atrakcje173 złTylko wejściówki do Muzeum Vasa
Komunikacja miejska339 złDwa 24-h bilety na trasie Sztokholm-Kopenhaga, cztery 70 minutowe bilety po Sztokholmie i dwa 24 godzinne bilety po Oslo
Płatne toalety21 zł3 takie punkty na Lofotach
Razem:6 535 zł

Ile kosztuje paliwo w Skandynawii?

Najwięcej zapłaciliśmy na Lofotach i w Norwegii, a najtańszy olej tankowaliśmy w Szwecji. Średnie ceny są trochę wyższe, niż w Polsce, a dokładniejsze zestawienie spisaliśmy poniżej (stan na 2025 rok):

  • 16,59 sek w Jokkmokk w Szwecji (około 6,50zł)
  • 19,79 sek w Flen w Szwecji (około 7,70zł)
  • 21,09 nok w Svolvær na Lofotach (około 7,98zł)
  • 22,29 nok w Gudvangen w Norwegii (około 8,47zł)

Ceny potrafią się znacznie różnić w zależności od stacji. Najczęściej tankowaliśmy na międzynarodowym Circle K, spotkacie też Shell czy popularną w Skandynawii OKQ8. W większości stacji płatności dokonuje się w automacie przy dystrybutorach, tylko niektóre stacje są obsługowe.

Praktyczna rada:

W Skandynawii najwygodniej i najbezpieczniej płacić kartą – praktycznie wszędzie. My korzystaliśmy z karty Revolut, która pozwala płacić bezpośrednio w lokalnej walucie (SEK/NOK) bez dodatkowych prowizji i po bardzo korzystnym kursie. Wystarczy upewnić się, że płatność odbywa się w walucie kraju  – wówczas omijacie niekorzystne przewalutowanie. Gotówkę warto zabrać tylko symbolicznie – my nie użyliśmy jej ani razu.

Skandynawia w 2 tygodnie

Praktyczny przewodnik i lista atrakcji do zwiedzania: Szwecja, Lofoty i Norwegia w 14 dni

Jednym z najważniejszych powodów, dla których na dwutygodniową podróż wybraliśmy właśnie Skandynawię, było coś, co dla wielu pozostaje nieznanym pojęciem – Allemansrätten. To obowiązujące w Szwecji, Norwegii i Finlandii „prawo wszystkich ludzi”, które pozwala każdemu na swobodny kontakt z naturą. U jego podstaw leży piękna idea: człowiek jest częścią przyrody, a nie jej gościem. Może więc spacerować, biwakować, pływać, zbierać owoce leśne, podziwiać krajobrazy – bez ogrodzeń, zakazów i poczucia, że wchodzi na czyjś teren. W Szwecji prawo to zostało nawet wpisane do konstytucji, co tylko pokazuje, jak ważne jest dla mieszkańców Północy.

Dla nas – osób, które najlepiej czują się z plecakiem na grzbiecie, wśród gór i lasów – taka wolność to coś więcej niż ciekawostka. To marzenie spełnione. Możliwość rozbicia namiotu w pobliżu jeziora, kąpieli w dzikim morzu czy porannej kawy na samotnym wzgórzu – bez płotów, zakazów i tłumów – była jedną z najbardziej kuszących wizji, jakie mogliśmy sobie wyobrazić.

Gdy wyobraziliśmy sobie dwa tygodnie w namiocie, z dala od cywilizacji, wśród gór, lasów i jezior, z dostępem do niesamowitych tras trekkingowych — nie było już odwrotu. Wiedzieliśmy, że to musi być Skandynawia.

Każdą z poniższych atrakcji opisaliśmy szerzej w pojedynczych wpisach na blogu, zatem kierujcie się odnośnikami, jeśli chcecie przeczytać o nich więcej.

PLAN PODRÓŻY PO SKANDYNAWII

Dzień 1

  • nocny przejazd promem do Ystad (koniec rejsu ok 6 rano)
  • Ales Stenar -zabytkowy krąg kamieni ułożonych w kształcie łodzi, na wzgórzu, z widokiem na Morze Bałtyckie wpis
  • Kopenhaga wpis
  • Klasztor w Alvastrze – ruiny średniowiecznego klasztoru wpis

Dzień 2

  • Sztokholm wpis
  • dojazd do Parku Narodowego Skuleskogen i nocleg na plaży

Dzień 3

  • szlak w Parku Narodowym Skuleskogen wpis
  • przejazd pod Park Narodowy Sarek

Dzień 4

  • trekking na Skierfe w Parku Narodowym Sarek wpis

Dzień 5

  • powrót ze Skierfe w Parku Narodowym Sarek
  • przejazd do Parku Narodowego Abisko
  • trekking w Parku Narodowym Abisko wpis

Dzień 6

  • powrót ze szlaku w Abisko
  • przejazd na Lofoty
  • Djevelporten i Hoven wpis

Dzień 7

  • plaże Hauklandstranda, Uttakleiv, Kvalvika wpis
  • Reinebringen i miejscowość A wpis

Dzień 8

  • powrót z noclegu na plaży Kvalvika
  • przejazd do Lødingen
  • przejazd promem do Bognes
  • przejazd pod Park Narodowy Rago
  • szlak w Parku Narodowym Rago na wodospad Værivassfossen wpis

Dzień 9

  • przejazd w stronę południa Norwegii

Dzień 10

  • Rampestreken wpis
  • Droga Trolli
  • Geiranger fiord
  • Droga Śnieżna

Dzień 11

  • wodospady Rimstigen wpis
  • Preikestolen wpis

Dzień 12

Dzień 13

  • Oslo wpis
  • przejazd w stronę granicy ze Szwecją

Dzień 14

  • dojazd do Ystad
  • zwiedzanie Ystad wpis
  • wieczorny prom powrotny do Polski

Nasze wrażenia

Wyjazd do Skandynawii był najbardziej szczegółowo zaplanowanym, najtrudniejszym logistycznie ale i  najbardziej wymagającym fizycznie ze wszystkich wypraw, które do tej pory zrealizowaliśmy. Dlaczego było tak ciężko?

Przede wszystkim, wszelkie zaplanowane przez nas czynności zajmowały nam nieco dłużej, niż zakładaliśmy, bardzo mało planów udało nam się skrócić. To powodowało, że dziennie spaliśmy od 4 do 6 godzin- to zdecydowanie nie był czas pozwalający na pełną regenerację. Choć jesteśmy przyzwyczajeni do takiej ilości snu na wyprawach, to jednak spanie tak krótko codziennie, przez 14 dni z rzędu okazało się nie lada wyzwaniem. Potrzebne nam były krótkie drzemki w przerwach na trasie, a w drodze powrotnej niemal zaspaliśmy na promie. Osobom, które nie są przyzwyczajone do małej ilości snu, zdecydowanie polecamy wydłużyć czas wyjazdu i dodać sobie chociaż 2 dni, które pozwolą Wam na rozłożenie planów i lepszą regenerację.

Dodatkowo, pokonywaliśmy samochodem niemal codziennie spore odległości. Warto przeliczyć sobie, ile godzin dziennie jesteście w stanie komfortowo i bezpiecznie spędzić za kierownicą, i w razie potrzeby dostosować nasz plan do swoich możliwości. Nie wszyscy czują się dobrze większość dnia za kółkiem i to zupełnie normalne, że dla niektórych limitem będzie 4 czy 6 godzin. Warto wtedy dodać nieco więcej dni do planu, aby bezpiecznie go zrealizować. 

Pogoda zaskoczyła nas niezwykle pozytywnie- większość dni była słoneczna i ciepła. Noce natomiast były nad wyraz zimne- naprawdę warto zaopatrzyć się w dobrej jakości odzież termiczną i ciepły śpiwór. Duża różnica temperatur między dniem a nocą sprawiała, że odczucie zimna wieczorami było bardziej dotkliwe, natomiast rano szybko zdejmowaliśmy z siebie warstwy, zaskoczeni, jak szybko temperatura się podnosi. Różnica temperatur niestety sprawiała również, że kondensacja pary wodnej w nocy była ogromna, wilgoć osiadała na materiale namiotu, który rankiem był całkowicie mokry. Zwykle nie mieliśmy czasu, aby pozostać na miejscu jeszcze godzinę czy dwie i czekać na jego wyschnięcie. Zwijaliśmy go w stanie ociekającym, przez co ważył więcej i mógł zamoczyć inne rzeczy w plecaku. Warto mieć to na uwadze, planując pakowanie się w taką podróż.

To samo dotyczy samochodu- gdy temperatura na zewnątrz gwałtownie się obniża, para wodna osadza się na szybach i tapicerce. Warto zabrać ze sobą pochłaniacz wilgoci, jeśli planujecie spać w aucie choć część nocy. Dobrym rozwiązaniem będzie również uchylenie szyb, a żeby zabezpieczyć się przed owadami i opadami przydadzą się moskitiery i tzw owiewki osłaniające wlot okna przed deszczem. Z takim zestawem będzie Wam o wiele bardziej komfortowo- nam nieco brakowało tych rzeczy, gdy rano budziliśmy się z odczuciem wilgoci panującej wewnątrz auta. Na szczęście w trakcie dnia mieliśmy prawie zawsze możliwość wygrzania się w słońcu, dzięki czemu nocne niewygody nie doskwierały nam tak bardzo.

Jeśli już mowa o słońcu- koniecznie pamiętajcie o kremie z filtrem i nie zapominajcie o dłoniach, gdy nosicie długi rękaw! Dłonie są narażone na wiatr, wilgoć i słońce, zadbajcie o nie i smarujcie kremem regularnie.

Co nas zaskoczyło?

Skandynawia jest bardzo popularnym kierunkiem podróży, zwłaszcza dla motocyklistów czy vanlifers’ów, i faktycznie kraje północy są świetnie dopasowane do tego rodzaju podróży. Po raz pierwszy ‘zwiedzaliśmy’ okolicę zza szyb samochodu- na dalekich odległościach, w niezamieszkałej okolicy, wśród serpentyn górskich dróg- faktycznie była to dla nas przyjemność.

Obawialiśmy się nieco, że taki sposób oglądania krajobrazów okaże się nudny, jednak w okolicy, która jest bardzo duża, niezbyt zagospodarowana, to właśnie z auta można podziwiać teren wokół, jednocześnie przemieszczając się do swojego miejsca docelowego. Górskie drogi, wbrew wszelkim obawom, okazały się bardzo dobrze utrzymane- w większości gładkie, bez dziur, zwężeń, niebezpiecznych przeszkód czy wyjątkowo wąskich zakrętów. Oczywiście, jazda w terenach górskich musi być dostosowana do warunków- odpowiednia prędkość, uważność. Jednak jest to osiągalne dla każdego kierowcy i nie powinno stanowić problemu.

Infrastruktura drogowa taka jak przydrożne punkty odpoczynku czy toalety jest bardzo rozbudowana, nie trzeba długo szukać, by trafić w takie miejsca. Przed wyjazdem skrupulatnie zapisywaliśmy lokalizacje stacji benzynowych zaznaczonych na mapach google w terenach północnych, powyżej Kiruny w Szwecji oraz w na Lofotach i w północnej Norwegii. Przeczytaliśmy wiele opinii i artykułów mówiących o niedoborze stacji, więc obawiając się, że w którymś momencie zostaniemy z pustym bakiem, pilnowaliśmy ilości paliwa i zerkaliśmy na zapisane stacje, licząc, na ile wystarczą nam zapasy. Okazało się, że w rzeczywistości stacji było znacznie więcej, niż te zaznaczone na mapach google. Zupełnie niepotrzebnie stresowaliśmy się sprawą paliwa, bo naprawdę musielibyśmy się postarać, by dopuścić do sytuacji jego braku. Co kilkadziesiąt kilometrów, w prawie każdej większej miejscowości, spotykaliśmy różne stacje i dystrybutory. Nie wszystkie obsługowe, w większości nie dało się też zatankować LPG, jednak benzyna i diesel były wszędzie dostępne.

Nieco zaskoczyliśmy się również cenami, ponieważ słyszeliśmy straszące opinie o niezwykle wysokich cenach. Rzeczywistość okazała się nieco bardziej przystępna. Mówimy tu o produktach pierwszej potrzeby, spożywczych i higienicznych zakupach niezbędnych do życia. Zarówno podstawowa żywność, jak i zwykłe środki higieniczne kosztowały tylko trochę więcej, niż w Polsce. Bardzo drogie były za to wszelkie restauracje, bary- innymi słowy rozrywki, które można sobie odpuścić, chcąc zaoszczędzić. Jednak gotując samodzielnie, spokojnie można zredukować zapasy zabierane z kraju, jeśli macie czas i ochotę kupować je na miejscu- nie kosztują wcale majątku, jak przyjęło się u nas uważać. Jeśli chodzi o paliwo, to zauważalne były dość duże różnice w cenach na różnych stacjach, warto więc czasem zjechać z głównej drogi i poszukać najtańszej stacji w okolicy.

Opłaty i warunki drogowe

W Szwecji drogi są darmowe, ale już w Norwegii liczyliśmy się z obecnością płatnych dróg, tuneli i przepraw promowych. Wszystkie, przez które przejeżdżaliśmy, były podłączone do systemu epass24, dzięki czemu nie musieliśmy ani razu zatrzymywać się na bramkach czy płacić po drodze. Kamery odczytywały nasz numer rejestracyjny, który zarejestrowaliśmy wcześniej na stronie internetowej, a po czasie otrzymaliśmy faktury do opłacenia. Zaskoczył nas za to czas oczekiwania na fakturę za opłaty drogowe- płatność została pobrana dopiero ok 20 dnia miesiąca następującego po przejeździe! Czyli jeśli jedziecie w czerwcu, to opłata może zostać pobrana dopiero 20 lipca. To wygodne rozwiązanie i odbywa się bez naszego udziału, jeśli wcześniej zarejestrowało się kartę, ale warto pamiętać o tym wydatku, aby nie zaskoczył Was jakiś czas po powrocie. Zaskoczyła nas także w Norwegii ilość tuneli- pojawiały się praktycznie co chwilę. Stan dróg, mimo wymagających warunków atmosferycznych, był naprawdę bardzo dobry- drogi były świetnie utrzymane i bezpieczne, nawet jeśli dosyć wąskie czy kręte.

Po norweskiej stronie granicy turystów było zdecydowanie więcej niż po stronie szwedzkiej. Wielu z nich podróżowało camperami i vanami, a o miejsca na parkingach czy nawet przydrożnych „rest plece” było tu o wiele trudniej. Infrastruktura była jednak dobrze rozwinięta -spora ilość zatoczek, parkingów czy stacji benzynowych, co zazwyczaj pozwalało znaleźć dla siebie miejsce nawet przy większej ilości odwiedzających (i nawet na Lofotach- choć tam było to zdecydowanie trudniejsze).

Oslo w 1 dzień

Jak się dostać do Oslo?

W Oslo zaparkowaliśmy na bezpłatnym parkingu przy końcowej stacji metra. Metrem przejechaliśmy do centrum i tam rozpoczęliśmy zwiedzanie. Nie warto wjeżdżać do stolicy autem, ponieważ obowiązuje tam strefa niskiej emisji i opłaty za wjazd do miasta.

Najważniejsze atrakcje Oslo:

  • Opera w Oslo – ikoniczny budynek wznoszący się prosto z wody, dostępny także jako punkt widokowy
  • Vigelandsparken – największy na świecie park rzeźby jednego artysty
  • Muzeum Muncha – nowoczesne muzeum poświęcone twórczości Edvarda Muncha
  • Bygdøy – muzealna wyspa z muzeum Fram, Kon-Tiki i statkiem Wikingów
  • Karl Johans gate – główny deptak łączący dworzec z Pałacem Królewskim

Pierwszym punktem na trasie była Opera- nowoczesny, szklany budynek niemalże pozbawiony kątów prostych. Po pochyłych podestach na zewnątrz budynku można było wejść na dach Opery i stamtąd podziwiać panoramę miasta. Widok faktycznie robił wrażenie- z dachu budynku widać było zabudowę miasta i wody fiordu, port i statki, ale także promenadę i turystów spacerujących po chodnikach. Dzień był wyjątkowo upalny, więc tłumy mieszkańców i odwiedzających przechadzały się ulicami miasta, opalały przy promenadzie i kąpały w wodach portów i fontann.

Po stolicy Norwegii spodziewaliśmy się raczej surowego budownictwa, ale i uporządkowanej struktury miasta, oszczędności i czystości. Co nas zaskoczyło, to dość duża ilość śmieci na ulicach, wrażenie tłumu i chaosu. Nie przepadamy za zwiedzaniem miast, jednak chcieliśmy dać szansę każdemu z nich. O ile Kopenhaga miała swoje perełki, a Sztokholm naprawdę nam się podobał, o tyle Oslo nie zrobiło na nas zbyt pozytywnego wrażenia. Trzeba mu jednak przyznać, że potrafi świetnie wyglądać na zdjęciach i  być może przekona do siebie miłośników nowoczesności.

Zwiedziliśmy w Oslo twierdzę, kilka głównych ulic w okolicy promenady, okolice Opery, Teatru i park Vigelanda. Jego charakterystyczne rzeźby na pewno przykuwają wzrok, a park pełen był spacerowiczów. Na pewno fantastycznie będziemy wspominać lody śmietankowe zjedzone na promenadzie- były to najlepsze lody w naszym życiu! Gęste i pełne smaku prawdziwej śmietany, aromatyczne, jednym słowem świetne! Natomiast samo miasto nie zachwyciło nas niczym wyjątkowym.

Zwiedzanie Oslo zakończyliśmy powrotem metrem na parking. Upalna pogoda dodatkowo nie ułatwiała chodzenia po betonowej okolicy. Skierowaliśmy się w stronę granicy ze Szwecją, powoli kończąc naszą przygodę ze Skandynawią.

Praktyczne informacje i przydatne linki:

  • parking w Oslo: Bergkrystallen T-bane – Parkering, Bergkrystallen, 1155 Oslo, Norwegia, 59.866672, 10.821670 płatny przez EasyPark 6292 powyżej 16h, do tego czasu darmowy
  • trasa zwiedzania Oslo: https://maps.app.goo.gl/EWeEz97PriK37UUJ6

Lofoty w 3 dni

Co robić na Lofotach mając tylko 3 dni?

Oto nasza propozycja atrakcji i zwiedzania Lofotów, gdy macie do dyspozycji tylko 3 dni na miejscu. Oczywiście ta lista nie wyczerpuje możliwości zwiedzania archipelagu, ale daje dość niezły pogląd na trekkingi, architekturę i piękno Lofotów, zahaczając o najsłynniejsze miejsca, jak i te mniej znane atrakcje.

Szlak na Djevelporten:

  • Długość 3km
  • Czas przejścia: 2h 15min
  • Trudność: umiarkowana, kilka miejsc zabezpieczonych łańcuchem, dość strome i skaliste podejście

Djevelporten to głaz zawieszony między dwiema skałami- odważni mogą na nim stanąć. Z punktu widokowego znajdującego się tuż obok widać całą panoramę miasta i otaczających je wysp. Jest to mieszanka cywilizacji: obecności człowieka i surowego terenu w postaci ostrych skał wyrastających wprost z wody.

Sam szlak na punkt widokowy można podzielić na dwa etapy. Pierwszy z nich prowadzi po blisko 500 schodach wybudowanych przez… nepalskich szerpów! Stromy te są dość strome i eksponowane, ale nie wymagają żadnych technicznych umiejętności -wystarczy odrobina kondycji. Za schodami zaczyna się jednak fragment, który prowadzi po stromych a jednocześnie dość gładkich i wyślizganych przez tłumy odwiedzających skałach, które w czasie deszczu mogą być naprawdę niebezpieczne.

Svolvaer

Svolvaer to stolica i główne centrum archipelagu Lofotów. Jest to bardzo romantyczne miasteczko pełne kolorowych domków rybackich (obecnie wykorzystywanych głównie jako domki wakacyjne dla turystów). Znajdziecie tu wiele restauracji i kawiarenek, w których można spróbować lokalnych specjałów. Wyrastające wprost z Morza Norweskiego monumentalne góry otaczają całe miasteczko i robią ogromne wrażenie!

Szlak na Hoven:

  • Długość: 4,5km
  • Czas przejścia: 2h 10min
  • Trudność: umiarkowana, podejście bywa błotniste

Szlak teoretycznie był stosunkowo prosty i krótki. W praktyce rozpoczął się jednak sporym bagnem, które ciężko było ominąć. Później natomiast piął się pod górę, co i rusz zaskakując nas sypkimi kamieniami lub śliskim błotem. Gdy w końcu stanęliśmy na szczycie, widok wynagrodził nam trudy wędrówki. Przed nami roztaczał się widok 360 stopni na panoramę Lofotów. Z jednej strony ciemne morze i słońce chowające się już za górami, z drugiej podmokłe pastwiska i zabudowa domków mieszkalnych, a z kolejnej wysepki i skały wyrastające wprost z wody. Spędziliśmy na szczycie dłuższą chwilę, rozkoszując się tym widokiem.

Dokładniejszy opis naszego dnia 1 na Lofotach znajdziecie w tym wpisie.

Hauklandstranda- najpopularniejsza plaża

  • Długość: 8,5km
  • Czas przejścia: 2h 10 min
  • Trudność: łatwa

Wcześnie rano plaża była prawie w całości dla nas- wędrowcy jeszcze spali w namiotach licznie rozbitych na skraju plaży, a inni turyści jeszcze nie zdążyli się na niej zjawić. Parking jest płatny i wyposażony w toalety, kosze i ujęcie wody- to dobre miejsce na postój czy odświeżenie się. My skierowaliśmy się w stronę ścieżki, która prowadzi wzdłuż wybrzeża na drugą, mniejszą plażę Uttakleiv.

Już na początku ścieżki przywitało nas stadko owiec, które pojawiały się później przez całą drogę. To wyjątkowo urokliwy obrazek- owieczki na tle spiczastych skał i morza prezentowały się wręcz bajecznie. Szlak jest prosty, dostępny dla osób na wózkach czy dla dzieci. Prowadzi żwirową ścieżką właściwie bez przewyższeń, około 4 kilometrów w jedną stronę. Na końcu czeka nieco mniej popularna a zarazem mniej zatłoczona plaża Uttakleiv Strand. Obie plaże są bardzo urokliwie położone, a kolor wody w tej okolicy kojarzy się raczej z tropikami. Obydwie plaże są też fantastycznymi punktami do obserwacji zachodów słońca- są tu podobno wyjątkowo widowiskowe.

Reine- malownicza wioska rybacka

Reine to bardzo malownicza wioska rybacka licząca zaledwie około 300 mieszkańców, pełna kolorowych (głównie czerwonych) domków, położona tuż nad wodą, otoczona przez wysokie szczyty. Nad wioską znajduje się szczyt Reinebringen, z którego roztacza się widok zarówno na samą wioskę jak i krętą drogę łączące poszczególne wysepki archipelagu. Warto choć przez chwilę przespacerować się po miasteczku podziwiając okolicę.

Szlak na Reinebringen

  • Długość: 3,7km
  • Czas przejścia: 2h 30min
  • Trudność: umiarkowana ze sporą ekspozycją

Szlak prowadzący na szczyt Reinebringen wiedzie w całości po kamiennych schodach, które zbudowane zostały przez nepalskich szerpów. Schodów tych jest niemal 2 tysiące, a podróż na górę potrafi być męcząca, jednak widoki jakie się stamtąd roztaczają uważane są przez wielu za najpiękniejsze na całych Lofotach. Jest w tym ziarnko prawdy- widok ze szczytu rzeczywiście zapiera dech, niesamowicie rozległa panorama pozwala obejrzeć zarówno miasteczko i okoliczne góry, jak i drogę prowadzącą wzdłuż archipelagu, skały skryte tuż pod powierzchnią wody oraz statki na horyzoncie.

Punkt widokowy położony jest niemal bezpośrednio nad wioską, co sprawia, że patrzy się na nią wprost z góry, jak z helikoptera. Same schody natomiast, choć strome, niekiedy wąskie i dosyć eksponowane, nie stanowiły dla nas większego wyzwania i szybko znaleźliśmy się na górze. Szlak pokonaliśmy równym tempem praktycznie bez postojów. W efekcie sporo skróciliśmy czas wejścia na górę w porównaniu do tego wskazanego na tablicach informacyjnych.

Miejscowość Å

Następnym przystankiem była miejscowość Å- symboliczny kraniec Lofotów, ostatnia wioska na archipelagu. Dalej rozciągają się już niezamieszkane, dzikie wysepki, na które dotrzeć dałoby się tylko łodzią. To miejsce, w którym rozpoczynał się nasz ‘powrót’, a zarazem najbardziej odległy punkt naszej podróży. Ze wzruszeniem patrzyliśmy na krajobraz, na horyzont i na całą drogę, którą przebyliśmy do tej pory. Prócz stanięcia na skraju Lofotów, odbyliśmy jeszcze krótki spacer po samej malowniczej miejscowości. To był zdecydowanie dzień pełen zachwytów i wrażeń!

Kvalvika- nasza ulubiona plaża na Lofotach

Szlak na plażę Kvalvika

  • Długość: 2,5km
  • Czas przejścia 1h
  • Trudność: umiarkowana

Na plażę można się dostać wyłącznie pieszo (lub od strony morza), przechodząc przez przełęcz prowadzącą pomiędzy szczytami. Postanowiliśmy spędzić noc na plaży, podobnie zresztą jak wielu innych turystów. Zajęliśmy ostatnie wolne miejsce na niewielkim parkingu (kilka kilometrów dalej znajdują się inne parkingi, jednak mieliśmy nadzieję, że nie będziemy musieli nadkładać drogi i mieliśmy szczęście, że akurat ktoś zwolnił to miejsce). Zabraliśmy ze sobą najpotrzebniejsze sprzęty na nocleg i ruszyliśmy na szlak. Przed nami było około 1,5 godziny drogi- dzień był ciepły, słoneczny, a słońce chyliło się nad horyzont. Szlak okazał się wcale niełatwy, jednak nie był długi.

Gdy stanęliśmy na szczycie przełęczy, zobaczyliśmy piaszczystą plażę, położoną w zatoce między dwoma wysokimi, ciemnymi szczytami. Woda mieniła się na pomarańczowo w promieniach zachodzącego słońca a, kolorowe namioty dodawały uroku temu magicznemu miejscu (jest to popularne miejsce na nocleg pod namiotem). Schodziliśmy w dół zachwyceni widokiem. Warto dodać, że namiot rozbiliśmy dopiero około 23, a położyliśmy się spać sporo po północy- słońce przez cały ten czas wisiało nisko nad horyzontem, roztapiając całą okolicę w swoim blasku. Nocleg na plaży Kvalvika był najpiękniejszym, który przytrafił nam się w całej podróży, było też przyjemnie ciepło i sucho, bo noc była bezchmurna i zdecydowanie cieplejsza niż poprzednie -była to pierwsza noc, gdy rano zwijaliśmy suchy, a nie zimy i mokry namiot. Mieliśmy wyjątkowe szczęście do pogody na Lofotach. 

Dokładniejszy opis naszego dnia 1 na Lofotach znajdziecie tu oraz tutaj.

Z plaży Kvalvika wracamy tym samym szlakiem, którym na nią dotarliśmy. Przy parkingu znajduje się toaleta z umywalką, w której można się odświeżyć przed dalszą drogą.

Kierujemy się w stronę kontynentalnej części Norwegii- my wybraliśmy przeprawę promową. Ruszyliśmy w drogę wzdłuż archipelagu, w kierunku promu z Lødingen, który łączy Lofoty z lądową częścią Norwegii. Przeprawa trwała lekko ponad godzinę, a płatność jest rozliczana automatycznie w systemie epass24.

Informacje praktyczne i przydatne linki:

  • parking w Svolvaer: Parkering for Sherpasti, Djevelporten, Svolværgeita og Fløya, 68.244841, 14.577576, płatny przez EasyPark 8069, na miejscu toalety płatne
  • szlak na Djevelporten: https://mapy.com/s/pubelupopu
  • parking pod Hoven: Parkeringsplass Golfbane, Gimsøy, 8314 Gimsøysand, Norwegia 68.340100, 14.125001, płatny po zeskanowaniu QR kodu, bez infrastruktury
  • szlak na Hoven: https://mapy.com/s/besuvafuno
  • nocleg niedaleko plaży Haukland: Holandsmelen Parking, Voieveien 265, 8370 Leknes, Norwegia, 68.176099, 13.524485 (darmowy, bez infrastruktury)
  • parking pod Haukland: Haukland Beach Front Car Only Parking, 68.199441, 13.532203, płatny przez EasyPark 49710; toaleta i ujęcie wody pitnej
  • szlak z Haukland na Uttakleiv Strand: https://mapy.com/s/jesuzuleza
  • parking w Reine: 67.934674, 13.095911, płatny przez EasyPark 6381; toaleta płatna, bezpłatne ujęcie wody pitnej i miejsce zrzutu wody szarej dla kamperów
  • szlak na Reinebringen: https://mapy.com/s/bunodazaru
  • parking w miasteczku A: Å i Lofoten Parking, 67.879817, 12.977361, darmowy postój do 6h
  • parking pod Kvalviką: 68.068376, 13.129642, darmowy, toaleta z umywalką
  • szlak na plażę Kvalvika: https://mapy.com/s/dozarujaje

Kjerag – norweska ikona

Z samego rana zwinęliśmy obóz i pojechaliśmy w kierunku płatnego parkingu pod Kjerag. Wiedzieliśmy, że ta atrakcja również przyciąga tłumy turystów, chcieliśmy więc pojawić się na szczycie wcześnie rano. Wyjątkowo malownicza okazała się już droga do parkingu- krajobraz pełen zaokrąglonych skałek z licznymi, malutkimi jeziorkami, z milionami kamiennych wieżyczek i niezliczoną ilością owiec spacerujących po całej okolicy. Zachwycaliśmy się tym widokiem, jadąc wolno krętą i miejscami wąską dróżką i przepuszczając się nawzajem z autami jadącymi z naprzeciwka. Zaparkowaliśmy, uzupełniliśmy zapas wody pitnej w toalecie przy parkingu i ruszyliśmy na szlak.

  • Długość: 9,7km
  • Czas przejścia: 4h 10min
  • Trudność: umiarkowana do wysokiej, dużo miejsc z ubezpieczeniami łańcuchem lub klamrami, wiele miejsc wymagających technicznie i wspinaczkowych, w wielu miejscach również wyślizgane skały, zwłaszcza w trakcie deszczu

Wiedzieliśmy z opisów i zdjęć, że podejście pod Kjerag prowadzi dość stromym szlakiem po skałach, ubezpieczonym łańcuchami. Jednak rzeczywistość lekko nas zaskoczyła- skały były zaokrąglone, wyślizgane i nie dawały stopom zbyt stabilnego oparcia. Niektórzy turyści z całej siły podciągali się na łańcuchach, próbując utrzymać równowagę i próbując zmniejszyć zmęczenie podczas stromego podejścia. Pogoda tego dnia była niestabilna, było pochmurno. Obawialiśmy się, że podejście tego fragmentu w deszczu, po mokrej skale, mogłoby być wyjątkowo nieprzyjemne i niebezpieczne, a dla niektórych nawet niewykonalne. Sami staraliśmy się nie polegać wyłącznie na sztucznych ułatwieniach i wyszukiwaliśmy ścieżek po skałach nieco mniej wyślizganych, z wyraźniejszą strukturą, na których stabilniej stawialiśmy kroki. Niedoświadczonym turystom zdecydowanie odradzamy ten szlak w warunkach deszczowych czy w gęstej mgle- śliskie skały bywają niebezpieczne! Szlak posiada dość trudne fragmenty nawet przy ładnej pogodzie, należy tutaj wyjątkowo uważać.

Szlak był dość długi i męczący, a turystów było sporo już od samego rana. Nawzajem wymijaliśmy się i przepuszczaliśmy, ale wędrówka była dosyć monotonna, a jednocześnie niełatwa. Po pewnym czasie nachylenie terenu zaczęło się w końcu zmniejszać, przeszliśmy na teren trochę bardziej pagórkowaty. Przekroczyliśmy rzekę, a następnie musieliśmy pokonać pokaźną liczbę schodów. Jeszcze kawałek po dość płaskim terenie, aby na jego końcu znaleźć niewielki kanion, który prowadził wprost do głazu Kjeragbolten. Na samym końcu wąskiego przesmyku ukazał się on naszym oczom- ikoniczny, znany ze zdjęć. Przed nim ustawił się już mały tłumek fotografujących, a za głazem- kolejka osób chętnych do wejścia na niego. Część osób wkraczała na głaz zawieszony nad przepaścią z pewnością siebie, inni na drżących nogach, niektórzy zdawali się wręcz sparaliżowani strachem. Nie ma wątpliwości, że głaz uwięziony między skalnymi ścianami, wiszący wiele metrów nad przepaścią, działał na wyobraźnię. Jednak samo wejście na niego było dosyć bezpieczne, a głaz okazał się wystarczająco płaski i spory, by bez trudu poruszać się po nim i obrócić bez strachu o ześlizgnięcie się. 

Co ciekawe, widoczny w dole fiord to ten sam, nad którym zawieszone jest Preikestolen. Obydwie te słynne atrakcje leżą po dwóch stronach długiego Lysefjordu. Jeśli mamy być szczerzy, to z tych dwóch najsłynniejszych atrakcji to właśnie Preikestolen spodobało nam się bardziej. Widok na fiord był tam rzeczywiście ujmujący, a sama platforma okazała się spora, niesamowicie fotogeniczna i wyjątkowo usytuowana. Szlak, który do niej prowadził, był nieco krótszy, ale bardziej urozmaicony, niż ten do Kjeragbolten, który jest dość monotonny. Natomiast co do samego głazu- faktycznie, da się na nim zrobić fenomenalnie wyglądające zdjęcie, natomiast w rzeczywistości wydał nam się nieco… przereklamowany. Znajduje się w pięknym miejscu, jest z całą pewnością fotogeniczny, ale historie o jego niedostępności czy trudności są zdecydowanie przesadzone. Naszym zdaniem obydwie te atrakcje są warte odwiedzenia, natomiast nie należy się spodziewać aż tak spektakularnych przepaści i niebezpieczeństw, o jakich można usłyszeć czy przeczytać w internecie. Rzeczywistość jest nieco bardziej przyziemna, choć oczywiście wciąż zachwycająca i warta uwagi.

Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć postanowiliśmy jeszcze podejść na szczyt Nesa-Tildane, z którego rozpościerał się widok na fiord i wysokie ściany skalne.  Na szczycie złapała nas mżawka, która, wbrew naszym obawom, dość szybko minęła. Zejście w dół było monotonne i niezbyt przyjemne, jednak była to jedyna dostępna droga prowadząca do tej słynnej atrakcji. Wbrew obawom zejście w dół nie kosztowało nas bólu kolan, ale trzeba przyznać, że było dość męczące i zajęło trochę czasu. Na parkingu uzupełniliśmy zapas wody i zaraz ruszyliśmy w dalszą drogę. 

Praktyczne informacje i przydatne linki:

  • szlak na Kjeragbolten: https://mapy.com/s/megelepoke
  • Parking pod szlakiem na Kjerag: KJERAG Parking 300 NOK, Fv500 10, 4127 Lysebotn, Norwegia, 59.045917, 6.651440 (płatny w automacie, na miejscu toalety, ujęcie wody pitnej, kosze na śmieci)

Preikestolen- skalna ambona wisząca ponad 600 metrów nad Lysefjordem i wodospady Rimstigen

Tego dnia mieliśmy w planach dwa szlaki: pierwszy, krótki szlak na wodospady Rimstigen, a po południu wejście na Preikestolen.

Szlak na wodospady Rimstigen zaczynał się na płatnym, malutkim parkingu przy fiordzie, do którego prowadziła wąska i kręta dróżka. Parking niestety nie był zbyt zagospodarowany. Mimo, że płatny 80 nok, nie oferował toalet, ujęcia wody ani nawet koszy na śmieci. Jednak nie mając wielkiego wyboru, zostawiliśmy auto i ruszyliśmy na szlak do wodospadów Rimstigen.

  • Długość: 3,2km
  • Czas przejścia: 2h 50min
  • Trudność: umiarkowana

Od samego początku szlak był stromy i piął się dość wąską ścieżką w górę. Już po drodze widać było zapowiedź panoramy fiordu, która ukazywała się między drzewami. To miejsce zostało nawet wpisane na listę światowego dziedzictwa Unesco, chcieliśmy więc obejrzeć je z góry. Po niedługim czasie stanęliśmy pod szumiącymi kaskadami- to właśnie spod wodospadów najpiękniej było widać taflę wody otoczoną zielonymi pagórkami. Wodospady same w sobie również robiły wrażenie, opadając z hukiem na dno doliny. Dla bardziej wytrwałych na szczycie wzniesienia rozpoczynał się szlak Breiskrednosi idący wzdłuż fiordu- to dość długa i wymagająca trasa, jednak podobno widoki, jakie oferuje, należą do najpiękniejszych w całej Norwegii.

Szlak na Preikestolen

  • Długość: 8,4km
  • Czas przejścia: 3h 15min
  • Trudność: łatwa

Przejechaliśmy na spory, płatny parking pod Preikestolen. Miejsc było naprawdę dużo, mieliśmy także do dyspozycji kontenery na śmieci, toalety i ujęcie wody pitnej. Zbliżała się godzina osiemnasta, parking powoli pustoszał, mieliśmy więc nadzieję na spokojną wędrówkę. Szliśmy dość spokojnym tempem pod górę. Szlak jest dobrze oznaczony,  dość łagodnie poprowadzony, raczej nie ma na nim dużych stromizn czy technicznie wymagających momentów- jest przystosowany także dla początkujących piechurów. Po pewnym czasie, gdy wyłoniliśmy się na nieco bardziej odkryty teren, naszym oczom zaczął ukazywać się krajobraz okolicy- gładkie, zaokrąglone skały, gdzieniegdzie strumyczki, mostki i krzewy, a w oddali głęboki, ciemny Lysefjord.

Preikestolen to właściwie skalny pulpit, zawieszony setki metrów ponad powierzchnią wody, płaski prawie jak stół. Stanięcie na jego krawędzi jest wyjątkowym doświadczeniem, nie się więc co dziwić, że do zrobienia sobie na nim pamiątkowego zdjęcia ustawiają się kolejki. Późniejszą, wieczorową porą nie było już tłumów i na szczycie kręciło się zaledwie kilkanaście osób, więc na szczęście udało nam się uniknąć długiego oczekiwania. Po kilku dłuższych chwilach podziwiania okolicy i oczywiście pamiątkowych zdjęciach z krawędzi klifu, postanowiliśmy wyjść jeszcze kawałek na punkt widokowy położony bezpośrednio ponad skalnym pulpitem. Tam spotkaliśmy zaledwie kilka osób- aby dotrzeć do tego punktu trzeba było pokonać krótki odcinek szlaku, ale wymagał wspinania się na kilka skał. Stamtąd widok był jeszcze piękniejszy- ambona Preikestolen była widoczna w całej okazałości, a wokół niej dalekie góry, głęboki fiord i cień rzucany przez wysokie ściany skalne. 

Musieliśmy przyznać, że Preikestolen nie zawiodło swojej rozsławionej opinii i sprostało oczekiwaniom. Co więcej, udało nam się uniknąć największego tłoku, zrobić przepiękne zdjęcia bez stania w kolejkach, a spacer należał raczej do przyjemnych i niezbyt trudnych. Skalny pulpit faktycznie robi ogromne wrażenie, a z powodu dość łatwej dostępności zyskał miano jednej z najpopularniejszych atrakcji w całej Norwegii. Zgodnie przytaknęliśmy, że to miejsce faktycznie ma wyjątkowy urok i nie można go przegapić, będąc w okolicy.

Po zejściu do auta postanowiliśmy przejechać jeszcze kawałek, aby skrócić sobie drogę następnego dnia. Przejechaliśmy tunelem do Stavanger i dalej w kierunku Kjerag. W jednej z zatoczek skorzystaliśmy z toalety i umywalek, aby nieco się odświeżyć, i zjedliśmy kolację. Zjechaliśmy z boczną drogę i tam znaleźliśmy niewielkie jezioro otoczone lasem, w którym rozbiliśmy namiot. Następny dzień miał być ostatnim dniem wędrówki w górach- należało przed nim odpocząć i nabrać sił.

Praktyczne informacje i przydatne linki:

  • parking przy szlaku na wodospady Rimstigen: 60.921960, 6.867367; płatny 80 nok/dzień przez PayPal (stan na 2025 rok)
  • szlak na Rimstigen: https://mapy.com/s/hacekadopu
  • parking pod Preikestolen: P1, Preikestolvegen 521, 4105 Jørpeland, Norwegia, 58.991608, 6.137524; płatny z automatycznym odczytem tablic rejestracyjnych; toalety, ujęcie wody pitnej, kosze na śmieci;
  • szlak na Preikestolen: https://mapy.com/s/lucobazohe

Dzień trolli i fiordów: Rampestreken, Ściana Trolli i Droga Trolii, fiord Geiranger i mroczna Droga Śnieżna

Droga z północy na południe Norwegii

Naszą drogę w kierunku południa Norwegii zaczynaliśmy z Parku Narodowego Rago. Pierwszy postój zrobiliśmy w miasteczku Fauske- na tankowanie, zakupy i prysznic. Naszym planem było dojechanie tego dnia w okolice miasteczka Åndalsnes- do przejechania mieliśmy nieco ponad 900km.

Cały dzień minął nam na podziwianiu widoków z okna samochodu- krajobraz po drodze zmieniał się jak w kalejdoskopie. Jechaliśmy przez gęste, zielone lasy, które po chwili zmieniały się w coraz rzadsze zarośla, by w końcu stać się surowym, skalnym płaskowyżem. Przekraczaliśmy mosty i mijaliśmy jeziora, oglądaliśmy zza szyb niewielkie, lokalne wioski i pojedyncze domy wysoko w górach. Przejechaliśmy przez niezliczoną liczbę tuneli, minęliśmy pewnie kilkaset wodospadów i kilkadziesiąt rzek.

Przed podróżą przez Skandynawię byliśmy nastawieni raczej sceptycznie do zwiedzania zza szyb samochodu- wydawało nam się to dalekie od kontaktu z naturą i przebywania w terenie. Jednak Norwegia, w tej okolicy dosyć surowa i pusta, oferowała niesamowitą zmienność krajobrazu i wręcz idealnie nadawała się na roadtrip w tym stylu. Na przystankach mijaliśmy wielu motocyklistów i osoby podróżujące camperami- i jedni, i drudzy mają w Norwegii świetne warunki do turystyki, przepiękne wysokogórskie trasy i dość bogate zaplecze sanitarne czy usługowe. Ważna jest też możliwość nocowania w naturze, z czego z ochotą korzystają podróżni. 

Mimo rosnącego zmęczenia, utrzymywaliśmy całkiem dobre tempo jazdy i bez większych problemów znaleźliśmy się w okolicy Trondheim. Tam zaplanowaliśmy kolejne tankowanie. Kawałek dalej zatrzymaliśmy się na obiad i toaletę. Ku naszemu zaskoczeniu, na tyłach stacji benzynowej znaleźliśmy bezpłatny prysznic! Po obiedzie z radością skorzystaliśmy z możliwości dokładnego umycia się w ciepłej wodzie. Zaplanowaliśmy nocleg na niedużej polance przy bocznej drodze, przy pastwiskach. Było to ciche miejsce na uboczu, idealne na kilka aut lub namiotów, z dostępem do rzeki. Tam spokojnie minęła nam noc, a rankiem ruszyliśmy w dalszą drogę.

Rampestreken i Romsdalsfjorden- krótki trekking

  • Długość: 4,3km
  • Czas przejścia: 3h 20min
  • Trudność: umiarkowana

Wczesnym rankiem dojechaliśmy na darmowy parking w miasteczku Åndalsnes, z którego wyruszyliśmy na szlak na punkt widokowy Rampestreken. Szlak jest dość krótki, ale nie do końca prosty – ścieżka wiedzie stromo pod górę. Punkt widokowy Rampestreken to właściwie metalowa platforma zawieszona nad miastem Åndalsnes i fiordem Romsdalsfjord. Widoki rozpościerające się z tego miejsca są wyjątkowe- wijąca się w dole woda, miasto widziane z „lotu ptaka” oraz szczyty gór otaczających to miejsce z każdej strony. My postanowiliśmy wejść jeszcze kawałeczek wyżej na szczyt góry Nesaksla, skąd mogliśmy ujrzeć głębokie doliny, pasma górskie oraz słynną Ścianę Trolli – najwyższą pionową ścianę skalną w Europie. Na szczycie znajduje się kawiarnia, a dostać można się tam za pomocą kolejki linowej, jednak atrakcje te nie były otwarte wczesnym rankiem, gdy stanęliśmy na szczycie. Nas powitały za to wesołe, dzikie owce pasące się na zboczu góry. Ze szczytu Nesaksla można ruszyć dalej szlakiem Romsdalseggen, który prowadzi w wyższe partie gór, i oferuje (podobno) jeszcze lepsze widoki na okolicę. My jednak postanowiliśmy zakończyć naszą wspinaczkę na Nesaksla, zrobiliśmy tam kilka zdjęć, po czym ruszyliśmy w dół tym samym szlakiem, którym wspięliśmy się na górę.

Droga Trolli

Naszym kolejnym celem miał być przejazd słynną Drogą Trolli, jednak poprzedniego roku z powodu osuwiska skalnego droga została zamknięta i była w remoncie. Otwarcie zaplanowano zaledwie kilka dni po naszej wizycie, jednak nie chcieliśmy całkowicie odpuszczać wizyty w tak sławnym miejscu, tym bardziej, że byliśmy tuż obok. Zamiast skierować się z Åndalsnes w kierunku doliny, którą ciągnie się Droga Trolli musieliśmy okrążyć góry nadkładając wcale niemało drogi, aby móc chociaż spojrzeć na słynne serpentyny z punktu widokowego położonego przy górnej części drogi.

Droga Trolli jest najsłynniejszą z wysokogórskich dróg w Norwegii, choć w naszym odczuciu nie jest najbardziej wymagającą z nich. Górskie serpentyny ulokowane są tam jednak bezpośrednio jedna nad drugą, można więc podziwiać ją z góry w pełnej okazałości. Trasa wije się kilkunastoma serpentynami pośród gór, tuż obok wodospadów, pnąc się w górę w oszałamiającym otoczeniu skał. Już sam dojazd do jej początku jest niezwykle malowniczy, a sama droga jest położona w tak pięknym miejscu, że ciężko dziwić się jej sławie. Faktycznie zasługuje na słowa uznania. Żałowaliśmy nieco, że nie było nam dane przejechać się nią w całości osobiście, jednak mieliśmy przed sobą wizję przejazdu kilkoma innymi wysokogórskimi drogami. Po dość długim postoju na zdjęcia i podziwianie okolicy, skierowaliśmy się z powrotem w stronę samochodu. Ciekawostką były stadka owiec, przechadzające się swobodnie po parkingu, przytulające się wręcz do stojących tam aut. Owce nic sobie nie robiły z obecności turystów czy ruchu samochodów. 

Spod Drogi Troli udaliśmy się na prom Linge Ferry Pier skąd po krótkiej przeprawie przez fiord dopłynęliśmy do terminalu Eidsdal Ferjekai. W Norwegii podróż promami jest często jedynym logicznym sposobem transportu -objazdy fiordów drogą lądową związane są często z wieloma nadmiarowymi godzinami, a wiele z nich jest wąskich, w warunkach innych niż letnie zupełnie niedostępnych. Podróże promami są rozwiązaniem wygodnym, sprawnym i bezproblemowym. Prom, z którego skorzystaliśmy kursował często, a opłata za przeprawę odbywała się automatycznie dzięki systemowi epass24.

Fiord Geiranger

Po drugiej stronie fiordu czekała nas bardzo widowiskowa droga w dół, do słynnego fiordu Geiranger. Sława ta ma jednak swoje wady- cała droga była zatłoczona i miejscami zakorkowana z powodu mnóstwa pojazdów i turystów kręcących się po jezdni. Co większe pojazdy miały trudności z wymijaniem się na wąskich i krętych odcinkach drogi, a wiele z nich stało na wąskich poboczach, częściowo blokując przejazd. Miejscami droga była zablokowana przez autobusy wysadzające pasażerów w punktach widokowych. Przejazd nią nie należał do najprzyjemniejszych- tłok i duży ruch spowodowały, że zatrzymaliśmy się jedynie w jednym z punktów na szybkie zdjęcie pamiątkowe (po przedarciu się przez tłum), i jak najszybciej pojechaliśmy dalej, aby oddalić się od tego zatłoczonego miejsca. Trochę szkoda, że tak piękne miejsce traci aurę bliskiego przyrodzie i przyjaznego. Powoli zmienia się w chaotyczne, przytłaczające i zbyt ruchliwe, by spokojnie nim przejechać, a problem ten pogłębia znajdująca się tam infrastruktura turystyczna, która wciąż się rozrasta. Zastanawialiśmy się nawet, czy ruch samochodowy w tej okolicy nie powinien zostać ograniczony jedynie do aut osobowych czy miejscowego transportu zbiorowego- bowiem to zagranicznych autokarów było tam najwięcej i to one najbardziej utrudniały przejazd obok fiordu. 

Po okrążeniu miasteczka Geiranger czekała na nas kolejna droga, tym razem wspinająca się serpentynami w górę. Po tej stronie fiordu ruch był zdecydowanie mniej nasilony i mogliśmy delektować się widokami rozpościerającymi się za oknami samochodu. Przejeżdżaliśmy bezpośrednio przy wodospadach, mijaliśmy płaty śniegu, wspinaliśmy się coraz wyżej, zostawiając fiord w dole, w oddali. Wjechaliśmy wiele metrów wzwyż, klimat i krajobraz zmieniał się na wysokogórski. W końcu droga wyniosła nas na spory płaskowyż, na którym znajdowało się przepiękne, krystalicznie czyste jezioro Djupvatnet. Po krótkiej przerwie na zdjęcia w otoczeniu turkusowej wody i połyskującego w słońcu lodowca, ruszyliśmy dalej. 

Droga Śnieżna

Czekała na nas druga tego dnia przeprawa promowa do miasteczka Fodnes. Stamtąd mogliśmy przejechać najdłuższym na świecie tunelem drogowym lub starszą drogą wysokogórską nr Fv243, łącząca miasteczka Aurland i Lærdal, zwaną Drogą Śnieżną. Wybraliśmy drugi wariant, który wcześniej podziwialiśmy już na zdjęciach i nagraniach. Byliśmy ciekawi krajobrazów tej okolicy- Snovegen słynie z utrzymującego się cały rok śniegu, bardzo surowego klimatu i krajobrazów nie z tego świata. Od strony miasteczka Fodnes droga zaczęła się bardzo wąskim, krętym i dość niebezpiecznym odcinkiem o niewielkiej widoczności. Był to według nas najtrudniejszy i najbardziej niebezpieczny odcinek drogi, którą pokonaliśmy będąc w Skandynawii. Na szczęście ruch w tej okolicy nie był duży, więc bezpiecznie wyjechaliśmy na nieco wyżej położony płaskowyż, gdzie droga stawała się szersza i nie aż tak stroma. 

Podziwialiśmy widoki za szybą- szare i brązowe skały, gdzieniegdzie pokryte ciemnymi porostami, zupełnie pozbawione drzew i krzewów. Dzień był pochmurny, co nadawało krajobrazowi wręcz mroczny charakter. Jęzor lodowca i topniejącego gdzieniegdzie śniegu wyciągały się w stronę drogi, rozlewały w przejrzyste potoki i jeziora. Miejscami tworzyły wodospady, w których lodowata woda wylewała się wprost spod szarego śniegu. Nagrania i zdjęcia z tego miejsca, choć robione za dnia, wyglądały niemal jak w czarno- białym filtrze. Droga śnieżna wywarła na nas ogromne wrażenie, czuliśmy się na niej trochę nieswojo, z każdej strony otaczała nas surowa potęga tego ubogiego krajobrazu. Wszechobecny chłód, mała ilość światła, nieliczne inne auta i turyści- to wszystko nadawało tej okolicy aurę mroczną i groźną. Na końcu drogi ukazał nam się punkt widokowy na Aurlandsfiord- zatopiony w ciemnym granacie, pod ołowianymi chmurami, mroczny i zacieniony. Przystanęliśmy tam na kilka zdjęć, próbując ochłonąć z wrażeń, jakie zapewniły nam wszystkie trasy przejechane tego dnia. Od zielonych, letnich krajobrazów, przez wysokie, ostre skały, po mroczne i śnieżne bezkresy. Różnorodność zadziwiała nas na każdym kroku. Przed nami było już ostatnie zadanie tego dnia- znalezienie miejsca na nocleg.

Nocleg przy Drodze Śnieżnej

Początkowo planowaliśmy spać przy jednej z zatoczek, np.: https://maps.app.goo.gl/hjHZyNvHScEBownn6 i zdecydowanie polecamy to rozwiązanie. My natomiast chcieliśmy skorzystać z prysznica i stacji benzynowej w miasteczku Gudvangen jeszcze przed noclegiem i mieliśmy nadzieję znaleźć w okolicy bezpieczne miejsce na noc. Bardzo się rozczarowaliśmy wszechobecnymi zakazami campingu na wszystkich okolicznych parkingach. Ostatecznie noc spędziliśmy przy dokach portowych, jednak nie było to miejsce do końca spokojne ani bezpieczne. Zdecydowanie polecamy nocowanie przy Drodze Śnieżnej na jednej z zatoczek i zostawienie prysznica w miasteczku dopiero na następny dzień.

Przydatne linki:

Rago – kraina pionowych ścian

Ruszyliśmy w drogę wzdłuż archipelagu Lofotów, w kierunku promu z Lødingen do Bognes, który łączy je z lądową częścią Norwegii. Przeprawa trwała lekko ponad godzinę, promy kursują tamtędy dość często, a płatność rozliczana jest automatycznie w systemie epass24. 

Z Bognes skierowaliśmy się w stronę Parku Narodowego Rago. Po około dwóch godzinach byliśmy na miejscu- był tam niewielki parking z zejściem do rzeki, drewniana wiata i drewniane wychodki. Na parkingu stało już kilka aut i camperów. Choć początkowo planowaliśmy nocleg w parku przy jeziorze Litlverivatnet, ostatecznie zdecydowaliśmy wyruszyć na szlak tylko z podręcznymi plecakami, ‘na lekko’, a na nocleg wrócić w okolice parkingu.

  • Długość: 5,6km
  • Czas przejścia: 2h 20min
  • Trudność: umiarkowana, pojedyncze miejsca trudniejsze technicznie w okolicy jeziora, jedna drabina/klamry na trasie

Szlak początkowo wiódł szutrową ścieżką, dość stromą i bez spektakularnych widoków. Wysokość zdobywaliśmy dosyć szybko, więc niedługo później weszliśmy w las, gdzie bogata, zielona roślinność otaczała nas gęsto z każdej strony. Szybko wyszliśmy na wyżej położony, dosyć płaski teren, który prowadził już bez większych przewyższeń do samego wodospadu. Pewnym problemem okazały się mokradła, które trzeba było omijać, oraz to, że szlak był miejscami słabo oznakowany. Trzeba mieć tu odrobinę doświadczenia i orientacji w terenie, ponieważ ścieżkę trzeba gdzieniegdzie wybierać samemu pośród bagien, drzew, strumyków i skał. Warto zaznaczyć, że na szlaku, mimo podmokłych terenów, komarów było jak na lekarstwo -była to miła odmiana po przejściach z tymi owadami w Szwecji.

Szlak miejscami wymagał przejścia płatami śniegu, ale zazwyczaj dało się je obejść. Jedynie końcówka naszego szlaku była nieco trudniejsza pod względem technicznym – trzeba było przejść przez kilka wąskich grani skał, które były dość śliskie i pochyłe z paroma elementami wspinaczkowymi. W jednym miejscu postawiono tu nawet sztuczne ułatwienie w postaci metalowej drabinki, my jednak idąc pod górę zupełnie ją przegapiliśmy, bo parę kroków wcześniej lekko zboczyliśmy ze szlaku idąc wzdłuż skały. Zobaczyliśmy ją dopiero w drodze powrotnej.

Wodospad Litlverivassforsen (Værivassfossen) i jezioro, które były celem naszej wędrówki, widać doskonale już z pewnej dalszej odległości, a huk wody nasilał się z każdym kolejnym krokiem. Jezioro i mostek położony nad nim stanowią zaledwie bramę Parku Narodowego Rago, jego początek. Dalsze tereny są o wiele bardziej dzikie, surowe, rzadko odwiedzane. Już sam wstęp dawał jednak poczucie potęgi, jaką rządziły się tutejsze góry. Jezioro o krystalicznie czystej, turkusowej wodzie połyskiwało w wieczornym słońcu, które dodatkowo potęgowało piękno tego miejsca. Otoczone z każdej strony przez wysokie góry, skaliste szczyty i ośnieżone wierzchołki, zdawało się być jak magiczna źrenica oka.

Z jeziora, po pionowej ścianie skalnej, opadał wiele metrów w dół olbrzymi wodospad. Nad wodospadem zbudowano mostek- wąski i chybotliwy. Mostek, który dodawał uroku temu miejscu, ale jednocześnie potęgował poczucie bycia jedynie małą istotą w wielkim świecie. W dole doliny wodospad zlewał się w rzekę, która jak ogromny wąż wiła się pomiędzy okolicznymi górami, otoczona gęstym lasem. Krajobraz Rago był jednocześnie bajkowy, romantyczny i piękny, ale i pełen potęgi, groźny i surowy. Byliśmy zachwyceni tym miejscem i śmiało możemy powiedzieć, że wywarło na nas największe wrażenie w całej Skandynawii. Rago było dla nas miejscem spoza tego świata. Spędziliśmy tam sporo czasu rozkoszując się widokiem. Zbliżała się jednak noc, a podróż na górę zajęła nam ponad 2 godziny, musieliśmy więc w końcu ruszyć niechętnie w drogę powrotną.

Droga powrotna prowadziła tym samym szlakiem, którym weszliśmy na górę. Powoli zaczynaliśmy czuć chłód wieczoru, a niebo zrobiło się nieco ciemniejsze, ponieważ słońce choć nie zachodziło za horyzont, schowało się za szczytami gór. Na parking dotarliśmy już nocą.

Nocleg w okolicy Rago

Nocowanie na terenie Parku Narodowego Rago jest dozwolone i bezpłatne. Na niewielkim parkingu przed wejściem do parku znajduje się drewniana wiata biwakowa i kilka kroków dalej drewniany wychodek. Obok wiaty znaleźliśmy dobre, płaskie miejsce na namiot i szybko rozbiliśmy obóz. Przed snem odświeżyliśmy się jeszcze w płynącej tuż obok rzece. Noc była dość chłodna i wilgotna- zimna mgła zebrała się w dolinie rzeki, przez co odczuwalna temperatura była niższa, niż w rzeczywistości. Z przyjemnością zakopaliśmy się w ciepłe śpiwory.

Informacje praktyczne i przydatne linki:

  • parking przy wejściu na szlak do Rago: 67.441859, 15.742971 (darmowy)
  • szlak do Værivassfossen w Rago: https://mapy.com/s/guronazupe
  • P.S. jeśli wybieracie się do Rago na dalszą wędrówkę niż do jeziora Værivassfossen, warto zabrać ze sobą sporo zapasów wody, żywności, mapę, latarki i być dobrze zorientowanym w terenie; park narodowy Rago jest polecany głównie dla doświadczonych piechurów, ponieważ szlaki bywają kiepsko oznaczone i mało widoczne, a infrastruktura prawie tam nie istnieje. Jesteście zdani na siebie, swoje umiejętności i własny sprzęt;

Lofoty- Reinebringen i miejscowość Å

Reine to bardzo malownicza wioska rybacka, pełna kolorowych (głównie czerwonych) domków, położona tuż nad wodą, otoczona przez wysokie szczyty. Nad wioską znajduje się szczyt Reinebringen, z którego roztacza się widok zarówno na samą wioskę jak i krętą drogę łączące poszczególne wysepki archipelagu. Zaparkowaliśmy na płatnym i jedynym większym parkingu (dostępne są na nim również płatne toalety i bezpłatne źródło wody pitnej czy miejsce zlewu brudnej wody dla camperów). Parking jest duży i raczej nie trzeba się martwić o dostępność miejsc- a byliśmy na nim w ciągu dnia, nie wcześnie rano. Parking znajduje się na końcu wioski, więc wybierając się na Reinebringen trzeba przy okazji przejść przez Reine co pozwala nieco dokładniej przyjrzeć się architekturze Reine.

  • Długość: 3,7km
  • Czas przejścia: 2,5h
  • Trudność: umiarkowana, ze sporą ekspozycją

Szlak prowadzący na szczyt Reinebringen wiedzie w całości po kamiennych schodach, które zbudowane zostały przez nepalskich szerpów. Schodów tych jest niemal 2 tysiące, a podróż na górę potrafi być męcząca, jednak widoki jakie się stamtąd roztaczają uważane są przez wielu za najpiękniejsze na całych Lofotach. Jest w tym ziarnko prawdy- widok ze szczytu rzeczywiście zapiera dech, niesamowicie rozległa panorama pozwala obejrzeć zarówno miasteczko i okoliczne góry, jak i drogę prowadzącą wzdłuż archipelagu, skały skryte tuż pod powierzchnią wody oraz statki na horyzoncie.

Punkt widokowy położony jest niemal bezpośrednio nad wioską, co sprawia, że patrzy się na nią wprost z góry, jak z helikoptera. Same schody natomiast, choć strome, niekiedy wąskie i dosyć eksponowane, nie stanowiły dla nas większego wyzwania i szybko znaleźliśmy się na górze. Szlak pokonaliśmy równym tempem praktycznie bez postojów. W efekcie sporo skróciliśmy czas wejścia na górę w porównaniu do tego wskazanego na tablicach informacyjnych.

Miejscowość Å

Następnym przystankiem była miejscowość Å- symboliczny kraniec Lofotów, ostatnia wioska na archipelagu. Dalej rozciągają się już niezamieszkane, dzikie wysepki, na które dotrzeć dałoby się tylko łodzią. To miejsce, w którym rozpoczynał się nasz ‘powrót’, a zarazem najbardziej odległy punkt naszej podróży. Ze wzruszeniem patrzyliśmy na krajobraz, na horyzont i na całą drogę, którą przebyliśmy do tej pory. Prócz stanięcia na skraju Lofotów, odbyliśmy jeszcze krótki spacer po samej malowniczej miejscowości. To był zdecydowanie dzień pełen zachwytów i wrażeń!

Przydatne linki:

  • parking pod Reinebringen: 67.934674, 13.095911 (płatny, nr 6381 na EasyPark)
  • szlak na Reinebringen: https://mapy.com/s/bunodazaru
  • parking w Å: 67.879817, 12.977361 (darmowy)

Najpiękniejsze plaże Lofotów

Podczas naszego pobytu na Lofotach odwiedziliśmy trzy plaże, które są uważane za jedne z najpiękniejszych w tamtej okolicy: Haukland, Uttakleiv i Kvalvikę. Totalnie nas zachwyciły- choć każda na swój sposób, bo różniły się nieco od siebie.

Hauklandstranda- najpopularniejsza plaża Lofotów i bliźniacza plaża Uttakleiv

Wcześnie rano plaża była prawie w całości dla nas- wędrowcy jeszcze spali w namiotach licznie rozbitych na skraju plaży, a inni turyści jeszcze nie zdążyli się na niej zjawić. Parking jest płatny i wyposażony w toalety, kosze i ujęcie wody- to dobre miejsce na postój czy odświeżenie się. My skierowaliśmy się w stronę ścieżki, która prowadzi wzdłuż wybrzeża na drugą, mniejszą plażę Uttakleiv.

  • Długość: 8,5km
  • Czas przejścia: 2h 10min
  • Trudność: łatwa

Już na początku ścieżki przywitało nas stadko owiec, które pojawiały się później przez całą drogę. To wyjątkowo urokliwy obrazek- owieczki na tle spiczastych skał i morza prezentowały się wręcz bajecznie. Szlak jest prosty, dostępny dla osób na wózkach czy dla dzieci. Prowadzi żwirową ścieżką właściwie bez przewyższeń, około 4 kilometrów w jedną stronę. Na końcu czeka nieco mniej popularna a zarazem mniej zatłoczona plaża Uttakleiv Strand. Obie plaże są bardzo urokliwie położone, a kolor wody w tej okolicy kojarzy się raczej z tropikami. Obydwie plaże są też fantastycznymi punktami do obserwacji zachodów słońca- są tu podobno wyjątkowo widowiskowe.

Po drodze znaleźliśmy również ustronne miejsce na kąpiel w morzu -mniej więcej w połowie trasy pomiędzy plażami znajduje się niewielka połać piachu (którą trudno nazwać plażą) i skały wyrastające wprost z wody, na których można wygodnie się rozłożyć. Turkus wody przywodził na myśl Karaiby, słońce świeciło wysoko, a my poczuliśmy się niemalże jak na rajskiej wyspie! Kąpiel ta była wyjątkowo przyjemna i odświeżająca. Zrobiliśmy też w tym punkcie kilka przepięknych ujęć, ponieważ krajobraz ten zdecydowanie zasługiwał na uwiecznienie.

Szlak miał być krótki, ale z powodu kąpieli i częstych postojów na zdjęcia i na podziwianie krajobrazu, do auta wróciliśmy dość późno. Plaża i parking zapełniły się w międzyczasie turystami i zaczynało brakować wolnych miejsc. Wpływ na to z pewnością miało to, że był to weekend, a dzień był wyjątkowo ciepły i słoneczny. 

Kvalvika- nasza ulubiona plaża na Lofotach

Na plażę można się dostać wyłącznie pieszo (lub od strony morza), przechodząc przez przełęcz prowadzącą pomiędzy szczytami. Postanowiliśmy spędzić noc na plaży, podobnie zresztą jak wielu innych turystów. Zajęliśmy ostatnie wolne miejsce na niewielkim parkingu (kilka kilometrów dalej znajdują się inne parkingi, jednak mieliśmy nadzieję, że nie będziemy musieli nadkładać drogi i mieliśmy szczęście, że akurat ktoś zwolnił to miejsce). Zabraliśmy ze sobą najpotrzebniejsze sprzęty na nocleg i ruszyliśmy na szlak. Przed nami było około 1,5 godziny drogi- dzień był ciepły, słoneczny, a słońce chyliło się nad horyzont. Szlak okazał się wcale niełatwy, jednak nie był długi.

  • Długość: 2,5km
  • Czas przejścia: 1h
  • Trudność: umiarkowana

Gdy stanęliśmy na szczycie przełęczy, zobaczyliśmy piaszczystą plażę, położoną w zatoce między dwoma wysokimi, ciemnymi szczytami. Woda mieniła się na pomarańczowo w promieniach zachodzącego słońca a, kolorowe namioty dodawały uroku temu magicznemu miejscu (jest to popularne miejsce na nocleg pod namiotem). Schodziliśmy w dół zachwyceni widokiem. Warto dodać, że namiot rozbiliśmy dopiero około 23, a położyliśmy się spać sporo po północy- słońce przez cały ten czas wisiało nisko nad horyzontem, roztapiając całą okolicę w swoim blasku. Nocleg na plaży Kvalvika był najpiękniejszym, który przytrafił nam się w całej podróży, było też przyjemnie ciepło i sucho, bo noc była bezchmurna i zdecydowanie cieplejsza niż poprzednie -była to pierwsza noc, gdy rano zwijaliśmy suchy, a nie zimy i mokry namiot. Mieliśmy wyjątkowe szczęście do pogody na Lofotach. 

Ciekawostka- chata surferów na plaży Kvalvika

Na wzgórzach przy plaży znajduje się ciekawa 'chatka’ wybudowana podobno przez dwóch surferów, którzy przez kilka miesięcy mieszkali na Kvalvice. Według plotek panowie wybudowali ją z tego, co znaleźli na plaży- rzeczy wyrzuconych na brzeg morza przez fale. Chatka stoi do dziś, w środku znajdują się dwa prowizoryczne posłania, meble czy nawet kominek. Jednak z uwagi na popularność miejsca bardzo często zdarza się, że w środku ktoś nocuje, więc nie radzimy z zaskoczenia wchodzić do wnętrza 😉

Przydatne linki:

  • parking pod plażą Haukland: 68.199441, 13.532203, płatny (EasyPark 49710)
  • spacer od plaży Haukland do plaży Uttakleiv Strand: https://mapy.com/s/luvuvukelu
  • parking pod wejściem na szlak na plażę Kvalvika: 68.068376, 13.129642 (darmowy)
  • szlak na plażę Kvalvika: https://mapy.com/s/dozarujaje

Strona 1 z 2

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén